Uwaga! Uwaga! Sezon na suszenie prania w ogrodzie uważam za otwarty! Ta daaaam. Ale bosko pościel pachnie! Słońcem, wiatrem i wiosną.
Wyprana, wyschnięta, wyprasowana, pozbawiona ton gilów, smarków i kaszlów. Bo sezony otwarte są dwa.
Na schnięcie na słońcu i na boksowanie się z wirusami.
Aktualnie na tapecie jest Krzyś.
Do akcji szykuje się Julek.
W kolejce czeka Radek.
Na koniec załapię się może ja.
No chyba że Krzyś zakończy tę sztafetę.
Może z nim na sznur, klamerkami i niech słońce/wiatr wypalają wirusa? ;)
Taki okołopielęgniarski koszmarek-żartowniś-głupawek mnie chwycił.
Zwyczajnie walczymy z mikrobami.
Wygrzewanie pod kołderką, syropiki, inhalacje i ja. Mama pod ręką.
Ładny, zgrabny, miły. Uśmiech pełen wdzięku. Twardy negocjator. Lubi postawić na swoim i wszystkich na baczność. Dynamiczny, z poczuciem humoru i buntem na wynos. A, ma zespół Downa. Ciągle o tym zapominam. Serio. Tylko jego rozwój i ciekawskie spojrzenia przypominają czasem, że ma. Przed państwem - Julek, młodszy brat Krzysia. Obaj to moi synowi. Dumna z nich ja!
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Krzyś. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Krzyś. Pokaż wszystkie posty
środa, 25 marca 2015
środa, 18 marca 2015
Lęk przed snem
Swego czasu Krzyś był na lękowym odwyku.
Opanowaliśmy wtedy zasypianie. Trochę pomogło nam w tym przegadanie tematu,
trochę czas, trochę bajki-zasypianki, trochę bajki terapeutyczne (dziękuję raz jeszcze,
Izo!).
Przez kilka miesięcy działał rytuał: czytam – cmok na dobranoc – poducha serce do przytulenia – bajka na CD – wychodzę. Gdy zepsuł się sprzęt audio, bez większych zgrzytów pomijaliśmy odsłuch i Krzyś też sam zasypiał.
Przez kilka miesięcy działał rytuał: czytam – cmok na dobranoc – poducha serce do przytulenia – bajka na CD – wychodzę. Gdy zepsuł się sprzęt audio, bez większych zgrzytów pomijaliśmy odsłuch i Krzyś też sam zasypiał.
Ale.
Ale od czasu do czasu włącza się Krzysiowi
czujka i nie chce mnie wypuścić z pokoju. Bajki pod lupą, gry na komputerze w
stopniu minimalnym, horrory niedozwolone. O co więc chodzi?
O impuls. Zwykle to postać, która pojawia się
w jakiejś bajce lub filmie, tak sugestywna, że zapada w Krzysia pamięć. I
straszy. Nie daje dzieciakowi zasnąć.
A że poczytałam co nieco o tych lękach
dziecięcych najróżniejszych, przestałam zbywać i lekceważyć potwora („no co ty,
boisz się tego cudaka?”). Traktuję go całkiem poważnie.
Więc gdy Krzyś przestał zasypiać po
filmie „Siedmiu krasnoludków ratuje Śpiącą Królewnę”, który obejrzał na wycieczce klasowej, zlokalizowałam w wiedźmie przyczynę lęku. Znalazłam zwiastun
filmu. Zatrzymałam na tym czarnym charakterze. No suchciel okropny, z parszywym
spojrzeniem, mrożącym wszystko dosłownie i w przenośni. W domu - za zgodą
Krzysia - odtworzyłam. Zrobiłam stopklatkę i dalej wyżywać się na wiedźmie. Śmiechem najlepiej! Krzyś załapał. Zaczął z
jędzy szydzić, tak że zaczęła się w jego wyobraźni kurczyć. Powtarzaliśmy codziennie
rytuał wyśmiewiska z paskudy. Krzyś coraz lepiej zasypiał.
Od soboty znowu czujka, a przecież dzień
mega-aktywny (rano basen, wieczorem impreza), poszedł spać o 23.00. Normalnie trzy minuty i chrapałby w najlepsze. Teraz nie dawał mi wyjść z pokoju. Bał się. W niedzielę powtórka. I nic nie chciał powiedzieć. Po krótkim śledztwie namierzyłam w pamięci moment, gdy Krzyś jakiś film od lat siedmiu oglądał w sobotę. Wprost
zapytałam, co go w nim wystraszyło.
- Jaszczury! Było ich kilka, z wielkimi
zębami.
Jaszczury. Z wielkimi zębami.
- Dobra, narysujesz je, jak wrócimy
do domu. A potem przyczepimy magnesami
na zmywarce i będziemy celować w nie strzałkami (też z magnesami). Unicestwisz
je, Krzysiu! Pokonasz!!
