niedziela, 14 czerwca 2026

Igrzyska ON

W maju wyraziłam zgodę na udział Julka w zawodach pływackich. Nie wczytałam się w  dokumenty, które dostałam ze szkoły do podpisania. Zarejestrowałam: basen - zawody - Targówek - 13 czerwca. 

Gdy wczoraj dotarłam z Julkiem na Łabiszyńską 20 okazało się, że to coroczne Igrzyska dzieci i młodzieży z niepełnosprawnościami, do tego jubileuszowe, 30-te. Trzy kategorie wiekowe: I - do 14 lat, II - 14-18 lat i III - 18-35 lat. Trzynaście konkurencji, z których zgłaszający się do udziału w zawodach, mają wybrać trzy. Pan Adam Grzemski - ulubiony, zaraz po pani Edycie, nauczyciel wf - zgłosił: boule, rzuty do kosza i dystans 25 m na basenie na czas (dowolnym stylem). Julek był bardzo podekscytowany. Wyraźnie czuł powagę sytuacji. I o zawody dopytywał mnie niemal codziennie. Znalazł się wśród piątki reprezentantów szkoły specjalnej nr 123.

A na Łabiszyńskiej tłum organizatorów, uczestników, opiekunów i wolontariuszy (młodzież w żółtych kamizelkach). Julek dostał koszulkę, czapkę z daszkiem i numer startowy 67.

Znaleźliśmy się w kolorowym tłumie. O 10:00 ruszyła parada dookoła stadionu, na czele której szli oficjele.




Zanim zapalono znicz i wciągnięto flagę na maszt były przemowy, z których najbardziej poruszyła mnie zagrzewająca do aktywności, adekwatna do rodzaju imprezy i z szacunkiem do sportowców przemowa Roberta Korzeniowskiego. Gdy już część oficjalna dobiegła końca, uczestnicy wypuścili kolorowe balony.


Rozpoczęły się zmagania sportowe. To uczestnicy wybierali kolejność konkurencji. Pan Adam zdecydował, że pierwsze będą boule.

Julek do konkurencji podszedł zawodowo. Miał trzy rzuty: pierwsze próbne, dwa kolejne punktowane. Pierwsze pchnięcie kulą było za słabe. Drugie skorygował tak, że kula wleciała w oznaczony obszar, trzecie jeszcze poprawił. Kula znalazła się najbliżej głównej.  


Potem poszliśmy na basen. Zawodnicy mieli do przepłynięcia długość basenu. Warunkiem zakończenia konkurencji było dotknięcie dłonią ściany basenu. Wtedy sędzia zatrzymywał stoper. Przed właściwym płynięciem był czas na rozgrzewkę. Pan Adam pilotował przepłynięcie zewnętrznego toru. 

Rozgrzewka. 

Po rozgrzewce zaczynał się właściwy wyścig z czasem. Julek dał z siebie sto procent. Młócił rękami i nogami, ile fabryka dała, a jak zmęczył się, dał nura i płynął pod wodą. Nie zatrzymał się. Dopłynął i klepnął ścianę. Dopingowałam syna, tym razem ja dając ile fabryka dała w płucach. Z dumą patrzyłam na Julka.

A po basenie poszliśmy rzucać do kosza. Mieliśmy idealne wyczucie czasu. Gdy pływaliśmy, zaczęła się ulewa, gdy wróciliśmy zaliczyć ostatnią konkurencję, świeciło słońce i nie było już kolejki do koszów. Komfortowe warunki. Każdy zawodnik miał sześć rzutów. Julek trafił trzy kosze. O mały włos nie miałby czterech trafień. Piłka już była w obręczy, ale zakołysała się, odbiła od ściany i zamiast do środka, poleciał na zewnątrz. Bywa i tak. 


Po wszystkim był czas na relaks. Julek miał talony na lody, kiełbaskę z grilla i wodę. Wykorzystał wszystkie. Szamał jedzenie z apetytem. Otrzymał również nagrody (plecak, bon na 300 zł do wykorzystania w sklepie sportano i medal). To był zestaw dla każdego zawodnika. Pierwsze trzy miejsca w każdej konkurencji w podziale na kategorie wiekowe i płeć były nagradzane medalami. Przygotowano podium. Trzeba było uzbroić się w cierpliwość. Ktoś musiał policzyć wszystkie punkty. Razem z panem Adamem mieliśmy nadzieję na medal dla Julka w boulach. Z jego grupy tylko jemu udało się nie dość, że trafić do wyznaczonego obszaru, to jeszcze całkiem blisko głównej kuli. Tyle że w tej konkurencji nie było kategorii wiekowych i pierwsze trzy miejsca zgarnęli seniorzy. Goście z naprawdę dużym doświadczeniem. Julek dzielnie zniósł brak medalu. Miałam wrażenie, że był ciut rozczarowany. Potrafił jednak przepracować ten niedosyt. Po prostu mocniej cieszył się z medalu, którzy mieli wszyscy. Nie szczędziłam mu też słów uznania. Szczerych i prosto z serca.

