Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Turnus w Murzasichlu. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Turnus w Murzasichlu. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 24 sierpnia 2021

Na koniec wakacji

Koniec sierpnia, a ja mam poczucie jakby wrzesień się rozkręcił. Jedna sprawa pociągnęła drugą, równolegle wyskoczyła z nienacka trzecia i normalnie jakby puszka Pandory eksplodowała. Część spraw jest w toku, część na finiszu, a część sama nie wiem gdzie jak dokąd. Ale po kolei.

Julkowi wypadła plomba. Pokazuje, że boli. Uśmiech Malucha (tam, gdzie leczymy zęby pod narkozą) terminów na ten rok brak. ("Ale i tak jest lepiej, wie Pani, teraz już po trzy zabiegi dziennie wykonujemy, a nie dwa jak do tej pory. Wie Pani, pandemia."). Poszperałam więc w necie i w okolicy namierzyłam stomatologa dziecięcego, który leczy zęby w sedacji wziewnej. Może gaz rozweselający uśpi czujność i lęki Julka i da sobie wyleczyć zęba? Termin: 8 września. Samo południe. Czeka mnie sporo pracy, żeby przygotować delikwenta. Maseczka do sedacji poszukiwana. ;)

Przy okazji zajrzałam na subkonto Julka w Fundacji Zdążyć z Pomocą. Bo może - w razie wysokich kosztów leczenia - wykorzystamy środki z 1%. Weszłam i zamarłam. Na subkoncie Julka prawie nic. Weszłam na transkacje, a tu dwukrotny przelew za ten sam turnus. Chwyciłam za telefon. Z podglądem na subkonto rzeczowa rozmowa. Pracownik Fundacji przyjął reklamację. Księgowość ma się do mnie odezwać w ciągu kilku dni. Napisałam też emaila z zapytaniem o te wpłaty do właścicielki ośrodka. Czekam na odpowiedź. Ciągle jeszcze spokojna i ufna w pozytywne zakończenie tej historii.

Sobota. Standardowe badania Krzyśka, tzw. pakiet sportowy (morfologia, mocz, EKG) wymagane przez klub. Dwa wyniki mocno zawyżone. Nie wiem, czy jeden z drugim są powiązane, czy trzeba je interpretować osobno. Mogą wskazywać na alergię, bakterie, pasożyty albo nowotwór. Chciałabym wiedzieć. Jutro teleporada.

W wyniku różnych pomniejszych zdarzeń postanowiłam uruchomić procedury związane z wydaniem orzeczenia o niepełnosprawności dla Julka (kontynuacja). Ale o tym piszę już posta któryś dzień z kolei, bo mnie targa ta surrealistyczna rzeczywistość, w której raz na kilka lat trzeba odnawiać całą procedurę, żeby udowodnić, że zespół Downa to nie przejściowa przypadłość, która może minąć, ale stan dożywotni, niosący różne ograniczenia o różnym stopniu natężenia. To niepełnosprawność intelektualna, której nikt gumką nie wymaże. Dobra. Napiszę. Wkrótce.

Po drodze udało się wskoczyć ponownie na zajęcia na basenie z ulubionym panem Krzysztofem. Zaczynamy od najbliższej niedzieli. Pierwsze zajęcia poświęcone wyławianiu wszystkich pływających rekinów w basenie. Choć może nie będzie tak źle? Julek aż podskoczył z radości, gdy poinformowałam go, że jedzie na basen. Nie jutro. W niedzielę. Powtarzamy dni tygodnia. Poniedziałek, wtorek .... idzie nieźle. Czas oczekiwania: sześć dni.