Jak tylko przekroczyliśmy próg, Krzyś pobiegł po kartkę i zaczął rysować. Jaszczury wylądowały na drzwiach zmywarki.
Od poniedziałku rozprawiamy
się z nimi. Na wszelki wypadek są dodatkowo uwięzione magnesami (pomysł
Krzysia), a dobro na widłach uwolnione (też pomysł Krzysia). Zasypianie powoli wraca do normy.
Przyczyny lęku Krzysia są konkretne.
Strach realny. Tylko rzeczowym działaniem mogę go poskromić. Najważniejsze, że to działa!
wtorek, 17 marca 2015
Chrobotki
- Mamuś, a masz te chrobotki?
– zapytało mnie starsze dziecię zaraz po wejściu do auta (miał miejsce popołudniowy
odbiór ze szkoły).
- Yyyy? – zrobiłam wielkie oczy.
- No te okrągłe, co jedliśmy ostatnio.
- ????
- No, w aucie, takie z małych ziarenek.
Śpieszny przegląd ostatnich
samochodowych konsumpcji. Myśl, myśl, myśl. Olśnienie!
- Wafle ryżowe!!? Nie, nie mam. Kupimy po
drodze.
piątek, 27 lutego 2015
Stan zapalny
Od tygodnia bujamy się z mleczakiem Krzysia. Zaczęło się niewinnie. "Mamo, boli mnie ząb!" W paszczęce czysto, żadnych ubytków. Pewno pod plombą w górnej czwórce. W piątek ekspresowa wizyta u dentysty, który ząb otworzył i zatruł.
Do soboty miał boleć.
Minęła sobota, minęła niedziela, nie minął ból. Policzek puchł.
Znaleźliśmy się na karuzeli.Wizyta u dentysty-zmiana lekarstwa-ból nie mija-policzek jak balon-noc nieprzespana-wizyta u dentysty-zmiana lekarstwa-ból-policzek-noc-wizyta-zmiana-ból-policzek-noc-wi-zmi-bó-po-c. Dooooooość!!!!
I Krzyś w tym wszystkim. Megadzielny! Bardzo dojrzale współpracujący z lekarzem. Bez histerii i płaczu dający sobie grzebać w mleczaku. Sam informujący lekarza o wszystkim.
Pod koniec tygodnia doszła infekcja, temperatura, konsultacja z chirurgiem dentystycznym i fotka tego, co w dziąśle.
Decyzja - nie rwiemy! Ratujemy. Zawiązek stałego wysoko, wysoko. Nie pcha się wcale.
Krzyś dostał antybiotyk.
Zaliczyliśmy też po drodze internistę, która stwierdziła ostre zapalenie górnych dróg oddechowych. Poparła decyzję stomatologa.Od wczoraj aplikujemy Augmentin.
Mamy nadzieję znaleźć się na prostej!
Jak nie armia nastrojożerców, to mleczak zatruty.
Do soboty miał boleć.
Minęła sobota, minęła niedziela, nie minął ból. Policzek puchł.
Znaleźliśmy się na karuzeli.Wizyta u dentysty-zmiana lekarstwa-ból nie mija-policzek jak balon-noc nieprzespana-wizyta u dentysty-zmiana lekarstwa-ból-policzek-noc-wizyta-zmiana-ból-policzek-noc-wi-zmi-bó-po-c. Dooooooość!!!!
I Krzyś w tym wszystkim. Megadzielny! Bardzo dojrzale współpracujący z lekarzem. Bez histerii i płaczu dający sobie grzebać w mleczaku. Sam informujący lekarza o wszystkim.
Pod koniec tygodnia doszła infekcja, temperatura, konsultacja z chirurgiem dentystycznym i fotka tego, co w dziąśle.
Decyzja - nie rwiemy! Ratujemy. Zawiązek stałego wysoko, wysoko. Nie pcha się wcale.
Krzyś dostał antybiotyk.
Zaliczyliśmy też po drodze internistę, która stwierdziła ostre zapalenie górnych dróg oddechowych. Poparła decyzję stomatologa.Od wczoraj aplikujemy Augmentin.
Mamy nadzieję znaleźć się na prostej!
Jak nie armia nastrojożerców, to mleczak zatruty.
