czwartek, 14 maja 2026

Rowerem w majówkę

Na weekend majowy zaplanowałam Julkowi wycieczkę rowerową. Celem był Park Ujazdowski, w którym znajduje się zrewitalizowany plac zabaw, nie tylko dla małych dzieci. 

Mieliśmy jechać w sobotę, ale nieoczekiwanie wskoczyły nam w plany imieniny dziadka. Ruszyliśmy więc w niedzielę rano, żeby zdążyć przed upałem. W skm-ce przykuli moją uwagę pasażerowie, ewidentnie biegacze, wielu z elementami narodowymi. Był 3 maja. Sięgnęłam po informację i zonk. W Warszawie jest Bieg Konstytucji. Plac Trzech Krzyży, fragmenty Alei Ujazdowskich pozamykane. Bardzo na naszej trasie. Nie damy rady przejechać rowerami. Szybka zmiana planów. Julek mówi: ZOO. I to był dobry pomysł, ale nie miałam ze sobą zapięć do rowerów. Nie chciałam ryzykować pozostawienia rowerów bez zabezpieczenia, nawet jeśli stoją one tuż za budką ochroniarzy. Zanotowałam - zawsze miej ze sobą zapięcia. 

Wysiedliśmy przy Stadionie. Pomyślałam: miał być warszawski park, niech będzie park warszawski. Ruszyliśmy do praskiego Parku Skaryszewskiego. Objechaliśmy stadion, lekko w górkę podjechaliśmy przy Moście Poniatowskiego i za chwilę wjeżdżaliśmy na główną aleję parku.



Była 9:30. Ludzie dopiero wstawali z łóżek. Zielono, rześko, pachniało bzem, bardzo przyjemnie. Postanowiliśmy z Julkiem pojechać na lody, ale najpierw musieliśmy zapoznać się z topografią parku.

To zawsze dobra okazja do wykorzystania umiejętności czytania i rozumienia tekstu w praktyce. Szukaj miejsca gdzie jesteśmy. Znajdź kawiarnię/bar. Julek szuka i czyta. 

Ruszyliśmy w kierunku Jeziorka Kamionkowskiego. Idealna miejscówka na lody. Bar był już otwarty. Rozstawione leżaki zapraszały do relaksu. Chłonęliśmy spokój, kumkanie żab i lody o smaku kwaśnego urwisa. Dobry czas.



Zaciekawił nas półwysep, który mieliśmy z lewej strony. Postanowiliśmy ruszyć w tym kierunku. Poczuliśmy się jak bohaterowie przygody poszukując właściwej ścieżki (a niektóre wąskie były, wąziutkie), która zaprowadziłaby nas na półdziki przylądek. Fajna w tym parku jest jego przyjazność i naturalność. To niewymuskane, eleganckie Łazienki, ale całkiem konkretny fragment uporządkowanej natury, zapraszający do goszczenia się. Mnóstwo uprawiających jogging, spacerowiczów, młodych ludzi z kocami pod pachą poszukujących miejsca na piknik. Bardzo sympatyczne miejsce.



Po rowerowym objeździe parku Julek zarządził piknik, a ponieważ zrobiło się już przyjemnie ciepło, a nawet bardzo ciepło, naturalnym miejscem wydała nam się plaża nad Wisłą. Objechaliśmy Jeziorko Kamionkowskie, po drodze spotykając pana Marka, pracownika szkoły Julka. Zatrzymaliśmy się na krótką pogawędkę, odjeżdżając Julek zamiast standardowego "do widzenia", krzyknął "do zobaczenia", zaskakując mnie właściwym doborem zwrotu. Mam w takich chwilach nieodparte wrażenie, że tkwi w nim więcej słów, wyrażeń, rozumienia otoczenia, niż jest w stanie to wyrazić. I czasami coś kliknie w jego głowie, zostanie wyartykułowane, pomknie dalej i już nie wróci. A czasami wróci i zostanie z nami na dłużej.

Dojechaliśmy do skrzyżowania Alei Zielenieckiej i ul. Jana Zamoyskiego. Minęliśmy go, objechaliśmy stację Warszawa Stadion, i pojechaliśmy w kierunku Mostu Świętokrzyskiego, skręciliśmy w lewo i znów jechaliśmy w kierunku Mostu Poniatowskiego, do plaży zwanej Poniatówką. Tutaj zrobiliśmy piknik.



Spędziliśmy na piasku około czterdzieści minut. Nie spieszyło nam się. Brak zapięć nie pozwalał oddalać się od rowerów, więc nie podeszliśmy do samej Wisły. A oboje mieliśmy na to ochotę. 