No i jeszcze na ubiegłotygodniowej standardowej wycieczce rowerowej z Julkiem (lody u Marty, plac zabaw obok kościoła, powrót do domu) w drodze właśnie do domu wyskoczył nam pies. Z tych szczekaczy wiejskich, co to wcale nie merdają radośnie ogonkiem. Julek odbił w moją stronę, ja żeby zderzenie nie spowodowało ewentualnego upadku Julka (jechaliśmy na tym odcinku szybko) gwałtownie odbiłam. Zahybotało rowerem. Nie chcąc stracić panowania nad jednośladem, zaczęłam wykonywać nieskoordynowany taniec, w wyniku którego chyba zdjęłam nogi z pedałów (działo się to tak szybko), że rower przechylając się grzmotnął mnie pedałem w miejsce tuż nad lewą kostką. Rower wyprowadziłam. Julek wyszedł bohatersko z tej przygody, bez upadku. Koszt po mojej stronie: równiutkie cięcie o szerokości czterech centymetrów i głębokości kilku milimetrów. Plasterki ściągające nie dały rady. Półtorej godziny na sorze, pięć szwów, jeden zastrzyk przeciw tężcowi. 

Tak atrakcyjnie finiszujemy wakacje. 

środa, 4 sierpnia 2021

Giewont

Wyszło tak, że na Giewont ruszyliśmy 8 lipca, w dzień urodzin Krzysia. Było to zaledwie dwa dni po całodniowej wycieczce do Doliny Pięciu Stawów i jubilat oponował. Prawie zrezygnował z wyprawy. 

Nie mogłam jednak przepuścić takiej okazji. Podpuściłam syna. Trzynaste urodziny. Giewont - symboliczna góra. Nie wejść na nią, to jak po Tatrach nie chodzić. Zawsze będziesz pamiętał ten dzień. Zrobisz sobie prezent urodzinowy. Tak po prawdzie długo nie musiałam namawiać. Najbardziej bolała pobudka o piątej. 

O szóstej byliśmy na szlaku. Kilkunastoosobowa grupa turystów, wśród których dwie czternastolatki i jeden czternastolatek z zespołem Downa. Ruszyliśmy z Doliny Małej Łąki żółtym szlakiem. Na Wielkiej Polanie Małołąckiej byliśmy stosunkowo wcześnie. Poranek był jeszcze rześki, choć promienie słoneczne zapowiadały gorąc. Polaną szło się przyjemnie, acz dla młodszych turystów nudno. Wspinanie zaczęło się chwilę potem. Głazy, kamienie, po prostu schody do wspinania. Szlak piął się wyraźnie w górę. Miałam przyjemność wędrować do Przełęczy Kondrackiej z zespołową Mają, zaprawioną w wędrówkach. I gdy ja w pewnym momencie chciałam przystanąć na złapanie oddechu, Maja zakomenderowała: - Idziemy dalej. Do góry. 

Głupio było się kłócić. Szłyśmy więc dalej. Z przełęczy na Giewont już nie tak daleko. Jeszcze tylko kawałek do Wyżniej Kondrackiej Przełęczy i byliśmy u podnóża legendarnej góry. Nogi same pchały się naprzód. Było stosunkowo wcześnie. Tuż po 9:00 zaczęliśmy wchodzić na szczyt. Wejście szło płynnie, nie staliśmy w kilkugodzinnej kolejce do łańcuchów. Wtarabaniliśmy się na szczyt gdzieś ok. w pół do dziesiątej. Witał nas spory tłumek ludzi. Na Giewont doszła też zespołowa Ada, która jadąc na turnus miała zaplanowane, że chce zdobyć ten szczyt. I zdobyła. Niczym kozica. :)

Nie śpiewałam Krzyśkowi 100 lat. Nawet nie przez wzgląd na ludzi wokół, nie chciałam robić synowi obciachu. Jest teraz bardzo czuły na publiczne skupianie na nim uwagi. Skupiam więc w sercu. W ciszy. Z uśmiechem. Cieszyłam się, że swoje pierwsze wejście na Giewont zaliczył właśnie ze mną. 

Schodziliśmy niebieskim szlakiem do Kuźnic, po drodze mijając napierający tłum turystów. Dobrze było zacząć wędrówkę skoro świt. 