To pierwsze Julka zawody z prawdziwego zdarzenia. Cierpliwie czekał na rozpoczęcie wydarzenia, na ogłoszenie wyników, na swoją kolej. Obserwator. Przy boulach i koszu skupiony, uważny, korygujący swoje rzuty. Nie rzucał na chybił trafił, rzucał, żeby trafić. A na basenie serducho zostawił w wodzie. Dumna z niego jestem bardzo!

wtorek, 9 czerwca 2026

Rejs po Wiśle

Sezon na wiosenno-letnie szkolne eventy uważam za otwarty. Dziś rejs po Wiśle. Klasa Julka zaliczyła chillout absolutny. Siedzą, patrzą, słuchają, chodzić nie muszą. Leniwie, miło, razem. Pogoda idealna. 

Pani opowiadała o ptakach, rybach, mostach.  Młodzież mogła obserwować otoczenie przez lornetki. Warszawa z perspektywy rzeki odkrywa nowe oblicze. Przyjemny czas.




Zdjęcia pani Edyta Płocha. Najlepsza wychowawczyni ever. 


niedziela, 31 maja 2026

Gminny piknik

Dzisiaj rower stał się środkiem transportu, a nie przyczyną wycieczki.

W naszym gminnym ośrodku kultury (niedawno oddanym do użytku po długim remoncie i rewitalizacji) odbywał się piknik z atrakcjami z okazji Dnia Dziecka. Postanowiliśmy pojechać. Po  obiedzie wyklarowała się pogoda i nawet słońce nieśmiało wyglądało zza chmur.

Nawigacja pokazywała 17 minut rowerem. My dojechaliśmy w 19. To pokazuje, jak Julek kondycyjnie i siłowo wszedł na wyższe obroty. Nie zatrzymuje się, nie narzeka, nie zwalnia. Jedzie równym, miarowym tempem. Praktyka czyni mistrza. Naprawdę przyjemnie jeździ mi się z moim młodszym synem.

Na terenie ośrodka tłum ludzi. Na estradzie śpiewające dzieci. Wokół biegające dzieci. Dzieci z watą cukrową. I w kolejce po lody. Julek zdecydowanie zawyżał średnią. Po prawdzie przewijała się też młodzież. Koniec podstawówki - początek ogólniaka. Ale była w mniejszości. Julek wydawał się onieśmielony. Zrobiliśmy obchód. Na jednym ze stoisk Julek wyhaczył lody kręcone. Kupiliśmy małego.



Ruszyliśmy dalej. W pewnym momencie zaczęła uśmiechać się do mnie serdecznie kobieta. Aż spojrzałam przez ramię, czy nie do kogoś obok. Zagadała. Mama Oliwki z julkowego przedszkola. Obok Oliwia. Delikatna, śliczna nastolatka. Mamy zupełnie nie kojarzyłam. W rysach dziewczyny - po wytężonej pracy pamięci - ujrzałam pucołowatą, słodką, kilkuletnią dziewczynką z ery dawnej, przedszkolnej, przykrytej już grubą warstwą kurzu. Miło, że po tylu latach wzbudzamy ciepłe wspomnienia. 

Poszliśmy w kierunku wysokiej konstrukcji. Trzy wieże, dwie długaśne rury, jedna kręta. Julkowi zaświeciły się oczy. Chciał zjechać. Ale żeby zjechać, trzeba się wdrapać po drabinie z sznurów. Niestabilnej, ruszającej się i jeszcze ten piasek do zaliczenia, żeby zacząć wspinaczkę. Julek oswajał teren. Obserwował. Nie czuł się komfortowo. Dzieci wokół o głowę niższe. Bez skośnych oczu. Normalsi. Ale ta rura. Dwie. Kuszące bardzo. Lubię takiego Julka. Chłopaka, który wychodzi ze strefy komfortu. Pokonuje wewnętrzny opór. Mierzy się ze swoim lękiem i nieznanym terenem. 

Wszedł. Przeszedł. Zjechał. A jak zjechał z jednej, postanowił z drugiej. Zaplanował: - Druga rura i koniec, ty mama filmik. 




