Pokazywanie postów oznaczonych etykietą metoda krakowska. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą metoda krakowska. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 19 grudnia 2016

Auto(terapia)

Rysowanie równoległe zalecają terapeuci od metody krakowskiej.
Dla przypomnienia. Siada Julek. Siadam ja. Przed nami kartka papieru. Dzielę ją pionową kreską na pół. Lewa strona jest Julka, prawa moja. Na swojej połowie rysuję coś, Julek powtarza za mną na swoim polu. Rysuję kreskę, Julek kreskę. Ja kółko, on kółko. Jest lizak. I tak dalej.
Wczoraj robię dyktando Krzysiowi.
Julek kręci się obok. Też chce pracować.
Daję mu więc kartkę papieru. Kredki. - Rysuj - mówię.
Julek dzieli kartkę pionową kreską na pół. Na lewej stronie rysuje kreskę, na prawej stronie rysuje kreskę. Kółko raz - kółko dwa. Druga strona to samo. Kółka łączy linią ciągłą. Schemat powtarza na drugiej połowie. Werbalnie podpisuje rysunek: auto. Drugi tak samo: auto. Autoterapia Julka. ;)


piątek, 27 maja 2016

O (nie)pracy krakowską

Nie zaprzestaliśmy pracy krakowską.
Zaprzestałam jednak działać systemowo.
Najpierw było starcie o tempo. Byliśmy zasypywani nowymi rzeczami, podczas gdy Julek nie opanował jeszcze tych z samego początku. Praca z Julkiem zaczęła mi przypominać wyścig po dowód na skuteczność metody, a miał to przecież być jeden ze sposobów na wsparcie jego rozwoju.
Potem jeszcze kubeł zimnej wody wylały na mnie słowa p. Justyny, że: "mamy dzieci niepełnosprawnych są dla nich terapeutkami".  No nie. Nie, nie i nie. Ja już kiedyś pisałam, że na wyobrażeniu, jak być mamą Julka, tego skazanego na zespół, swoje piętno odcisnął film "Coming Down The Mountain". Właściwie wspomnienie tego filmu bardziej pokazywało mi, jaką mamą nie chcę być. Czyli tą, która podporządkuje wszystko pod upełnosprawnienie dziecka. Postanowiłam, że będę tylko mamą Julka. Nie jego terapeutką. Sama rola mamy wymaga przecież ogromnej siły i energii. Daje mnóstwo satysfakcji, przynosi jeszcze więcej niepowodzeń i potknięć. W relacji pacjent-terapeuta pojawia się wypalenie. Przychodzi kres, terapeuta odchodzi. A ja w tej roli, to co - zamienię siebie z drugą ja?
Wiecie, ile wysiłku wymaga pokonywanie samego uporu Julka? Starcia z oporem na każdym odcinku codzienności (ubieranie się, mycie zębów, rąk, wyjście/wejście do/z domu, zaproszenie na podwieczorek/śniadanie/kolację przy stole, zatrzymanie przy tym stole, poproszenie o sprzątnięcie rozrzuconych zabawek/butów/gaci, poproszenie o niebicie Krzysia/plucie/rzucanie zabawkami, namówienie na obcięcie paznokci u nóg, bycie gotowym na nieuzasadnione i niespodziewane odwołanie zawartej przed chwilą umowy na ubranie się, mycie zębów, rąk, wyjście/wejście do/z domu itd.) wymaga hartu ducha, cierpliwości (gdzie ja byłam, kiedy ją rozdawano?) i stalowych nerwów, bo orężem, którym Julek walczy jest tytanowe słowo "NIE".
Mimo że wypalają mnie te starcia, mamą jestem nadal. Z lekka wyplutą, pomiętą, przygiętą, szczęśliwą, rozłożoną na łopatki uśmiechem krogulca.
Systemowo działać z tym antystemowym człowiekiem nie da rady.
Odkryłam na nowo (pracując początkowo bardzo skrupulatnie metodą krakowską), że najwięcej satysfakcji daje mi wchodzenie w relacje z Julkiem. I to właśnie te elementy pracy z nim sprawiały mi wiele frajdy, uczyły czegoś Julka, zostawiając ślad w pamięci.
Teraz niesystemowo, spontanicznie, na ile się da systematycznie, na blacie w kuchni, w aucie, na spacerze, przy stole, na huśtawce, budując wieże i domy z klocków powtarzamy sobie czynności, mianownik, biernik i inne takie tam potrzebne części mowy do budowania werbalnej komunikacji. Nad nią, jak supervisor, czuwa najgłówniejsza relacja: mama-Julek.