Wróciliśmy ścieżką przy samej rzece do Mostu Świętokrzyskiego, skąd już rzut kamieniem do stacji Warszawa Stadion. Tym razem nie działała winda i rowery musiałam wtachać na peron. W tym mi Julek nie pomoże. Za to już całkiem sprawnie wprowadza swój rower do pociągu. 

To była lajtowa, piknikowo-rekreacyjna wycieczka. Idealna na otwarcie sezonu. Znów sięgniemy po więcej. 

piątek, 10 kwietnia 2026

Radość

Byłam już w domu, gdy odczytałam wiadomość od wychowawczyni Julka, że szkoła w piątek będzie zamknięta z powodu awarii zaworu gazu. Julek wracający busem nic o tym jeszcze nie wiedział.

Gdy odebrałam chłopaka z busa i przekazałam mu wiadomość, najpierw spojrzał na mnie z niedowierzaniem, a potem eksplodował radością. 
- Mama, dziękuję, dziękuję, że weekend!!!! Kocham cię!! Super!!!! Nice!

W tej radości z nieoczekiwanej przerwy od zajęć szkolnych w niczym nie różni się od brata. Nastoletni aplauz dla odwołania szkoły wspólnym mianownikiem moich synów. Różnią się tylko w sposobie okazywania tej radości. 

Julek świętuje, a ja się głowię co dalej, jeśli awarii nie naprawią przez weekend. Nie zawsze mogę pracować zdalnie. Nie zawsze Radek jest na miejscu. Nagłe zdarzenia zmuszają do przeprogramowywania i tak napiętej domowej logistyki. 

Tymczasem Julek korzysta z wolnego. Gra od rana w Hulka i niczym się nie martwi. To wątpliwy przywilej rodziców. 

poniedziałek, 6 kwietnia 2026

Przejażdżka

Niedziela wielkanocna tak pięknie zajaśniała słońcem, że skuszeni ciepłem i wiosennym szczebiotem ptaków, ruszyliśmy na przejażdżkę rowerową. Inicjatorem był Julek. Wprawdzie z lekka protestował, gdy okazało się, że na otwarcie sezonu rowerowego mam w planach nieco większe kółko niż zwykle na start po zimie, ale jechał dziarsko.
Poszwędaliśmy się po naszej okolicy. W sumie wyszło 8,5 km. 
Zgodnie orzekliśmy, że fajnie będzie wybrać się na wycieczkę rowerową do Warszawy. 
Chęci są. Rowery gotowe. Potrzebna nam tylko właściwa pogoda. 



sobota, 4 kwietnia 2026

Wielkanoc 2026

Dobrych, spokojnych, radosnych Świąt życzymy. Z nadzieją i miłością w sercu, w przytuleniu i serdeczności. 
Dbajcie o siebie.

sobota, 31 stycznia 2026

Kardiolog

We czwartek Julek miał planową kontrolną wizytę w poradni kardiologicznej. Zaraz po wejściu do gabinetu zostałam poinformowana, że na dzisiejszej wizycie zostanie zrobione echo serca, natomiast kompleksowe badania (badania z krwi, ekg, holter, rentgen płuc i ponowne echo serca) przeprowadzone zostaną na oddziale dziennym kardiologii w pierwszym tygodniu lutego. O terminie wizyty zostanę poinformowana telefonicznie. 

Julek położył się na kozetce. Zagadywał młodą lekarkę, chichotał bo łaskotała go głowica ultrasonografu, wiercił się, nożesz człowieku młody. Musiałam wyluzowanego pacjenta zmobilizować do bezruchu i bezśmiania. Weszliśmy na poziom Julian. Czasem Julek potrzebuje więcej czasu na dostosowanie się do wymaganych reguł gry. Tu nie było na to czasu. Wreszcie uspokoił się. Znieruchomiał. I nawet gwałtownie nie odwracał głowy na dźwięk swojego serca. Zapamiętał tę melodię z poprzednich badań. 

Zasadniczo jest dobrze. Stabilnie. Bez przecieków wewnątrz serca. Łaty dobrze trzymają. Niedomykalność zastawki mitralnej II stopnia, zastawki dwudzielnej I stopnia. Nie zmieniły się od ostatniej wizyty (grudzień 2024 r.). 

Dzisiaj zadzwoniła do mnie lekarka z oddziału dziennego. Umówieni jesteśmy na piątek, 6 lutego. Wszystkie badania zostaną przeprowadzone do g. 15:00. I to mi bardzo odpowiada. Wprawdzie pani doktor zastrzegła, że gdyby podczas badań wyszło coś niepokojącego, to zatrzymają nas na oddziale. Dodała jednak, że raczej nie zanosi się na to (wynik echa serca). I tego się trzymam. Nie chciałabym przegapić Krzysia studniówki w sobotę. 

