poniedziałek, 26 stycznia 2026

Sky Walk

Sky Walk to komercyjna atrakcja turystyczna Świeradowa-Zdroju. Przy dobrej pogodzie widać konstrukcję wieży, gdy wjeżdża się do miasta. Nie byliśmy tam rok temu, wybraliśmy się w tym.

Z parku uzdrowiskowego przy Domu Zdrojowym jest kilometr wędrówki pod górkę najpierw ulicą, a potem ścieżką w lesie. Z miejsca, w którym spacer staje się miniwycieczką górską, do wieży jest 650 m. To było miejsce, w którym wyjęłam nasze raczki. Droga przez las była wyraźnie oblodzona. Po około 400 m łagodnego podejścia znaleźliśmy się przy mostku.



Stąd pozostało jakieś 200 m w górę, wyraźnie stromiej. Julek od początku wycieczki nie był w sosie. Zwyczajnie nie chciało mu się iść. Klasyczny nastolatkowy foch. Po co? Ale dlaczego? To bez sensu. Wreszcie ujrzeliśmy zarys wieży. Pogoda tego dnia była małowidokowa.


Gdy Julek zobaczył wieżę, zmienił nastawienie. Ujrzał wreszcie cel wycieczki, a ten okazał się w tym momencie w zasięgu ręki. Przed wejściem na wieżę zrobiliśmy krótki przystanek na zdjęcie raczków i porcję gorącej herbaty (idealny przysmaku zimowego turysty).


Wejście na wieżę nie jest tanie. Bilety ulgowe (dla dzieci do 12 roku życia i osób niepełnosprawnych są po 53 zł, bilety normalne 69 zł). Wieża ma 63 m wysokości. Ścieżka wijąca się w górę mierzy 850 m. Ma łagodny kąt nachylenia i bardzo przyjemnie się po niej wędruje.





Julek szedł z dużą przyjemnością i nie narzekał na zmęczenie. Pewno byłoby jeszcze piękniej, gdyby mgła łaskawie opadła i odsłoniła urodę okolic. Ale to nie był ten dzień. Mgła miała nas w nosie. Gdy dotarliśmy na szczyt, pozostało nam wejść na szklany podest, zapozować do zdjęć, wejść na siatkę zawieszoną ponad 60 m nad ziemią i mieć z tego frajdę, wyobrażać sobie te wszystkie szczyty, które prezentowały umieszczone plansze.





Przez chwilę, naprawdę krótką chwilę te kilka osób, które były z nami na szczycie, wstrzymało oddech. Oto ujrzeliśmy coś więcej jak tylko rozlane wokół mleko. Kawałek góry. 

I to by było na tyle. Zeszliśmy. Wyjście prowadzi przez sklepik z pamiątkami, które kuszą, wołają, żeby je kupić. Za to toaleta jest bezpłatna. 

Łyk herbaty, pięć żelków i raczki na nogi. Byliśmy gotowi do zejścia w dół. Osoby schodzące i wchodzące bez raczków z zazdrością patrzyły na nasze swobodne, wygodne i bezpieczne stawianie kroków na oblodzonej ścieżce. 

A potem już asfaltowa droga, park zdrojowy, deptak, sklep, powrót do domu. Radek i Krzyś już czekali. Jak co dzień spędziliśmy wspólne popołudnie. Razem.

sobota, 24 stycznia 2026

Wycieczka na Smrek

Znów jesteśmy w Świeradowie-Zdroju. Polubiliśmy to miejsce. Chłopaki śmigają na nartach, a my z Julkiem szwędamy się tu i tam. 

Wczoraj na dzień dobry wjechaliśmy rodzinnie na Stóg Izerski. Chłopaki na stok, a my na szlak. Wiało. Trochę prószył śnieg. Założyliśmy raczki i ruszyliśmy w kierunku Smreku zielonym szlakiem, który łączył się z żółtym i czerwonym. Ten etap wędrówki poszedł gładko i stosunkowo szybko. Z krótką przerwą na gorącą herbatkę na Łączniku.






Na Łączniku szlaki rozwidlały się. Czerwony (Główny Szlak Sudecki) skręcał w kierunku Polany Izerskiej. Żółty z zielonym prowadziły jeszcze kawałek razem do kolejnego skrzyżowania. I to był moment, w którym po raz kolejny przekonałam się, że oznakowania szlaków nie są mocną stroną tych gór. Drogowskaz wskazywał żółty szlak w kierunku Hali Izerskiej (8,4 km) i zielony w kierunku Stogu Izerskiego, skąd właśnie przyszliśmy. Pozostawały jeszcze dwie ścieżki nieoznakowane. NIEOZNAKOWANE (sic!). Któraś z nich powinna prowadzić na szczyt Smrek. Tylko która? A może dwie? Mapa wcale mi nie pomagała. Podeszłam spory kawałek, pozostawiając Julka przy drogowskazie. Na drzewie znalazłam oznakowanie. Zielony szlak. Nasz. Julek dołączył. Wędrowaliśmy dalej. 