poniedziałek, 21 marca 2016

Zestaw ćwiczeń ten sam

Wróciliśmy po słodkim lenistwie do pracy.
A że ostatnio z energią do działania nie jest mi po drodze, ograniczam się do powtórek. Słuchanie przede wszystkim. Książeczka z płytą (ciągle część 1.) codziennie rano wędruje do przedszkola, popołudniu odbieram ją razem z Julkiem po to, żeby w domu odsłuchać po raz trzeci. I ostatni danego dnia. Julek poddaje się rytuałowi bez większego już marudzenia. Nonszalancko paluchem wskazuje sylaby, znudzony wyprzedza lektora. Gada: ba-nan, ba-ran, bu-da, flagowe bo-bas, fa-so-la, (do)-mi-no itp. Jedne wyrazy bezbłędnie, inne kompletnie niezrozumiale (co mnie niezmiennie rozbawia, bo przekonanie Julka o właściwej artykulacji jest niewątpliwe). Kto zgadnie, co znaczy popota?
I ćwiczymy czasowniki. Zestaw ten sam.
Julek sam już odpowiada, że bobas/chłopiec/pani/pan/dziewczynka (w zależności co za wykonawca czynności jest na obrazku): je, myje, pije, czyta, stoi, siedzi, idzie, (ma)luje, (ry)suje. Wszystkie pozostałe pięknie za mną powtarza. Pięknie w sensie, że chętnie, bo nie że zrozumiale.
I rozgryzłam już Julka (rzecz mało odkrywcza).
To, co mu znane, obmacane, wyćwiczone, powtórzone, robi bez szemrania.
Nowe rzeczy najczęściej odrzuca. Omija. Nie chce wysiłku. W tym punktach spalam się szybko. I wracam do obszarów poznanych. Nabieram sił, żeby nowe zamienić w poznane. Zaczynam lubić pracę z Julkiem.

czwartek, 10 marca 2016

Czwartki

Czwartki są moje.
Wpadam z chłopakami do domu jak burza. Szybki obiad, krótki trening.
Na rozgrzewkę Julek słucha porcji sylab.
Potem ćwiczenia rozciągające i utrwalające. Łąką ukwiecona. Dziś poszerzona o gołębia. Gołąb stosowany w pierwszej serii czytanych sylab. Dlaczego więc nie nazwać nim ptaka lecącego nad łąką? Szary. Nijaki. Jakby gołąb. Go-łąb idzie opornie. Za to motyl wylatuje Julkowi lekko i powabnie.
Skręty na krześle przechwytuję w locie. Na koniec nagroda. Ćwiczenia wyciszające. Julek wybrał układankę z puzzle z serii co pasuje? Zna ją na pamięć. Łatwa to część treningu i przyjemna. Utrudniam nieco. I pytam co to jest? Wiele nazw zakotwiczyło się w Julka głowie. Ujrzały dziś światło lampki na biurku.


śmigam na dół.
Zabieram Krzysia.
Jedziemy razem. To razem przez osiem minut w jedną stronę i osiem minut w drugą jest bardzo nasze. I cenne. Krzysia odstawiam na taekwondo. Siebie na fitness. Teraz właśnie moje sześćdziesiąt minut. Jeees!! Wchodzę pewna siebie, wychodzę zezwłok. I teraz oksymoron. Zezwłok z energią. Choć do niedzieli czuć będę skutki mojego treningu.