środa, 28 stycznia 2026

Sanki

Największą atrakcją dla Julka okazał się tor saneczkowy. Na pierwszy zjazd potrzebował mojej obecności. Nie czuł się pewnie w obcym otoczeniu. Usiadłam w pierwszych saneczkach, Julek w drugich. Pierwszy zjazd był bardzo asekuracyjny. Julek więcej hamował niż dodawał przyspieszenia. 

Na drugi zjazd poszedł beze mnie. A potem już samo poszło. I tak oto saneczki stały się przerywnikiem naszych wycieczek. Gdy mieliśmy wolny dzień, szliśmy na tor. Julek po oswojeniu nieznanego, samodzielnie ogarniał karnet, bez pomocy zapinał pas (ten inaczej działał jak w aucie - na sankach nie można było dobrać pasa, gdy za mało sie go wyciagnęło, trzeba było od razu zaciągnać odpowiednią długość), podjeżdżał do samego końca, nie hamował za wcześnie. Czerpał frajdę ze zjazdów.




Po zaliczeniu kilku zjazdów szliśmy na stok. Czekaliśmy na zjazdy chłopaków. Czasem wracaliśmy z nimi, czasem szliśmy gdzieś dalej.



poniedziałek, 26 stycznia 2026

Sky Walk

Sky Walk to komercyjna atrakcja turystyczna Świeradowa-Zdroju. Przy dobrej pogodzie widać konstrukcję wieży, gdy wjeżdża się do miasta. Nie byliśmy tam rok temu, wybraliśmy się w tym.

Z parku uzdrowiskowego przy Domu Zdrojowym jest kilometr wędrówki pod górkę najpierw ulicą, a potem ścieżką w lesie. Z miejsca, w którym spacer staje się miniwycieczką górską, do wieży jest 650 m. To było miejsce, w którym wyjęłam nasze raczki. Droga przez las była wyraźnie oblodzona. Po około 400 m łagodnego podejścia znaleźliśmy się przy mostku.



Stąd pozostało jakieś 200 m w górę, wyraźnie stromiej. Julek od początku wycieczki nie był w sosie. Zwyczajnie nie chciało mu się iść. Klasyczny nastolatkowy foch. Po co? Ale dlaczego? To bez sensu. Wreszcie ujrzeliśmy zarys wieży. Pogoda tego dnia była małowidokowa.


Gdy Julek zobaczył wieżę, zmienił nastawienie. Ujrzał wreszcie cel wycieczki, a ten okazał się w tym momencie w zasięgu ręki. Przed wejściem na wieżę zrobiliśmy krótki przystanek na zdjęcie raczków i porcję gorącej herbaty (idealny przysmaku zimowego turysty).


Wejście na wieżę nie jest tanie. Bilety ulgowe (dla dzieci do 12 roku życia i osób niepełnosprawnych są po 53 zł, bilety normalne 69 zł). Wieża ma 63 m wysokości. Ścieżka wijąca się w górę mierzy 850 m. Ma łagodny kąt nachylenia i bardzo przyjemnie się po niej wędruje.





Julek szedł z dużą przyjemnością i nie narzekał na zmęczenie. Pewno byłoby jeszcze piękniej, gdyby mgła łaskawie opadła i odsłoniła urodę okolic. Ale to nie był ten dzień. Mgła miała nas w nosie. Gdy dotarliśmy na szczyt, pozostało nam wejść na szklany podest, zapozować do zdjęć, wejść na siatkę zawieszoną ponad 60 m nad ziemią i mieć z tego frajdę, wyobrażać sobie te wszystkie szczyty, które prezentowały umieszczone plansze.





Przez chwilę, naprawdę krótką chwilę te kilka osób, które były z nami na szczycie, wstrzymało oddech. Oto ujrzeliśmy coś więcej jak tylko rozlane wokół mleko. Kawałek góry. 

I to by było na tyle. Zeszliśmy. Wyjście prowadzi przez sklepik z pamiątkami, które kuszą, wołają, żeby je kupić. Za to toaleta jest bezpłatna. 

Łyk herbaty, pięć żelków i raczki na nogi. Byliśmy gotowi do zejścia w dół. Osoby schodzące i wchodzące bez raczków z zazdrością patrzyły na nasze swobodne, wygodne i bezpieczne stawianie kroków na oblodzonej ścieżce. 

A potem już asfaltowa droga, park zdrojowy, deptak, sklep, powrót do domu. Radek i Krzyś już czekali. Jak co dzień spędziliśmy wspólne popołudnie. Razem.