środa, 26 sierpnia 2026

Przełęcz Krzyżne

Musiałam poczekać, aż zelżeje upał. Wprawdzie powyżej 2 tys. m zwykle jest chłodniej, ale żeby wspiąć się na ten poziom, trzeba trochę przewyższeń pokonać. Nie zawsze szlaki są w cieniu.

W sobotę przed świtem Radek zawiózł mnie i Krzysia do Palenicy Białczańskiej. O 5:00 ruszaliśmy w kierunku Wodogrzmotów Mickiewicza. Naszym celem była Dolina Pięciu Stawów. A co dalej - miało okazać się w piątce. 

Dzień wcześniej przeszedł front atmosferyczny, który wreszcie zabrał gorąc. Po niebie przesuwały się chmury. Było rześko, wietrznie, idealnie.

Na celowniku miałam żółty szlak przez przełęcz Krzyżne do hali gąsienicowej. Nie wykluczałam jednak Koziego Wierchu i może fragmentu Orlej Perci. Zapasy wody, jedzenia i sił były. Ten szlak jednak uzależniałam od Krzyśka. A ten szedł do doliny nie wiedząc, czy chce iść gdzieś dalej. Organizm nie do końca zregenerował się po ostatniej wyprawie. 

Dolina Pięciu Stawów przywitała nas słońcem i wiatrem. Szybko się stygło. 




Krótki przystanek na śniadanie i szybka decyzja. Idę żółtym na Krzyżne, Krzyś zostaje w dolinie na reset. Było mi miło, że odprowadził mnie pod wejście na szlak, po drodze robiąc sobie sesję zdjęciową z mamą.





Ruszyłam w górę. Najpierw szło się przyjemnie lekko w górę, wyraźnie zboczem góry. Im wyżej byłam, tym Siklawa mocniej się odsłaniała, aż wreszcie mogłam zobaczyć ją w całej okazałości. Podobnie ostatni odcinek do Pięciu Stawów.






Z czasem krajobraz zaczął się robić coraz bardziej kamienisty i dziki. Byłam coraz wyżej. Zaczynał się odcinek mocno pod górę. Wyczerpująco pod górę. Krok za krokiem. Krok za krokiem. Krótki oddech. Krok. Oddech. Krok. Krok. Zostaję kompletnie sama ze swoją słabością i zmęczeniem. Cel, który wyraźnie jest bliżej, dodaje sił. Moja zadaniowa natura lubi takie wyzwania. Osłodą są widoki. Chłonę je wszystkimi zmysłami.






Wreszcie docieram na przełęcz Krzyżne (2112 m n.p.m.). Jest chłodno, wieje. I mnóstwo miejsca na mały piknik.







Przełęcz Krzyżne kończy, ale też zaczyna (przynajmniej część) Orlej Perci. Dwa dni wcześniej Krzysiek z Maćkiem byli tu. Bardzo skrytykowali szlak do hali. Czułam, że są absolutnie nieobiektywni. Po dziesięciu godzinach wędrowania góra-dół, góra-dół w skupieniu i koncentracji, każde zejście byłoby niemiłe. Mechaniczne i na auto-pilocie. Mnie zachwycił ten szlak. Jego dzikość, surowość, która z każdym metrem niżej zmieniała się w przyjazne miejsce. Zatrzymałam się przy Czerwonym Stawie Gąsienicowym na dłużej. Potem jeszcze czekał mnie najbardziej chyba nużący odcinek do hali. Wyszłam poniżej schroniska, na trasie do Psiej Trawki. I tędy zaczęłam schodzić. Przy czym na dole skręciłam czerwonym na Toporową Cyrhlę, trochę jest w górę, trochę w dół, na pewno nieco dłużej niż z Psiej Trawki do Brzezin. Za to z Cyrhli miałam autobus miejski nr 11. Zeszłam z szlaku w momencie, gdy podjeżdżał. Lepiej nie mogłam trafić. O 14:30 byłam w pensjonacie. Piękny dzień na zakończenie naszego pobytu w Zakopanem.










droga z Murowańca do Brzezin

wtorek, 25 sierpnia 2026

Czerwony Dwór

Trafiliśmy tam nie przez przypadek. W poszukiwaniu obrazka malowanego na szkle w tematyce góralskiej, który miał być prezentem, Iga odkryła Czerwony Dwór Miejsce z historią, ciekawą architekturą, widokiem na majestatyczny Giewont, galerią sztuki i sklepem, gdzie można zaopatrzyć się w sztukę. 

Wybraliśmy drogę nie na skróty. Ruszyliśmy znaną nam trasą do ścieżki pod Reglami, którą nieśpiesznie wędrowaliśmy w kierunku wejścia do Doliny Strążyskiej. Tego dnia gorąc dawał się we znaki. Cień i lody ratowały sytuację. 

Przy wejściu do doliny jest przystanek linii 18. Właśnie odjechał nam autobus. Drugi mieliśmy za godzinę. Ale przecież nigdzie się nam nie śpieszyło. Usiedliśmy w ulubionej naszej knajpce Roma. Lody były strzałem w dziesiątkę. Za chwilę dosiadła się do nas Ada z rodzicami i siostrą. Szli w kierunku Wielkiej Krokwi. Też im się nie śpieszyło. Posiedzieliśmy razem.

Autobusem zjechaliśmy kilka przystanków w dół. Wysiedliśmy na Kasprusie. Czerwony Dwór zauroczył nas. I to chyba jedyne miejsce w Zakopanem bez tłumów ludzi. W zasadzie byliśmy tam tylko w dwie rodziny plus obca pani, którą Julek z sympatią zaczepiał. 



Na parterze była akurat wystawa rzeźbiarza Stanisława Cukra Niektóre jego prace można już było zobaczyć w ogrodzie przed budynkiem. 



zdj. Anna Grochowska

zdj. Anna Grochowska





Jest coś poruszającego w tych rzeźbach. 

Na piętrze jest galeria malarstwa na szkle zakopiańskich artystów. 





skojarzyło mi się z Klechdami domowymi (książką z dzieciństwa)

I znów nieśpiesznie oglądaliśmy, spacerowaliśmy, zachwycaliśmy się, dzieliliśmy swoimi spostrzeżeniami. A co poniektórzy to potem utknęli w sklepie, który okazał się istną galerią sztuki. 

Z Czerwonego Dworu doszliśmy na Krupówki. Spacerem w dół znów zaliczając lody (Julek z Radkiem) i mrożoną kawę (ja). Zasadniczo Krupówki omijamy szerokim łukiem i traktujemy je jako ulicę tranzytową, niezwykle zakorkowaną.