piątek, 2 października 2026

Wycieczka klasowa

W drugim tygodniu września Julek ze swoją klasą spędzili pięć fantastycznych dni w Krościenku nad Dunajcem. Wyjazd szkolny z wychowawczynią był na zaproszenie rodziców Dominika Małego, którzy mają dom w Krościenku. Jeszcze w wakacje powstał plan. Zwiedzanie Krościenka, wycieczka do źródła św. Kingi, spotkanie z ratownikami GOPR, pawilon edukacyjny Pienińskiego Parku Narodowego, impreza urodzinowa Dominika Małego. Oprócz przyjemności - obowiązki. Zakupy spożywcze, dyżury przy wspólnym przygotowywaniu posiłków, dyżury w sprzątaniu. Mama Dominika zabrała dzień przed wyjazdem ciężkie bagaże (walizki, śpiwory i materace), a młodzież pociągiem jechała do Nowego Targu z małymi plecakami. Z Nowego Targu mieli zapewniony transport busem pod sam dom w Krościenku. Organizacja na medal.

Tym razem udało się tak, że cała, calutka klasa pojechała na wycieczkę, a wychowawczyni miała wsparcie nie tylko w gospodarzach (rodzicach Dominika), ale jeszcze w dwóch mamach. 

Takie rzeczy tylko w 6b. Zintegrowanej i zżytej dzięki wychowawczyni. 

Wyjazd z Dworca Warszawa Centralna. Pełna ekscytacja w oczekiwaniu na resztę klasy.




Wycieczka do pawilonu edukacyjnego.





Spotkanie z ratownikami GOPR. Przeżycie duże.









Spacer i pizza nad Dunajcem. Bajka!






Obowiązki :)






Przyjemności :)







Bardzo udany wyjazd. Działo się dużo, intensywnie i kolorowo. 

Ale najbardziej ucieszył mnie SMS od jednej z mam wspierających na wycieczce panią Edytę: "Marta. Twój Julek jest niesamowity. Jestem pełna podziwu, jak sobie radzi, jaki kulturalny, ciepły, fajny chłopak. Brawo dla Niego.".

Cieszą takie słowa.

poniedziałek, 28 września 2026

Przejażdżka

Słonecznie zrobiło się w końcówce września. Zrobiliśmy więc z Julkiem przejażdżkę rowerową po okolicy. Warunki idealne. Ciepło, ale nie gorąco. Praktycznie bezwietrznie. Przyjemnie bardzo.

Podzieliłam naszą wycieczkę na etapy. Tak łatwiej Julkowi przyswoić odległości i zawsze lepiej działa, gdy zna plan.

Zatem najpierw ruszyliśmy do „naszego” mostku sprawdzić, czy nadal jest w remoncie. Remont trwa. Na szczęście jest tymczasowy, roboczy mostek, którym przeprowadziliśmy rowery i mogliśmy jechać dalej.





Chodzą słuchy, że ta szutrowa, częściowo dzika, zarośnięta po bokach droga, którą bardzo lubię, ma zostać wyasfaltowana. Rozumiem potrzebę przybywających wokół mieszkańców, ale jednocześnie żal mi miejsca, które nieodwracalnie zmieni charakter. 

Kolejnym etapem było gminne centrum kultury i kino Skruda, w którym Julek chciał zapoznać się z repertuarem. Nieco rozczarował się, bo grają "Psi Patrol i dinozaury", czyli film, na którym był w sierpniu w Bielsku z babcią Krysią, a na który mnie za nic na świecie nie namówi. Są bajki, które były za czasów dzieciństwa obu moich synów, synowie urośli, niektórzy osiągnęli pełnoletniość, dostali się na studia, a niektórzy mentalnie pozostali w przedszkolu. Wiele bajek z tych zamierzchłych czasów trwa nadal. Toleruję to. Szanuję. Nawet mogę obejrzeć z młodszą latoroślą. Ale są takie, na które patrzeć nie mogę. Ciśnienie mi rośnie, a zęby nieproszone zaczynają zgrzytać. Do tych bajek należy seria "Psi patrol". Tak więc pass i nie biorę jeńców. Jeśli film z tej serii, to na pewno nie ze mną w roli oglądacza. 

Przycupnęliśmy w przyjaznym otoczeniu gminnego centrum i ruszyliśmy dalej. Kierunek - Żabka. Na liście były dwie rzeczy: lody do zjedzenia na miejscu i musy, których brak stwierdził Julek, Radek zapomniał kupić, a szkolne drugie śniadanie nie lubi świecić pustkami. Cel był jasny, droga wygodna po ścieżkach rowerowych.


Żabkę zaliczyliśmy. I wróciliśmy do domu uliczkami z dala od głównej drogi. Pedałowało się lekko i miło. W domu nie było nas półtorej godziny, nakręciliśmy 12 km. 



niedziela, 13 września 2026

Rok szkolny start

Szkoła Julka ruszyła z tygodniowym poślizgiem. Rozpoczęty w lipcu remont przedłużył się. Na szczęście od poniedziałku dzieci mogły rozpocząć lekcje w swoich klasach. Sala gimnastyczna i stołówka jeszcze niegotowe. Do pełnej normalności szkoła wróci w październiku (przy dobrych wiatrach).

Wakacje wydłużone o tydzień Julkowi wcale nie przeszkadzały. Gdy w ubiegły poniedziałek ruszał do szkoły, nie było w nim szczególnego entuzjazmu. Po tygodniu chodzenia wszedł w tryby. Twarde lądowanie bardzo osładzała wychowawczyni. Raz zabierając klasę na swoją działkę (śniadanie pod chmurką, spacer po lesie - też tak chcę), raz zabierając ich na lody.

