niedziela, 31 maja 2026

Gminny piknik

Dzisiaj rower stał się środkiem transportu, a nie przyczyną wycieczki.

W naszym gminnym ośrodku kultury (niedawno oddanym do użytku po długim remoncie i rewitalizacji) odbywał się piknik z atrakcjami z okazji Dnia Dziecka. Postanowiliśmy pojechać. Po  obiedzie wyklarowała się pogoda i nawet słońce nieśmiało wyglądało zza chmur.

Nawigacja pokazywała 17 minut rowerem. My dojechaliśmy w 19. To pokazuje, jak Julek kondycyjnie i siłowo wszedł na wyższe obroty. Nie zatrzymuje się, nie narzeka, nie zwalnia. Jedzie równym, miarowym tempem. Praktyka czyni mistrza. Naprawdę przyjemnie jeździ mi się z moim młodszym synem.

Na terenie ośrodka tłum ludzi. Na estradzie śpiewające dzieci. Wokół biegające dzieci. Dzieci z watą cukrową. I w kolejce po lody. Julek zdecydowanie zawyżał średnią. Po prawdzie przewijała się też młodzież. Koniec podstawówki - początek ogólniaka. Ale była w mniejszości. Julek wydawał się onieśmielony. Zrobiliśmy obchód. Na jednym ze stoisk Julek wyhaczył lody kręcone. Kupiliśmy małego.



Ruszyliśmy dalej. W pewnym momencie zaczęła uśmiechać się do mnie serdecznie kobieta. Aż spojrzałam przez ramię, czy nie do kogoś obok. Zagadała. Mama Oliwki z julkowego przedszkola. Obok Oliwia. Delikatna, śliczna nastolatka. Mamy zupełnie nie kojarzyłam. W rysach dziewczyny - po wytężonej pracy pamięci - ujrzałam pucołowatą, słodką, kilkuletnią dziewczynką z ery dawnej, przedszkolnej, przykrytej już grubą warstwą kurzu. Miło, że po tylu latach wzbudzamy ciepłe wspomnienia. 

Poszliśmy w kierunku wysokiej konstrukcji. Trzy wieże, dwie długaśne rury, jedna kręta. Julkowi zaświeciły się oczy. Chciał zjechać. Ale żeby zjechać, trzeba się wdrapać po drabinie z sznurów. Niestabilnej, ruszającej się i jeszcze ten piasek do zaliczenia, żeby zacząć wspinaczkę. Julek oswajał teren. Obserwował. Nie czuł się komfortowo. Dzieci wokół o głowę niższe. Bez skośnych oczu. Normalsi. Ale ta rura. Dwie. Kuszące bardzo. Lubię takiego Julka. Chłopaka, który wychodzi ze strefy komfortu. Pokonuje wewnętrzny opór. Mierzy się ze swoim lękiem i nieznanym terenem. 

Wszedł. Przeszedł. Zjechał. A jak zjechał z jednej, postanowił z drugiej. Zaplanował: - Druga rura i koniec, ty mama filmik. 




Filmik zgodnie z życzeniem nakręciłam. 

Największe jednak zainteresowanie wzbudził w Julku skatepark. Usiadł w nim na ławeczce i obserwował chłopców na hulajnogach i rowerach. - Ja też. - oznajmił i z trudem przyjmował moje tłumaczenie, że jego rower nie nadaje się na podskoki i zeskoki, które wykonywali chłopcy. Spędziliśmy tam dobre piętnaście minut, zanim Julek zarządził powrót. Obiecałam, że wrócimy z hulajnogą. Wsadzimy ją do auta i przyjedziemy któregoś dnia. 


A potem wracając zatrzymaliśmy się na naszym mostku. Julek powrzucał kamienie do wody, ja ugasiłam pragnienie. Po krótkim relaksie wróciliśmy do domu dobrze znaną nam drogą. Podobał się Julkowi wypad. Na skatepark na pewno wrócimy. 




Festiwal capoeiry

W sobotę Julek uczestniczył w ceremonii zmiany sznurów, która odbyła się podczas festiwalu "Juntos e  Misturados" zorganizowanym z okazji 25-lecia FICAG Polska. Sekcja Happy Capoeira, do której należy wraz ze swoimi zespołowymi kolegami i koleżankami, jest częścią tej organizacji.

Po oficjalnym powitaniu 


rozpoczęła się rozgrzewka, w której wzięli udział wszyscy uczestnicy.