Julek z Radkiem tego dnia też odwiedzili Dolinę Małej Łąki. Ale kilka godzin później i nawet nie doszli do Przysłopu Miętusiego, o Wielkiej Polanie Małołąckiej nie wspominając. Po prostu spędzili ten dzień po swojemu, w swoim trybie i tempie. Obiad jedliśmy już wspólnie. 
















wtorek, 27 lipca 2021

Hala Gąsienicowa

Na zakończenie przygody z górami zaliczyliśmy wędrówkę na Halę Gąsienicową. To była najdłuższa i najwyższa dla Julka trasa. Ponad 12 km, 1500 m n.p.m. 

Ruszyliśmy z Kuźnic przez Boczań niebieskim szlakiem. W zasadzie do przełęczy między Kopami było nieustanne motywowanie Julka do chodzenia. Wtedy dopiero Radek zorientował się, z czym mierzyłam się w ubiegłym roku na każdej trasie. Hasło "Chodzić nie chcę, ale (z)muszę" nabrało realnych kształtów. Sięgnęłam po najcięższy oręż. Telefon miał być nagrodą. Julek wynegocjował dodatkowo bonus. You tube, którego jednak- ze względu na różne w górach zasięgi - nie mogłam dzieku zagwarantować.

Dopiero na przełęczy wszedł na śrubę i szedł nieprzerwanie na Halę Gąsienicową do Murowańca. Tutaj zostawiłam Julka z Radkiem i pognałam za Krzysiem, który wędrował już do Czarnego Stawu Gąsienicowego. Minęliśmy się po drodze. On schodził ze swoją grupą czterech wędrowców, ja właziłam (też nas była czwórka). Powrót na Halę i pogoń za grupą, która ruszyła w drogę powrotną. W niej człapał Julek w towarzystwie Radka. Po drodze natknęliśmy się na grupę Krzysia i przez chwilę wędrowaliśmy nawet razem. Dogoniliśmy Julka z Radkiem. Zchodziliśmy do Kuźnic żółtym szlakiem przez Dolinę Jaworzynkę. Wokół pogrzmiewało niebo, a ja w stresie poganiałam Julka. Wizja schodzenia po mokrych kamieniach kompletnie nie uśmiechała mi się. Zdążyliśmy jednak na czas. Weszliśmy do busa, gdy zaczęło lać. Cała trasa zajęła nam sześć godzin.















Park linowy

W Murzasichlu nie samymi górami żył człowiek. Raz pojechaliśmy na Termy Chochołowskie (tłumy ludzi!), a raz poszliśmy na park linowy. I o tym parku słów kilka.

Julek może wyczynowcem nie jest, ale sprawności nie można mu odmówić. Wszelkie małpie gaje, tory przeszkód, tyrolki zaliczał zawsze bez większych problemów. W parkach linowych też dawał radę. Wiadomo - na najniższej trasie, dla skrzatów leśnych czy innych elfów. 

W parku linowym, do którego trafiliśmy, Julek po raz pierwszy zetkął się z uprzężą i karabińczykiem. Nieoczekiwana terapia ręki w terenie. 

To, co nam wydaje się proste, od Julka wymagało dużego skupienia. Bo nie jest łatwo małym rączkom z obniżonym napięciem jednocześnie trzymać czterema palcami uchwyt karabińczyka, kciukiem odpinać sprężynowe zapięcie, przepinać karabinek. Powtórzyć czynność z drugim. I pamiętać, żeby zapiąć przeciwstawnie do pierwszego. 

Julek musiał zmierzyć się ze swoimi ograniczeniami, a my rodzice - ze swoimi. Radek stał i gadał "nie da rady", ja stałam i gadałam "może nie da rady, ale niech spróbuje". Po prawdzie czarno to widziałam. Dostrzegałam jednak w Julku determinację. Trudność trasy nie była dla niego problemem, tylko ten osprzęt. Gdyby nie Julka ogromna ochota na przejście trasy, po szkoleniu zrezygnowalibyśmy. Stał przejęty i z trudem radził sobie z przepinaniem na sucho. My swoim gadaniem też mu nie pomagaliśmy. Ponieważ jednak trasa wiodła prawie na wyciągnięcie naszych, rodzicielskich rąk, a Julek wyraźnie pragnął zmierzyć się z przeciwnościami, ruszył. Szybko okazało się, że wędrówka po przeszkodach jest najlepszym motywatorem do opanowywania karabińczyków. Julek przeszedł trasę z niewielką naszą pomocą. 