W tym roku nastąpiły małe (wielkie?) zmiany w grafiku Julka. Oprócz capoeiry będzie chodził na zumbę. Oba zajęcia ruszą, jak skończy się remont w szkole. 

I uwaga - po dziewięciu latach zrezygnowaliśmy z indywidualnych zajęć na basenie w Aninie. Zapisałam Julka do szkółki nauki pływania Orka prowadzonej przez Fundację Orka - sport i rozwój osób z niepełnosprawnością intelektualną. Fundację założyła Katarzyna Paszkowska - nauczycielka z Julka szkoły. Zajęcia na basenie prowadzą już trzy lata. Logistycznie było nam nie po drodze, dlatego nie przepisywałam Julka, ale zgadałam się z panią Kasią na olimpiadzie w czerwcu. Wynikiem tej rozmowy jest umowa z Orką. Julek od września uczestniczy w zajęciach grupowych na basenie w centrum Warszawy w piątki. Pani Kasia zabiera Julka i resztę grupy ze szkoły na basen. Do mnie należy już tylko odbiór Julka. W piątek były pierwsze zajęcia. Grupa chłopców prowadzona jest przez Marcina Oraszka, również nauczyciela ze szkoły Julka. Widziałam filmik z tych zajęć, umieszczony na fanpagu fundacji. Bardzo cieszę się z tej zmiany. Julek jest w gronie swoich kolegów, prowadzony jest przez pedagogów specjalnych, którzy znają specyfikę naszych dzieciaków i potrafią z nimi pracować. Będzie się działo! A Radek wreszcie odetchnie od cotygodniowych niedzielnych wyjazdów z Julkiem na basen.


środa, 26 sierpnia 2026

Przełęcz Krzyżne

Musiałam poczekać, aż zelżeje upał. Wprawdzie powyżej 2 tys. m zwykle jest chłodniej, ale żeby wspiąć się na ten poziom, trzeba trochę przewyższeń pokonać. Nie zawsze szlaki są w cieniu.

W sobotę przed świtem Radek zawiózł mnie i Krzysia do Palenicy Białczańskiej. O 5:00 ruszaliśmy w kierunku Wodogrzmotów Mickiewicza. Naszym celem była Dolina Pięciu Stawów. A co dalej - miało okazać się w piątce. 

Dzień wcześniej przeszedł front atmosferyczny, który wreszcie zabrał gorąc. Po niebie przesuwały się chmury. Było rześko, wietrznie, idealnie.

Na celowniku miałam żółty szlak przez przełęcz Krzyżne do hali gąsienicowej. Nie wykluczałam jednak Koziego Wierchu i może fragmentu Orlej Perci. Zapasy wody, jedzenia i sił były. Ten szlak jednak uzależniałam od Krzyśka. A ten szedł do doliny nie wiedząc, czy chce iść gdzieś dalej. Organizm nie do końca zregenerował się po ostatniej wyprawie. 

Dolina Pięciu Stawów przywitała nas słońcem i wiatrem. Szybko się stygło. 




Krótki przystanek na śniadanie i szybka decyzja. Idę żółtym na Krzyżne, Krzyś zostaje w dolinie na reset. Było mi miło, że odprowadził mnie pod wejście na szlak, po drodze robiąc sobie sesję zdjęciową z mamą.





Ruszyłam w górę. Najpierw szło się przyjemnie lekko w górę, wyraźnie zboczem góry. Im wyżej byłam, tym Siklawa mocniej się odsłaniała, aż wreszcie mogłam zobaczyć ją w całej okazałości. Podobnie ostatni odcinek do Pięciu Stawów.






Z czasem krajobraz zaczął się robić coraz bardziej kamienisty i dziki. Byłam coraz wyżej. Zaczynał się odcinek mocno pod górę. Wyczerpująco pod górę. Krok za krokiem. Krok za krokiem. Krótki oddech. Krok. Oddech. Krok. Krok. Zostaję kompletnie sama ze swoją słabością i zmęczeniem. Cel, który wyraźnie jest bliżej, dodaje sił. Moja zadaniowa natura lubi takie wyzwania. Osłodą są widoki. Chłonę je wszystkimi zmysłami.






Wreszcie docieram na przełęcz Krzyżne (2112 m n.p.m.). Jest chłodno, wieje. I mnóstwo miejsca na mały piknik.







Przełęcz Krzyżne kończy, ale też zaczyna (przynajmniej część) Orlej Perci. Dwa dni wcześniej Krzysiek z Maćkiem byli tu. Bardzo skrytykowali szlak do hali. Czułam, że są absolutnie nieobiektywni. Po dziesięciu godzinach wędrowania góra-dół, góra-dół w skupieniu i koncentracji, każde zejście byłoby niemiłe. Mechaniczne i na auto-pilocie. Mnie zachwycił ten szlak. Jego dzikość, surowość, która z każdym metrem niżej zmieniała się w przyjazne miejsce. Zatrzymałam się przy Czerwonym Stawie Gąsienicowym na dłużej. Potem jeszcze czekał mnie najbardziej chyba nużący odcinek do hali. Wyszłam poniżej schroniska, na trasie do Psiej Trawki. I tędy zaczęłam schodzić. Przy czym na dole skręciłam czerwonym na Toporową Cyrhlę, trochę jest w górę, trochę w dół, na pewno nieco dłużej niż z Psiej Trawki do Brzezin. Za to z Cyrhli miałam autobus miejski nr 11. Zeszłam z szlaku w momencie, gdy podjeżdżał. Lepiej nie mogłam trafić. O 14:30 byłam w pensjonacie. Piękny dzień na zakończenie naszego pobytu w Zakopanem.










droga z Murowańca do Brzezin