piątek, 21 sierpnia 2026

Rusinowa Polana

Mamy taką naszą tradycję. Za każdym pobytem w Tatrach odwiedzamy Rusinową Polanę. Chyba tylko raz udało nam się trafić na pogodę, która sprzyjała rozłożeniu bluz, koców, czy co tam kto miał pod ręką i urządzeniu pikniku. Piknik to słowa wabik, słowo motywator, słowo napędzające, słowo cud. Bo Julek lubi piknik. I wtedy chętniej idzie. Ma konkretny cel.

Pogoda. Raz zaczęła się ulewa, gdy dotarliśmy do Polany, raz wiało niemiłosiernie, innym razem było zwyczajnie zimno, a w tym roku szalał upał. Znalezienie cienia na pięknej, rozległej Rusinowej Polanie nie należy do łatwych zadań.

Wybraliśmy się w cztery rodziny w środku tygodnia. Zawsze zaczynamy od Wierchu Poroniec. Droga jest łatwa i tylko na początku wyraźnie pod górę, potem to przyjemny spacer lekko wzwyż. Julek nie był tego dnia pozytywnie nastawiony. Szedł bez przyjemności. Zasadniczo był na nie. Nauczyłam się już, że w tym jego nastoletnim „nie” muszę go zostawić. Nie zabawiać na siłę, nie rozchmurzać, po prostu być obok. Nastolatek z fochem to trudny przeciwnik. Jest trochę jak sztorm - mocne uderzenie, dużo szumu, mogą być szkody, ale przechodzi z czasem.

Dlatego szliśmy w milczeniu. Towarzyszyła nam Ada - moja dorosła już kumpela z zespołem Downa. Po prawdzie dla mnie to też nie był łatwy dzień. Upał, z którym źle sobie radzę - to jedno, ale Orla Perć, którą tego dnia od brzasku wzięli na cel Krzysiek z Maćkiem - to drugie. Myślałam o ich wymagającej wycieczce. Wiadomość o śmierci turystki na tym szlaku dwa dni wcześniej wcale nie pomagała. I choć byłam spokojna o przygotowanie chłopaków, gdzieś z tyłu głowy czaił się niepokój. Dzięki systematycznym sygnałom od Krzyśka z trasy, nie rozrósł się do niebotycznych rozmiarów i nie odebrał mi przyjemności, które serwował nam ten dzień.

Wreszcie doszliśmy do Rusinowej Polany. W bacówce nie było serków-sznurówek, które Julek bardzo lubi. Doceniam, że przyjął na klatę ich brak i zadowolił się oscypkami, które sam wybrał. Był czas na relaks.

Próba z kijkami



Gdy Julek odpoczął, posilił się, wypił elektrolity z butelki pepsi-coli, odtajał. "Nie" zniknęło. Pojawił się uśmiech.



A potem jeszcze dał się namówić na zachwyt panoramą Tatr Słowackich i małą sesję z rodzicami.



Byliśmy gotowi na wędrówkę do Zazadni. 


Na pewno gotowi? :D



Tego dnia w santktuarium na Wiktorówkach nie było dużo ludzi. Chwila odpoczynku i ruszyliśmy w dół.

Wspólne wędrowanie w gronie, z którym od lat jeździmy w góry, ma tę ogromną zaletę, że w krytycznych momentach (zwątpienia, zmęczenia, olaboga! niedamrady!, irytacji) samoistnie, naturalnie i bez spiny zamieniamy się dziećmi. I wtedy dzieją się cuda i dziwy. Rodzic łapie oddech (bo jęki obcego dziecka już tak nie wkurzają), dziecko mobilizuje się, bo z nie-mamą czy nie-tatą to nawet fajnie się idzie. Z lekka zatarta maszyna turystyki zespołowej znów nabiera tempa. Tempa baaardzo zróżnicowanego. Ale to nic. Przecież idziemy dalej. Do celu.