Filmik zgodnie z życzeniem nakręciłam. 

Największe jednak zainteresowanie wzbudził w Julku skatepark. Usiadł w nim na ławeczce i obserwował chłopców na hulajnogach i rowerach. - Ja też. - oznajmił i z trudem przyjmował moje tłumaczenie, że jego rower nie nadaje się na podskoki i zeskoki, które wykonywali chłopcy. Spędziliśmy tam dobre piętnaście minut, zanim Julek zarządził powrót. Obiecałam, że wrócimy z hulajnogą. Wsadzimy ją do auta i przyjedziemy któregoś dnia. 


A potem wracając zatrzymaliśmy się na naszym mostku. Julek powrzucał kamienie do wody, ja ugasiłam pragnienie. Po krótkim relaksie wróciliśmy do domu dobrze znaną nam drogą. Podobał się Julkowi wypad. Na skatepark na pewno wrócimy. 




Festiwal capoeiry

W sobotę Julek uczestniczył w ceremonii zmiany sznurów, która odbyła się podczas festiwalu "Juntos e  Misturados" zorganizowanym z okazji 25-lecia FICAG Polska. Sekcja Happy Capoeira, do której należy wraz ze swoimi zespołowymi kolegami i koleżankami, jest częścią tej organizacji.

Po oficjalnym powitaniu 


rozpoczęła się rozgrzewka, w której wzięli udział wszyscy uczestnicy.


Po ogólnym treningu uczestników podzielono na cztery grupy w zależności od stopnia zaawansowania. Do naszej grupy Happy Capoeira dołączyły początkujące dzieci. Trening prowadził mistrz z Brazylii. Julek nadal zanadto nie wysilał się ćwicząc. A potem było spotkanie w grupie, a po nim rozgrzewkowe roda. 


Po treningu wszyscy ustawili się w kręgu. Zaczynała się właściwa ceremonia. Ponieważ w tym roku FICAG Polska obchodziła 25-lecie istnienia ceremonia zmiany sznurów wśród instruktorów obchodzona była niezwykle uroczyście. To również moment, kiedy można obejrzeć roda na wysokim poziomie. Polscy instruktorzy wykonują symulację walki z brazylijskimi mistrzami. Trzeba mieć niezłą kondycję, żeby sprostać kilku takim tańcom. A gdy tempo podkręca rytmiczna muzyka dopiero wtedy można dostrzec w szybkości i dynamice ruchów mistrzów, jak niebezpieczny może to być taniec. Groźny bardzo dla przeciwnika. Ale jak tłumaczył profesore prowadzący całą uroczystość capoeira to nie tyle walka, co styl życia. 



Ponieważ nasze dzieciaki według reguł FICAG należą już do dorosłych, musiały długo czekać na swoją kolej. Ale było to naprawdę dojrzałe, cierpliwe czekanie. Widać było zmęczenie materiałem u wielu z nich, ale żadne nie robiło scen. Krótka przerwa na posiłek naładowała Julka energią.


Wreszcie przyszedł wyczekany moment - zmiana sznura. A po nim roda z Mistrzem. Szczęście i radość naszych dzieciaków są nie do podrobienia. Autentyczność i żywiołowość ich reakcji ładuje człowieka pozytywną energią. Cieszyli się jakby zdobyli złoto olimpijskie. A my - rodzice - z nimi. 




Po założeniu nowego sznura był czas na rodę. Umówmy się - capoeira nie jest mocną stroną Julka. Nawet trudno mówić o braku gracji w ruchach Julka, bo te ruchy są ograniczone do minimum. Julek jest bardzo statyczny. Nie ma w nim dynamiki i ekspresji. Mam wrażenie, że dwa lata temu, na ostatnim naszym batiztado, Julek więcej się wykazał. Postępów w umiejętnościach brak. 

I gdybym chciała poddać się pragmatyzmowi, wypisałabym Julka z zajęć capoeiry. Ale nie chodzi tylko o postępy. Chodzi o to, że capoeira to dla Julka aktywność, to kumple, to wreszcie poczucie przynależności do społeczności, która żyje capoeierą. Widziałam w Julku tę radość, gdy po otrzymaniu sznura poklepywał po ramionach stojące wokół osoby i nie byli to tylko kumple. Widziałam to szczęście i ekscytację, gdy został przesunięty w przeciwległy róg. Stał wśród dorosłych chłopaków z nie swojej bajki. I cieszył się razem z nimi tą chwilą. Tym oczekiwaniem na rodo z maestrem. Nie było w Julku dynamiki w tańcu capoeiry. Ale taki właśnie jest teraz. Nieśpieszny. Oszczędny w spożytkowanie energii. Uszanował to maestro. Nie przerwał roda. Taniec trwał. 