Po dwudziestu minutach znaleźliśmy się przy czeskiej granicy, skąd w dół prowadził czerwony szlak do Czerniawy (cel naszej wycieczki). Zero informacji, czy to Smrek. I w sumie to mam nieodparte wrażenie, że coś przeoczyłam. Teoretycznie wiedziałam, że aby dojść do drugiego, czeskiego szczytu Smrk z wieżą widokową, trzeba powędrować jeszcze jakieś 10 minut. Ale ponieważ wszystko było zasnute chmurami i nie było żadnych wskazówek, potwierdzających te informacje, odpuściłam eksplorację terenu. Poza tym czekało nas jeszcze kilkukilometrowe zejście.





Zaczęliśmy żmudne wędrowanie w dół. Monotonne, najpierw wzdłuż zamarzniętego potoku, potem wśród drzew wąską ścieżką. Bez raczków nie dalibyśmy rady. Widziałam, że Julek zaczyna mieć dość. Robiłam krótkie przystanki na porcję żelków, kubek herbatki czy śmieszne selfie. Powoli ale do przodu.






Wreszcie doszliśmy do miejsca, które znałam z ubiegłego roku, kiedy szliśmy do Czerniawskiej Kopy. Stoi tu wiata. Usiedliśmy na chwilę. Wiedziałam, gdzie jesteśmy. Znałam drogę powrotną. Tyle że wędrowanie wtedy w górę wydawało mi się dużo krótsze, niż schodzenie w dół tą samą drogą po siedmiu kilometrach w nogach. Na końcu z podziwem pokiwałam głową, że Julek przeszedł taki kawał w górę. 
W tym roku warunki były trudniejsze. Cienka warstewka lodu przyprószona śniegiem nie ułatwiała człapania nawet w raczkach. To moment, w którym Julek przestaje mnie lubić. Bardzo jest na nie. Taki kryzys muszę zawsze przyjąć na klatę. 




Wreszcie doczłapaliśmy się do parku uzdrowiskowego w Czerniawie-Zdrój, z charakterystycznymi salamandrami.


I tu mnie Julek zaskoczył. Oznajmił, że wie, że rok temu, był. I kot. Rzeczywiście, wędrując do Kopy Czerniawskiej mijaliśmy ten park. Po drodze dołączył do nas kot, który jeszcze długo towarzyszył nam pod górkę. 

Z tego miejsca mieliśmy do naszej miejscówki niecałe dwa kilometry. Podeszliśmy skrótem



do głównej drogi i zadzwoniłam po Radka. Julek poczuł ulgę, bo o wdzięczności nie było mowy.

Kilka refleksji.
Pierwszy raz poczułam się nieswojo w górach. Pusto (przez cztery godziny minęliśmy dwie pary turystów), zimno, surowo. Nieczytelne oznakowanie szlaku odbierało mi poczucie pewności. 
Jeśli chcę zabrać Julka w góry, powinnam znać szlak.
Góry Izerskie mają potencjał, ale szlaki są długie. Wymagają wytrwałości i kondycji. To nie jest liga Julka.
Ale jestem z Julka dumna. Miał prawo czuć się zmęczony schodząc w dół. Miał prawo do złości, którą z moją pomocą pięknie rozpracował. Pokazał hart ducha. Pierwszy raz też podzielił się wspomnieniami. Pamiętał wydarzenia z ubiegłego roku.

sobota, 17 stycznia 2026

W Nowym Roku

Witamy w Nowym Roku. Weszliśmy w styczeń lekko sponiewierani grypą (Julek i ja), wyciszeni i wytuleni świętami (z babcią Krysią i dziadkiem Ludwikiem na pokładzie), oniemieli nieoczekiwaną hospitalizacją babci Aldony w końcówce grudnia.

Działo się, dzieje, śnieg sypie, mróz szczypie, lista lekarzy do odhaczenia długa (babcia Aldona), umiejętności adaptacyjne Julka zaskakujące (pierwszy kumpel dziadka Zygmunta), plany na nowy rok nieokreślone.

Niewątpliwie 2026 r. to rok Krzysia. Studniówka, matura, prawo jazdy, osiemnastka, rekrutacja na studia, rozpoczęcie studiów. To czas, w którym jako rodzice możemy tylko wspierać wybory i decyzje syna. Zdecydowanie bardziej przeżywałam (stresowałam się) przygotowaniami do egzaminu ósmoklasisty niż przedmaturalnym czasem. Wtedy sternikiem i kapitanem musiałam być ja, teraz jestem tylko pasażerem. Z tych ciekawskich pasażerów co to łażą po pokładzie, zaglądają wszędzie, widzą dziury w całym i dopytują, czy aby na pewno obrany kurs statku jest właściwy. Wygodna rola. 