I druga zaleta - dbamy o siebie. I gdy część z nas człapie, bo akurat taka jest tej chwili potrzeba, a druga część kończy już wędrówkę i łapie taksówkę, to robi to tak, żeby ta pierwsza też się załapała. Taksówki są dwie. Jedna wiezie tych, co skończyli trasę, a druga cierpliwie czeka na tych, co jeszcze człapią. (Złap popołudniu na Zazadniej busa zjeżdżającego z Morskiego Oka, który ma tyle wolnego miejsca, żeby zgarnąć większą grupę.)

Gdy docieraliśmy do pensjonatu, dostałam wiadomość od Krzysia, że są na przełęczy Krzyżne. Odetchnęłam. Skończyli Orlą Perć. Wprawdzie czekało ich żmudne schodzenie do hali gąsienicowej, a potem jeszcze do Brzezin, ale wiedziałam, że są już bezpieczni. Bez przewyższeń, ekspozycji i przepaści.

Zdj. Krzysiek. Pożyczony kask od Igi na Kozim Wierchu

czwartek, 20 sierpnia 2026

Kościelec

W tym roku Krzysiek zaplanował wypad na Orlą Perć. To szlak turystyczny poza moim zasięgiem, a przynajmniej poza zasięgiem zrealizowania go za jednym podejściem. Na rozgrzewkę wybrali z Maćkiem Kościelec. Ja miałam im towarzyszyć do przełęczy Karb. 

Ponieważ szlak nie jest na cały dzień, w drodze do Kuźnic byliśmy przed szóstą rano. To całkiem późno, jeśli na szlaku nie chcesz wędrować w tłumie. Na Halę Gąsienicową weszliśmy przez Boczań. Słońce dawało wyraźnie sygnał: - ja się dopiero rozkręcam. Szykował się upalny dzień.




W Murowańcu zrobiliśmy krótką przerwę na śniadanie i toaletę. Ruszyliśmy dalej. Niebieskim szlakiem w kierunku Czarnego Stawu Gąsienicowego. To przyjemny odcinek. Lubię tędy wędrować lekko w górę po ułożonych w szeroką ścieżkę głazach.

Dość sprawnie dotarliśmy nad staw. Nie zatrzymywaliśmy się na długo. Przed nami wiła się ścieżka w górę. Czarny szlak na Karb ewidentnie nas przywoływał. Początkowo łagodnie piął się w górę, żeby po chwili nieoczekiwanie nabrać wysokości. Wejście jest stosunkowo krótkie, ale intensywne, po kamieniach i sypkich kamieniach. Zaczyna się fajna przygoda. A widoki - im wyżej i wyżej - wspaniale rekompensują zmęczenie.

Czarny Staw Gąsienicowy



Po stromym podejściu weszliśmy na grań, którą zwą Małym Kościelcem. Widoki zacne. Krótki spacer, lekkie zejście w dół i o dziewiątej staliśmy na przełęczy Karb.

widok na Gąsienicowego stawy

Kościelec 

Mały Kościelec 



Dotarłam, gdzie zakładałam, że dotrę, a ponieważ było ciągle wcześnie i nie czułam spodziewanego zmęczenia, zdecydowałam, że wejdę z chłopakami na Kościelec. Z Przełęczy Karb to 50 minut. Szlak pnie się ostro w górę, chwilami wymaga małej gimnasyki, postawienia nogi na właściwym kamieniu i rękami poszukania właściwego występu, żeby się podciągnąć, ale nadal to droga niewymagająca nadzwyczajnych umiejętności. Ot, zwykłej sprawności fizycznej. Im wyżej, tym było piękniej. 



Wyżej widać było nie tylko całą dolinę Gąsienicową, ale i Giewont

Mały Kościelec, jeszcze chwilę temu szliśmy tamtędy


Czarny Staw Gąsienicowy 

Z lewej zielone stawy Gąsienicowego i w dali Giewont, z prawej Czarny Staw Gąsienicowy, a pośrodku Mały Kościelec 

Przy samym podejściu na szczyt, jest stromo. Trzeba wdrapać się na stertę kamieni, za którą rozpościera się widok szczytów górskich. I ta przestrzeń wokół. Zachwycam się zawsze. Oddycham głęboko. Jestem szczęśliwa. 