środa, 9 marca 2016

Trzy dania

W dzisiejszym menu znalazły się:

Przystawka.
Łąka ukwiecona.


Wytęż wzrok i znajdź siedem zwierząt: krowę, bociana, muchę, osę, motyla, żabę i mysz. Julek dał radę. Potem trzeba odpowiedzieć na pytanie zadane siedem razy: kto jest na łące?
Julek nie dał rady. Znaczy dał z moją podpowiedzią. Zadawałam pytanie, wskazywałam na zwierzaka i czekałam na odpowiedź. Gdy nie nadchodziła, podpowiadałam: kro-wa. I Julek powtarzał. Przy bocianie, sam zaintonował pieśń. Bo bo-cian lektor powtarza przy każdym słuchaniu sylab (ciągle tkwimy przy pierwszej serii).

I danie
Literkowa zupa


No tutaj, ewidentnie Julek nasyca się po kilku łyżkach. ;) Z pierwszej kartki czytał samogłoski prawie bezbłędnie. Przy drugiej i trzeciej nie w smak mu było i lekceważąco podchodził do dania z siebie wszystko.

II danie
Czas na czasowniki


Odgrzewane kotlety. Serwowane niemal codziennie. Julek je zna, przełyka bez smaku, marudzi niewiele. Czterdzieści karteluszków z bloku technicznego pociętych na mniej więcej równe kawałki. Naklejone obrazy czynności (wszystkie wzięłam z internetu) plus oczywiście podpisy. Julek odpowiada na pytanie co robi pan/pani/bobas/chłopiec/żaba w zależności kto jest wykonawcą czynności na danym obrazku. Odpowiada jeszcze niespontanicznie (z wyjątkiem wyrazu "czyta"), powtarza za mną. Ale powtarza.

Posiłek wysoce energetyczny. Zajął nam piętnaście minut. Na razie to wszystko co mogę z Julka wyciągnąć w tygodniu. Nie naciskam. W zawodach sportowych nie bierzemy udziału.

Deser.
Na deser była tablica. Od tablicy Julek woli tablet. Ale zgubił się nam w bałaganie codzienności. I nie mogę go znaleźć. ;)

środa, 2 marca 2016

Słuchawki

Najsłodsze w opanowywaniu krakowskiej są przygotowania.
Takie słuchanie na przykład wymaga słuchawek. Obowiązkowo. Żeby materiał dydaktyczny sączony przez uszy do głowy nie był rozpraszany przez dźwięki spoza nagrania. W pełnym skupieniu, w izolacji dźwiękoszczelnej. Dobra, trochę podkoloryzowałam.
Niemniej bez słuchawek ani rusz.
Popłoch w domu. Słuchawek brak.
Pożyczałam z pracy, pożyczałam od babci i sąsiada. Przymierzałam na julkową głowę. Jedne spadały, drugie się trzymały, te dawały podsłuch (i wiedziałam którą sylabę czyta lektor, a to pozwalało na kierowanie Julka palcem na właściwą sylabę - bez koordynacji słuchowo-wzrokowej nie ma racji bytu ten odsłuch), tamte ani ciut.
Ze sprzętem było jeszcze weselej. Jeden odtwarzacz CD padł był dawno po odcięciu prądu pogodą gwałtowną, drugi nie miał wejścia właściwego, przy komputerze mało miejsca i zeszyt latał, spadał, zsuwał się jak niepokorne ramiączko stanika. Dość!
Rozwścieczona, zmuszona, zmaltretowana zbudowałam narzędzia pracy od podstaw.
Kierunek sklep.
Gdzie zaopatrzyłam się w słuchawek dwie pary, rozłączkę dla nich, i mały przenośny CD-player (cholera! przespałam całe pokolenie empetrójek, które wymiotło to czego szukałam i ledwo znalazłam wciśnięte gdzieś w kąt, pokryte kurzem).
Praca na nowym sprzęcie ruszyła pełną parą.
Technicznie nie mam zastrzeżeń, poznawczo ziewam paskudnie. Julek jakby mniej. Na zdrowie!
Jak sięgnę pamięcią wstecz, mniej więcej do czasów walkmanów, zawsze w procesie nauki najlepiej szły mi porządki. ;)

Testowanie sprzętu.