Po ogólnym treningu uczestników podzielono na cztery grupy w zależności od stopnia zaawansowania. Do naszej grupy Happy Capoeira dołączyły początkujące dzieci. Trening prowadził mistrz z Brazylii. Julek nadal zanadto nie wysilał się ćwicząc. A potem było spotkanie w grupie, a po nim rozgrzewkowe roda. 


Po treningu wszyscy ustawili się w kręgu. Zaczynała się właściwa ceremonia. Ponieważ w tym roku FICAG Polska obchodziła 25-lecie istnienia ceremonia zmiany sznurów wśród instruktorów obchodzona była niezwykle uroczyście. To również moment, kiedy można obejrzeć roda na wysokim poziomie. Polscy instruktorzy wykonują symulację walki z brazylijskimi mistrzami. Trzeba mieć niezłą kondycję, żeby sprostać kilku takim tańcom. A gdy tempo podkręca rytmiczna muzyka dopiero wtedy można dostrzec w szybkości i dynamice ruchów mistrzów, jak niebezpieczny może to być taniec. Groźny bardzo dla przeciwnika. Ale jak tłumaczył profesore prowadzący całą uroczystość capoeira to nie tyle walka, co styl życia. 



Ponieważ nasze dzieciaki według reguł FICAG należą już do dorosłych, musiały długo czekać na swoją kolej. Ale było to naprawdę dojrzałe, cierpliwe czekanie. Widać było zmęczenie materiałem u wielu z nich, ale żadne nie robiło scen. Krótka przerwa na posiłek naładowała Julka energią.


Wreszcie przyszedł wyczekany moment - zmiana sznura. A po nim roda z Mistrzem. Szczęście i radość naszych dzieciaków są nie do podrobienia. Autentyczność i żywiołowość ich reakcji ładuje człowieka pozytywną energią. Cieszyli się jakby zdobyli złoto olimpijskie. A my - rodzice - z nimi. 




Po założeniu nowego sznura był czas na rodę. Umówmy się - capoeira nie jest mocną stroną Julka. Nawet trudno mówić o braku gracji w ruchach Julka, bo te ruchy są ograniczone do minimum. Julek jest bardzo statyczny. Nie ma w nim dynamiki i ekspresji. Mam wrażenie, że dwa lata temu, na ostatnim naszym batiztado, Julek więcej się wykazał. Postępów w umiejętnościach brak. 

I gdybym chciała poddać się pragmatyzmowi, wypisałabym Julka z zajęć capoeiry. Ale nie chodzi tylko o postępy. Chodzi o to, że capoeira to dla Julka aktywność, to kumple, to wreszcie poczucie przynależności do społeczności, która żyje capoeierą. Widziałam w Julku tę radość, gdy po otrzymaniu sznura poklepywał po ramionach stojące wokół osoby i nie byli to tylko kumple. Widziałam to szczęście i ekscytację, gdy został przesunięty w przeciwległy róg. Stał wśród dorosłych chłopaków z nie swojej bajki. I cieszył się razem z nimi tą chwilą. Tym oczekiwaniem na rodo z maestrem. Nie było w Julku dynamiki w tańcu capoeiry. Ale taki właśnie jest teraz. Nieśpieszny. Oszczędny w spożytkowanie energii. Uszanował to maestro. Nie przerwał roda. Taniec trwał. 

A Julek na koniec, w aucie skwitował dzień: - Super copeiera. 

piątek, 29 maja 2026

Dzień Rodziny

W Dzień Mamy odbyło się w Julka szkole przedstawienie z okazji Dnia Rodziny. "Vaiana - skarb Oceanu". Nasza jedna z ulubieńszych bajek. Piosenki z obu części wielokrotnie towarzyszyły nam podczas podróży autem. Wiele z piosenek znam prawie na pamięć. 

I znów zadziała się magia. Piękna scenografia, wspaniałe kostiumy, muzyka i opowieść zatańczona do znanych melodii. Cenię tę szkołę za to, że do udziału w przedstawieniu angażowane są niezmiennie wszystkie dzieci. A układy taneczne są tak skomponowane, że nawet, jeśli aktor potrzebuje wsparcia, to wsparcie jest dyskretne, bywa że jest tylko tłem albo odwrotnie - partnerem w odgrywanej scenie. Piękny portret równości. 

Julek to już weteran przedstawień. Nastolatek, który z resztą klasy, należy do starszych uczniów. Nie sposób pomylić ich z dziećmi z pierwszych klas. 