Była duma. Była radość! Była moc! :)











piątek, 23 lipca 2021

Nosal

Ruszyliśmy z Kuźnic zielonym szlakiem na Przełęcz Nosalową. Już na samym początku zaczęły się trudności. Julek wszedł w tryb "bolą nogi". Fakt, że początek drogi to pnąca się w górę droga, która wydaje się nie mieć końca. Przewyższenie nijak miało się do łagodnego wspinania po dolinach. Nie było to jednak wzniesienie zapierające dech. Ot, pierwsza prawdziwa marszruta górska. Przejęłam Julka. Szliśmy w trybie częste, ale krótkie przystanki. Odliczałam wtedy 10-9 aż do 3-2-1-start. I startu zwykle nie było. Gadki więc motywujące, śpiewanki, dawaj do przodu, siła Hulk. Gdy osiągnęliśmy pewien poziom i ścieżka łagodnie pięła się w górę, przekonywałam Julka, że nogi teraz odpoczywają. Z mizernym skutkiem. Wtedy po raz pierwszy obiecałam Julkowi na szczycie telefon. Nie żeby ruszył z kopyta, ale szedł chętniej. Rzadziej zatrzymywał się na odpoczynek.

Gdy minęliśmy Nosalową Przełęcz Julek ujrzał cel naszej wędrówki. Motywacja automatycznie się uaktywniła. Skonkretyzowanie punktu, do którego dążymy, zawsze ułatwia mi współpracę z Julkiem. Moje dziecko najlepiej pracuje na zwizualizowanym konkrecie.

Nosal. 1 206 m n.p.m. Cudna panorama. Radość z telefonu. Przekupstwo nie wychodzi mi najlepiej.

Z Nosala zeszliśmy tą samą drogą do Nosalowej Przełęczy, skąd żółtym szlakiem do Polany Olczyckiej, a stąd zielonym Doliną Olczycką do przystanku w Jaszczurówce. W dół Julek szedł bez większych problemów. Był cel. Bardzo konkretny. Autobus. :) 


 








Zimna!!!! 


Rusinowa Polana

Piękne miejsce. Można tam wracać za każdym pobytem. To wróciliśmy. 

Łatwiej mi było w tym roku z dwóch powodów. Większość tras znałam z ubiegłorocznego pobytu. Znałam trudność szlaku, długość, atrakcje. Mogłam właściwie przygotować Julka. Był też z nami Radek. Julek wybierał z kim chce wędrować. Czasem byłam to ja ("z mamusiem"), czasem był to Radek ("z tatusiem"). Gdy zdarzało się, że między mną a synkiem gęstniała atmosfera, zawsze mogłam liczyć na zmiennika. A czasem, może nawet częściej wędrowaliśmy sobie w trójkę. Krzysiek z zasady chadzał swoimi ścieżkami, czyli z grupą, która wybierała trudniejsze i dłuższe szlaki. 

Do Rusinowej Polany doszliśmy spacerowym krokiem z Wierchu Poroniec. Tym razem nie wybierałam się na Gęsią Szyję, mogłam w spokoju kontemplować widoki. Julek urządził sobie piknik na gościnnym kocu Ani, Tomka i Maksa. 

Z Rusionowej Polany część z nas ruszyła do Sanktuarium Maryjnego na Krzeptówkach. Druga część postanowiła wdrapać się na Gęsią Szyję i przez Psią Trawkę dojść na nogach do Murzasichla. Krzysiek ruszył z nimi.

Po mszy na Krzeptówkach zeszliśmy do Zazadni, skąd zabrał nas autobus. Po drodze minęliśmy Krzyśka i resztę ekipy. Byli już niemal u wrót ośrodka. Obiad zjedliśmy razem. :) 





zdj. Julek Całkowski