Wersja docelowa sprzętu.

środa, 24 lutego 2016

Samogłoski w grupie

Środa była dla mnie łaskawa.
Julek pracował. Zachęcony perspektywą kolorowania kartek, które wcześniej mu przygotowałam (wszystkie zadania zapisane przez panią Justynę w zeszytach, muszę wyprowadzać na zewnątrz, bo Julek na zeszyty reaguje alergicznie i z automatu odmawia współpracy, gdy widzi skoroszyt w pobliżu). Kiedy odechciewało mu się kolorować, zaznaczałam fragment rysunku, który miał jeszcze pokolorować, żeby zakończyć zadanie. Skutkowało. Potem powtarzał za mną samogłoski (pojedyncze czyta bezbłędnie, w grupie zlewają mu się w całość, stąd ćwiczenie).
Na znajdź "takie samo" (ostatnie na zdjęciu) zabrakło ochoty. Nie naciskałam.
Za to Julek odrobił dziesięciominutowe słuchanie sylab. I zaliczył buźkę z uśmiechem.

Do wykonania kartek potrzebowałam:

drukarki
nożyczek
kleju
kartek z bloku technicznego
flamastra
Czas wykonania pomocy (wszystkich łącznie jest 6): 15 minut.

Rozwijam skrzydła i wznoszę się na wyżyny kreatywności swej. Ha, ha, ha...





O metodzie

Przetrawiłam.
Mogę w skrócie, nie za bardzo fachowo, po swojemu.
Krakowska opiera się na czterech filarach.
Słuchanie. Zadaniem delikwenta poddawanego terapii jest słuchanie w słuchawkach materiału dostosowanego do jego potrzeb rozwojowych, opracowanego przez sztab pani prof. Jagody Cieszyńskiej. W naszym przypadku są to sylaby. Obecnie tłuczemy te od - ba be bo bu by bi bą bę - do - ha he ho hu hy hi hą hę. Po każdym ciągu sylab są przykładowe wyrazy zaczynające się od danej sylaby plus obrazek (Julek ostatnio na przykład zafiksował się na wyrazie "bobas", słyszałam też jak niezdarnie, ale jednak powtarza: "fasola"). Całość nagrania trwa 10 minut. Należy powtarzać przynajmniej dwa razy dziennie. Delikwent ma słuchać, pokazywać palcem czytaną przez lektora sylabę, powtarzać ją. W przedszkolu Julek słucha płyty dwa razy, w domu raz (jak się uda nakłonić kolegę do słuchania).
Czytanie globalne. Polega na przygotowaniu etykietek z napisami drukowanym literami. Napisy należy dopasowywać do obrazków/zdjęć. Np. moja fotografia i napis: MAMA (koniecznie drukowanymi literami i czcionką Arial). Powtarzać aż dziecko przeczyta samo.
Mówienie. Słowniczek z poznanymi wyrazami. Powtarzanie ich. Powtarzanie. Powtarzanie. Aż Julek zacznie sam używać w mowie spontanicznej. Obecnie po serii rzeczowników w formie mianownika, przechodzimy do form dopełniacza. Ćwiczymy przy wyrażeniu NIE MA banana. Uczymy się też czasowników: skacze, idzie, je, pije, myje itd. O tym jak się uczymy, będzie w kolejnych odsłonach.
Czytanie z mówieniem korespondują. Bo żeby Julek coś przeczytał, musi to wymówić. Ponieważ mnie na obecnym etapie bardziej interesuje umiejętność komunikowania się werbalnie, samą naukę czytania traktuję jako efekt uboczny i jednocześnie dodatkowy sposób na gimnastykę głowy.
Pisanie. Wszystkie samogłoski, które Julek wymawia, ma pisać po śladzie. Tu również kłaniają się ćwiczenia manualne i grafomotoryczne. Rysowanie równoległe. Szczegóły niedługo.