Po przedstawieniu jak co roku odbył się piknik. Pogoda dopisała. Rodzice, nauczyciele i dzieci wyległy na podwórko. Pośrodku stał stół ze smakołykami. Był czas na luźne pogawędki, podziękowania i zachwyty. Bo takie przedstawienie to zawsze moc wrażeń, dużo wzruszeń i pełno radości. Można na chwilę zapomnieć o codzienności. 





niedziela, 24 maja 2026

Przejażdżka

Pięknie zrobiło się w sobotę. Słońce, chmury, wiatr, majowa zieleń - gęsta, soczysta, pachnąca. 

Wsiedliśmy na rowery. Lepiej nam się jeździ, jak mamy cel. Sobotni wypad podzieliłam na trzy etapy. Raz - sklep i zwrot nieudanych zakupów. Dwa - lody. Trzy - centrum ogrodnicze i rzut okiem na rośliny. Przekopywanie ogródka miałam zaplanowane na niedzielę. 

Dwie miejscowości. Ponad 8 kilometrów pedałowania. Półtorej godziny w ruchu. Dopiero na ostatniej prostej, długiej, szerokiej i bardzo wygodnej ścieżce rowerowej Julek spowolnił. Wyraźnie był zmęczony. Ale też słońce wyszło zza chmur i mocno przygrzewało. W takich momentach robię przystanek. Na krótki odpoczynek, wodę i garść wygłupów. Bardzo zdaje to egzamin. 

Przejażdżka nam się udała.





czwartek, 21 maja 2026

Zielona Szkoła

W ubiegłym tygodniu Julek spędził cztery dni na Zielonej Szkole. Pojechali z klasą do ośrodka Halo Mazury w Lidzbarku, w którym byli dwa lata temu. To dobrze zorganizowane miejsce z mnóstwem atrakcji, instruktorami, czuwającymi nad każdą z aktywności. Pogoda nie rozpieszczała. Nie przeszkadzało to jednak młodzieży. Humory im dopisywały.

Majowe wyjazdy na Zieloną Szkołę wpisały się w szkolną tradycję. Wdzięczność mam wielką. To wspomniały czas dla naszych dzieciaków. Julek lubi spędzać z kumplami czas. Jest wśród rówieśników, którzy nie oceniają, którzy jak mało kto, potrafią czerpać pełnymi garściami z tego, co dzieje się tu i teraz. Nie jutro, nie wczoraj - dzisiaj. 

Taki wyjazd to również okazja do szlifowania samodzielności. W samoobsłudze na śniadaniu, posprzątaniu po sobie, przygotowaniu sobie ubrania, umyciu się, zakupów w miejscowym sklepiku, ogarnianiu własnych spraw. Dla wychowawcy zwielokrotniony wysiłek dwadzieścia cztery godziny na dobę, dla nas rodziców - wytchnienie. Tegoroczną uwagę mogliśmy swobodnie przekierować na naszego maturzystę. Gdy Julek szalał z kumplami, jego starszy brat zmagał się z ostatnimi egzaminami. 

Koszt zielonej szkoły pokryliśmy z subkonta Julka. Bardzo dziękujemy. 












czwartek, 14 maja 2026

Rowerem w majówkę

Na weekend majowy zaplanowałam Julkowi wycieczkę rowerową. Celem był Park Ujazdowski, w którym znajduje się zrewitalizowany plac zabaw, nie tylko dla małych dzieci. 

Mieliśmy jechać w sobotę, ale nieoczekiwanie wskoczyły nam w plany imieniny dziadka. Ruszyliśmy więc w niedzielę rano, żeby zdążyć przed upałem. W skm-ce przykuli moją uwagę pasażerowie, ewidentnie biegacze, wielu z elementami narodowymi. Był 3 maja. Sięgnęłam po informację i zonk. W Warszawie jest Bieg Konstytucji. Plac Trzech Krzyży, fragmenty Alei Ujazdowskich pozamykane. Bardzo na naszej trasie. Nie damy rady przejechać rowerami. Szybka zmiana planów. Julek mówi: ZOO. I to był dobry pomysł, ale nie miałam ze sobą zapięć do rowerów. Nie chciałam ryzykować pozostawienia rowerów bez zabezpieczenia, nawet jeśli stoją one tuż za budką ochroniarzy. Zanotowałam - zawsze miej ze sobą zapięcia. 

Wysiedliśmy przy Stadionie. Pomyślałam: miał być warszawski park, niech będzie park warszawski. Ruszyliśmy do praskiego Parku Skaryszewskiego. Objechaliśmy stadion, lekko w górkę podjechaliśmy przy Moście Poniatowskiego i za chwilę wjeżdżaliśmy na główną aleję parku.



Była 9:30. Ludzie dopiero wstawali z łóżek. Zielono, rześko, pachniało bzem, bardzo przyjemnie. Postanowiliśmy z Julkiem pojechać na lody, ale najpierw musieliśmy zapoznać się z topografią parku.