A Julek na koniec, w aucie skwitował dzień: - Super copeiera. 

piątek, 29 maja 2026

Dzień Rodziny

W Dzień Mamy odbyło się w Julka szkole przedstawienie z okazji Dnia Rodziny. "Vaiana - skarb Oceanu". Nasza jedna z ulubieńszych bajek. Piosenki z obu części wielokrotnie towarzyszyły nam podczas podróży autem. Wiele z piosenek znam prawie na pamięć. 

I znów zadziała się magia. Piękna scenografia, wspaniałe kostiumy, muzyka i opowieść zatańczona do znanych melodii. Cenię tę szkołę za to, że do udziału w przedstawieniu angażowane są niezmiennie wszystkie dzieci. A układy taneczne są tak skomponowane, że nawet, jeśli aktor potrzebuje wsparcia, to wsparcie jest dyskretne, bywa że jest tylko tłem albo odwrotnie - partnerem w odgrywanej scenie. Piękny portret równości. 

Julek to już weteran przedstawień. Nastolatek, który z resztą klasy, należy do starszych uczniów. Nie sposób pomylić ich z dziećmi z pierwszych klas. 

Po przedstawieniu jak co roku odbył się piknik. Pogoda dopisała. Rodzice, nauczyciele i dzieci wyległy na podwórko. Pośrodku stał stół ze smakołykami. Był czas na luźne pogawędki, podziękowania i zachwyty. Bo takie przedstawienie to zawsze moc wrażeń, dużo wzruszeń i pełno radości. Można na chwilę zapomnieć o codzienności. 





niedziela, 24 maja 2026

Przejażdżka

Pięknie zrobiło się w sobotę. Słońce, chmury, wiatr, majowa zieleń - gęsta, soczysta, pachnąca. 

Wsiedliśmy na rowery. Lepiej nam się jeździ, jak mamy cel. Sobotni wypad podzieliłam na trzy etapy. Raz - sklep i zwrot nieudanych zakupów. Dwa - lody. Trzy - centrum ogrodnicze i rzut okiem na rośliny. Przekopywanie ogródka miałam zaplanowane na niedzielę. 

Dwie miejscowości. Ponad 8 kilometrów pedałowania. Półtorej godziny w ruchu. Dopiero na ostatniej prostej, długiej, szerokiej i bardzo wygodnej ścieżce rowerowej Julek spowolnił. Wyraźnie był zmęczony. Ale też słońce wyszło zza chmur i mocno przygrzewało. W takich momentach robię przystanek. Na krótki odpoczynek, wodę i garść wygłupów. Bardzo zdaje to egzamin. 

Przejażdżka nam się udała.





czwartek, 21 maja 2026

Zielona Szkoła

W ubiegłym tygodniu Julek spędził cztery dni na Zielonej Szkole. Pojechali z klasą do ośrodka Halo Mazury w Lidzbarku, w którym byli dwa lata temu. To dobrze zorganizowane miejsce z mnóstwem atrakcji, instruktorami, czuwającymi nad każdą z aktywności. Pogoda nie rozpieszczała. Nie przeszkadzało to jednak młodzieży. Humory im dopisywały.

Majowe wyjazdy na Zieloną Szkołę wpisały się w szkolną tradycję. Wdzięczność mam wielką. To wspomniały czas dla naszych dzieciaków. Julek lubi spędzać z kumplami czas. Jest wśród rówieśników, którzy nie oceniają, którzy jak mało kto, potrafią czerpać pełnymi garściami z tego, co dzieje się tu i teraz. Nie jutro, nie wczoraj - dzisiaj. 

Taki wyjazd to również okazja do szlifowania samodzielności. W samoobsłudze na śniadaniu, posprzątaniu po sobie, przygotowaniu sobie ubrania, umyciu się, zakupów w miejscowym sklepiku, ogarnianiu własnych spraw. Dla wychowawcy zwielokrotniony wysiłek dwadzieścia cztery godziny na dobę, dla nas rodziców - wytchnienie. Tegoroczną uwagę mogliśmy swobodnie przekierować na naszego maturzystę. Gdy Julek szalał z kumplami, jego starszy brat zmagał się z ostatnimi egzaminami. 

Koszt zielonej szkoły pokryliśmy z subkonta Julka. Bardzo dziękujemy.