Jako uzupełnienie tych czterech podstaw krakowskiej jest cała masa ogólnorozwojowych zadań, które Julek od dawna robi w przedszkolu z panią Agatą. Czyli: kategoryzacje atematyczne (dzielimy klocki według wybranej kategorii: klocki w kształcie koła i wrzucamy je do pudełka albo klocki koloru zielonego i wrzucamy je do pudełka) i tematyczne (Julek, podawaj mi teraz skarpetki. Julek podaje majtki. Nie, Julek, skarpetki i pokazuję, żeby wzmocnić przekaz. Julek podaje z prania skarpetkę jedną, drugą, nudaaaaa). Analiza i synteza wzrokowa (tu choćby układanie puzzli, czy poszukiwanie szczegółu na obrazku albo gdzie jest ten sam przedmiot na tym obrazku itp. itd.).

Wszystkie ćwiczenia wykonywane z Julkiem metodą krakowską muszę wykonywać z zachowaniem następujących zasad:
- ma być zachowane pole wspólnej uwagi - Julek patrzy na przedmiot, który nazywamy.
- ćwiczenia ma wykonywać tylko jedną, dominującą, czyli w przypadku Julka - lewą ręką,
- ćwiczenia należy wykonywać codziennie,
- ćwiczenia musi wykonywać zachowaniem kierunku od lewej o prawej,
- mam siedzieć po prawej stronie Julka i mówić mu do prawego ucha.

niedziela, 21 lutego 2016

Zmiany

Parę dni temu "Młodszemu bratu" stuknęły cztery lata.
Od kilku miesięcy miałam wrażenie, że jak chomik kręcę się na kołowrotku powtarzalnych scen, z coraz większym przymusem tu utrwalanych. Dobrnęłam do ściany.
Pojawienie się w Julka życiu nowej terapeutki i wraz z nią metody krakowskiej, angażującej rodzinę do współpracy, spowodowało w naszej codzienności rewolucję.
Oto z mamy-do zabawy stałam się z dnia na dzień mamą-do pracy. Po pierwszej fali wybuchu entuzjazmu z przerażeniem do spóły (ja), nie-tego-oczekuję (Julek), nieobecności-bo-ferie (Krzyś) i mam-katar-mam-katar (Radek) przyszło opamiętanie. Rzuciłam rewolucję. I wzięłam się zaprzyjaźniłam z ewolucją. No.
Proces trwa.
I właśnie o tym chcę teraz pisać.
O moim przymierzaniu. skracaniu i przeróbkach nowej roli. Julka ochotach/nieochotach/działaniach na linii frontu. Mam nadzieję, że o postępach. O poszukiwaniu natchnienia, czyli takich form nauki, żeby Julka nie zniechęcić, a motywować. I żeby przy okazji nie zatłuc systematyczności moją zadaniowością.
Opisując nasze wspólne zmagania - moje ze sobą, Julka z krakowską, chciałabym i popatrzeć na siebie z boku i być dla siebie krytykiem oraz motywatorem (łatwo się zniechęcam) i usłyszeć wasze rady, chichy, podpowiedzi, podzielenia pomysłami.
Bo ja jestem kompletnie zielona w tym temacie! Moje zabawy z Julkiem nie miały do tej pory terapeutycznego charakteru. Były nieusystematyzowane. Działy się spontanicznie. Bez programu, bez powtarzania, bez racjonalnego celu. Cel: przyjemność. Był. Teraz trzeba go ciut sterapeutyzować. ;)
Czas więc na zmiany.
Gotowy Julek. Gotowa ja. Gotowy blog.
Zaczynamy!