To zawsze dobra okazja do wykorzystania umiejętności czytania i rozumienia tekstu w praktyce. Szukaj miejsca gdzie jesteśmy. Znajdź kawiarnię/bar. Julek szuka i czyta. 

Ruszyliśmy w kierunku Jeziorka Kamionkowskiego. Idealna miejscówka na lody. Bar był już otwarty. Rozstawione leżaki zapraszały do relaksu. Chłonęliśmy spokój, kumkanie żab i lody o smaku kwaśnego urwisa. Dobry czas.



Zaciekawił nas półwysep, który mieliśmy z lewej strony. Postanowiliśmy ruszyć w tym kierunku. Poczuliśmy się jak bohaterowie przygody poszukując właściwej ścieżki (a niektóre wąskie były, wąziutkie), która zaprowadziłaby nas na półdziki przylądek. Fajna w tym parku jest jego przyjazność i naturalność. To niewymuskane, eleganckie Łazienki, ale całkiem konkretny fragment uporządkowanej natury, zapraszający do goszczenia się. Mnóstwo uprawiających jogging, spacerowiczów, młodych ludzi z kocami pod pachą poszukujących miejsca na piknik. Bardzo sympatyczne miejsce.



Po rowerowym objeździe parku Julek zarządził piknik, a ponieważ zrobiło się już przyjemnie ciepło, a nawet bardzo ciepło, naturalnym miejscem wydała nam się plaża nad Wisłą. Objechaliśmy Jeziorko Kamionkowskie, po drodze spotykając pana Marka, pracownika szkoły Julka. Zatrzymaliśmy się na krótką pogawędkę, odjeżdżając Julek zamiast standardowego "do widzenia", krzyknął "do zobaczenia", zaskakując mnie właściwym doborem zwrotu. Mam w takich chwilach nieodparte wrażenie, że tkwi w nim więcej słów, wyrażeń, rozumienia otoczenia, niż jest w stanie to wyrazić. I czasami coś kliknie w jego głowie, zostanie wyartykułowane, pomknie dalej i już nie wróci. A czasami wróci i zostanie z nami na dłużej.

Dojechaliśmy do skrzyżowania Alei Zielenieckiej i ul. Jana Zamoyskiego. Minęliśmy go, objechaliśmy stację Warszawa Stadion, i pojechaliśmy w kierunku Mostu Świętokrzyskiego, skręciliśmy w lewo i znów jechaliśmy w kierunku Mostu Poniatowskiego, do plaży zwanej Poniatówką. Tutaj zrobiliśmy piknik.



Spędziliśmy na piasku około czterdzieści minut. Nie spieszyło nam się. Brak zapięć nie pozwalał oddalać się od rowerów, więc nie podeszliśmy do samej Wisły. A oboje mieliśmy na to ochotę. 

Wróciliśmy ścieżką przy samej rzece do Mostu Świętokrzyskiego, skąd już rzut kamieniem do stacji Warszawa Stadion. Tym razem nie działała winda i rowery musiałam wtachać na peron. W tym mi Julek nie pomoże. Za to już całkiem sprawnie wprowadza swój rower do pociągu. 

To była lajtowa, piknikowo-rekreacyjna wycieczka. Idealna na otwarcie sezonu. Znów sięgniemy po więcej. 

piątek, 10 kwietnia 2026

Radość

Byłam już w domu, gdy odczytałam wiadomość od wychowawczyni Julka, że szkoła w piątek będzie zamknięta z powodu awarii zaworu gazu. Julek wracający busem nic o tym jeszcze nie wiedział.

Gdy odebrałam chłopaka z busa i przekazałam mu wiadomość, najpierw spojrzał na mnie z niedowierzaniem, a potem eksplodował radością. 
- Mama, dziękuję, dziękuję, że weekend!!!! Kocham cię!! Super!!!! Nice!

W tej radości z nieoczekiwanej przerwy od zajęć szkolnych w niczym nie różni się od brata. Nastoletni aplauz dla odwołania szkoły wspólnym mianownikiem moich synów. Różnią się tylko w sposobie okazywania tej radości. 

Julek świętuje, a ja się głowię co dalej, jeśli awarii nie naprawią przez weekend. Nie zawsze mogę pracować zdalnie. Nie zawsze Radek jest na miejscu. Nagłe zdarzenia zmuszają do przeprogramowywania i tak napiętej domowej logistyki. 

Tymczasem Julek korzysta z wolnego. Gra od rana w Hulka i niczym się nie martwi. To wątpliwy przywilej rodziców.