Kościelec szczyt




Spędzamy na szczycie kilka niekrótkich chwil. Fajnie, że jest nas tam garstka i nie tłoczymy się jeden przy drugim. Zejście jest podobne jak wejście - chwilami wymaga większej koncentracji i uwagi. Gdy docieramy na przełęcz Karb, jest na niej zdecydowanie więcej turystów. Schodzimy do Hali Gąsienicowego po drodze mijając stawy, a wśród nich cudny Zielony Staw Gąsienicowy. Z każdym krokiem robi się też ciepłej. W dolinie panuje już gęstniejący upał.








I znów Kościelec (pierwszy z lewej)

W Murowańcu tłum ludzi. Uciekliśmy. Zeszliśmy przez Boczań. Gdy docieraliśmy do Kuźnic, słychać było pierwsze grzmoty. Zdążyliśmy przed burzą. 

sobota, 15 sierpnia 2026

Kasprowy Wierch

Kasprowy Wierch ma 1987 m n.p.m. Poza możliwościami Julka, żeby wejść tak wysoko. Na szczęście jest kolejka. Zrobiliśmy więc wycieczkę w pięć rodzin. Zakup biletów on-line nie był już możliwy. Skorzystaliśmy z kasy ekspresowej. Za uniknięcie stania przed godzinę- półtorej dopłaciliśmy do biletów. Koszt nie był niski, ale to jedyna możliwość, żeby Julkowi i Radkowi pokazać Tatry Wysokie z perspektywy 1900 metrów wysokości i nie musieć stać w słońcu i upale. 


Wjazd na górę zajmuje około piętnaście minut. W połowie drogi w Myślenickich Turniach jest stacja przesiadkowa. Trzeba zmienić wagonik. Na górze zdecydowaliśmy się skorzystać z sezonowej atrakcji turystycznej i przejechać się orczykiem w dół do Doliny Gąsienicowej. Trasa jest widokowa, chętny otrzymuje słuchawki, w których męski, przyjemny głos nieśpiesznie opowiada o Tatrach. Po nerwowym oczekiwaniu (była kolejka a jakże!) głos podziałał na mnie jak zaklinacz węży. Zrobiłam się miękka jak podusia i poddałam opowieści. Zaliczyłam prawdziwy relaks, dodatkowo ciesząc oczy mijanym z prawej strony m.in. Kościelcem, na który dzień wcześniej osobiście się wdrapałam. Chłopakom też podobała się wycieczka.



Podróż orczykiem zajęła około czterdzieści minut. Postanowiliśmy pospacerować i wejść na Beskid (2012 m. n.p.m.). Przewyższenie jest niewielkie, góra w zasięgu wzroku i nóg. Idealne wyzwanie dla Julka. Był bardzo na tak. Weszliśmy sprawnie, sycąc oczy widokami i oczywiście Świnicą w pierwszym planie.







Na Beskidzie ugryzła Julka osa. A przynajmniej coś osowatego. Zabolało Julka i odebrało mu radość ze zdobytego dwutysięcznika. Jedynego w jego zasięgu. Miałam ze sobą apteczkę, psiknęłam octaniseptem i natychmiast pomogło. Cokolwiek by to nie było, ważne, że psiknęłam i zaopatrzyłam "ranę". Dzielnie zniósł dyskomfort.

Zjechaliśmy na dół. Zjedliśmy frytki i postanowiliśmy zejść na nogach z Kuźnic do ronda Jana Pawła II. Po drodze zwiedziliśmy spichlerz Zamoyskiego (żadnych ludzi i zaskakująco chłodno w środku) i widzieliśmy strzyżenie owiec.