Żeby nie było tak łatwo, to we wrześniu czeka mnie cała zabawa w zbieranie dokumentów do kolejnego orzeczenia o niepełnosprawności Julka. W październiku kończy 16 lat, co oznacza konieczność stawienia się na komisji, która określi stopień niepełnosprawności. Nie wiem, dlaczego teraz akurat, szczególnie, że za dwa lata, gdy wkroczymy w pełnoletniość Julka znów zabawa z komisjami zacznie się od nowa. Ale takie prawo jest od lat i nie ma, że mogę być na nie.

Tymczasem rozpoczęliśmy ferie zimowe. Znów codzienność nieco zwolni. Na te mroźne i śnieżne dni bardzo to wskazane.

wtorek, 9 grudnia 2025

Dziękujemy

Miesiąc temu Fundacja Dzieciom "Zdążyć z Pomocą" zakończyła księgować środki pochodzące z 1,5% podatku dochodowego za 2024 r. 

Na subkonto Julka, jak co roku, dzięki Waszej hojności wpłynęły środki. 

Wdzięczni jesteśmy bardzo. 

Za to, że rozliczając podatek pamiętacie o Julku. Że wspieracie jego rozwój. Że uczestniczycie w jego postępach i sukcesach. Że rozumiecie, że są ośmiotysięczniki, które pozostaną dla niego nieosiągalne. 

Z Wami sięgamy po więcej.

Dziękujemy! Z serca dziękujemy!

niedziela, 30 listopada 2025

Ewolucja

Zaspokajanie podstawowych potrzeb jest jednym z mocniejszych motywatorów do tworzenia korespondencji smsowej. ;)

Screen z wczoraj. Okolice wczesnego popołudnia. Ja w kuchni, syn na górze, w swoim pokoju. Śle SMSa.

Ewolucja z pisma obrazkowego do pisanego w toku. Są powody do dumy. 

wtorek, 11 listopada 2025

Endokrynolog

We czwartek ostatnim rzutem na taśmę załapaliśmy się na wizytę kontrolną u endokrynologa. Wskoczyliśmy z listy rezerwowej. W poniedziałek zadzwoniłam umówić wizytę na listopad i wtedy okazało się, że pani doktor idzie na długotrwałe zwolnienie lekarskie w związku z planowanym zabiegiem. Grafik następnych terminów będzie dostępny w styczniu.

Nie zmartwiłam się zanadto, bo wyniki Julka tarczycy są dobre. Bardzo dobre. Receptę na euthyrox na podstawie zaświadczenia od specjalisty wypisuje nam lekarz rodzinny. Pani doktor jednak analizuje wszystkie wyniki kompleksowo, bada Julka, waży, mierzy. Mogliśmy poczekać do stycznia. Zadziała się jednak magia, w środę odebrałam telefon i we czwartek zaraz po szkole wiozłam Julka do przychodni.

Pozostajemy przy tej samej dawce euthyroxu. Pomiary Julka:

wzrost 158 cm

waga 59 kg (!)

Wzrost wyhamował. W ciągu roku Julek urósł o 3 cm, za to zrobił się cięższy aż o 7 kg, mimo że pilnujemy diety Julka. Metabolizm spowolnił. Zwiększyło się zapotrzebowanie na więcej ruchu. Ale Julek i ruch to oksymoron. Bywa, że zwyczajnie nie mam siły walczyć z niechciejstwem ruchowym młodszego syna. Z więzienia nie wyszłabym do wiosny. 

Koszt wizyty 340 zł. Pokryliśmy z subkonta Julka. Dziękujemy!

środa, 5 listopada 2025

Pierwszy listopada

Pierwszy listopada zaskoczył nas pogodą. Słońce I bezwietrzność zapraszały na spacer. Postanowiliśmy zatem na nogach dojść do naszego lokalnego cmentarza. Dwa i pół kilometra w jedną stronę. Dla mnie ot, dystansik, dla Julka kawał drogi. Ale szedł. Szedł dzielnie. Po drodze śmiał się ze mnie, śmiał z Radka. 

Były wesołe momenty. Był też czas zadumy, mimo że słońce, że tak radośnie ciepło. Miła pogodowa niespodzianka. Na koniec było też zmęczenie.

Wieczorną wizytę na drugim naszym wiejskim cmentarzu odbyliśmy bez Julka, za to z Krzyśkiem. Odwiedziliśmy naszych zmarłych sąsiadów i księdza proboszcza, który polubił naszego Julka. Wrastamy w tutejszą społeczność. Piętnaście lat ma nie tylko Julek. Piętnaście lat ma też nasz dom, w którym zamieszkaliśmy kilkanaście dni przed narodzinami Julka.