niedziela, 8 lutego 2015
Przed balem
Odetchnęłam z ulgą, gdy Krzyś oznajmił, że na bal chce się przebrać za Zorra. Kapelusz, maska i peleryna były (przetrwały dwa lata ukryte w szafie), czarne dżinsy są, w bluzkę się wcisnął (po zeszłorocznym Ninjy). Pozostała szpada. Plastikowy rekwizyt - jedna dycha. Ekonomiczny w tym roku nasz karnawał. A ile zabawy przy tym :)
piątek, 6 lutego 2015
Czytanie
Dziś o Krzysiu. O Krzysia czytaniu
właściwie. Rozbudzona chęć i też było-nie było szkolna konieczność składania
pojedynczych wyrazów, najpierw głoskami, teraz sylabami weszła na nieco wyższy
poziom. Pojawiły się teksty/czytanki/opowiadanki, które czytać trzeba, choć nie
zawsze jest na to ochota. Elementarz Falskiego na początku był fajny, ale stał się
z biegiem stron nudny. Szczególnie gdy od połowy stycznia wzbogaciłam codzienną
dietę rytuałów o porcję dziesięciominutowego czytania. W ferie nie odpuściłam (babcia
Krysia też :)). Było trochę buntu, niezadowolenia, ale Krzyś szybko załapał, że
10 minut to całkiem jak mgnienie. Mnie jednak zależało na tym, żeby ta porcja
czytania była jak lody – oczekiwane i pyszne. Do połknięcia, a nie przełknięcia
z przymusu.
Przypomniałam sobie, że późną jesienią,
gdy Krzyś zaledwie posmakował czytania, wybierałam się do Julka przedszkola
poczytać maluchom książeczkę. Wybrałam Julka ulubioną „Lalo gra na bębnie”. I
wtedy zaskoczył mnie Krzyś, który sam z siebie przeczytał całość. Pojedyncze
wyrazy, króciutkie zdania, które układały się w nieskomplikowaną fabułę. To
była jego pierwsza książka samodzielnie przeczytana od deski do deski! Postanowił
też, że przeczyta o Lalo w Julka przedszkolu. Nie odmówiłam, mimo że czytanie
to było z potknięciami, powolne, bez modulacji i intonacji. Krzyś jednak zaliczył
debiut czytacza.
Idąc tym tropem zaczęłam poszukiwać książek
do samodzielnego czytania dla początkującego czytelnika, o co wbrew pozorom tak łatwo nie jest. Szperając tu i tam natknęłam
się na stronę Czytam Sobie. Wydrukowałam na próbę fragment książeczki z
poziomu 1 i … chwyciło. Kupiłam więc w jednej z księgarń internetowych trzy
książeczki. I uwierzyłam w ich moc (mają ciekawe ilustracje, krótkie, ale nie nudne
zdania, które układają się w historię, zawsze frapującą!). Efekt jest taki, że
gdy siadamy do czytania, Krzyś ustala ze mną, ile przeczyta. Zgadzam się na to
bez mrugnięcia oka. Bo gdy docieramy do umówionej strony, Krzyś czyta dalej, „wciągnięty”
w historię na dobre. I tak powolutku, dziesięciominutowymi kroczkami (nie licząc tych, gdy sam z siebie zaczyna coś czytać) rozbudzam w Krzysiu uczucia do książek - ciepłe
i ważne. Niech dziecię me czyta. Na zdrowie!
poniedziałek, 29 grudnia 2014
Łaty
Nie znoszę, nie znoszę szyć. Więc z taką samą mocą (jeśli nie większą) nie znoszę dziur na spodniach, które serwuje z wdziękiem i bez opanowania Krzyś. Moje tłumaczenia, zaklinania, prośby na nic się zdają. Bieg, skok i hamowanie na kolanach są silniejsze od wszystkiego. Nie ma więc mocnych - dwa-trzy miesiące od założenia nowych portek jest przetarcie. Zaraz po nim dziura. I łata. Kolejność zawsze ta sama.
Przed świętami doprowadzona do ostateczności po namierzeniu zapowiedzi-tego-co-nieuniknione na spodniach jeszcze-przed-chwilą-nowych, zabrałam bez ostrzeżenia stówę z oszczędności Krzysia. Na poczet spodni, dwóch par spodni. Tylu, w ilu zrobił dziury w tym samym czasie.
Rozpacz była wielka! Ja nieugięta. Zabolało syna (materialna strona okazała się najbardziej wymierna). Kolejne potrącenia zawisły jak miecz Demoklesa nad kasą Krzysia. Miały hamować zapędy kaskaderskie syna.
Dziś Krzyś wpada do kuchni z dziurą na starych spodniach.
Zanim zdążyłam zaprotestować, zniknął z pola widzenia.
Znalazłam go obok Radka, który właśnie cerował swoje robocze spodnie. Krzyś też siedział i zszywał koślawo dziurę.
I tak pogodził dwie wykluczające się sprawy: hamowanie na kolanach i ryzyko debetu na koncie. Doszedł do wniosku, że zawsze może zszyć to, co nawarzył. ;)
Przed świętami doprowadzona do ostateczności po namierzeniu zapowiedzi-tego-co-nieuniknione na spodniach jeszcze-przed-chwilą-nowych, zabrałam bez ostrzeżenia stówę z oszczędności Krzysia. Na poczet spodni, dwóch par spodni. Tylu, w ilu zrobił dziury w tym samym czasie.
Rozpacz była wielka! Ja nieugięta. Zabolało syna (materialna strona okazała się najbardziej wymierna). Kolejne potrącenia zawisły jak miecz Demoklesa nad kasą Krzysia. Miały hamować zapędy kaskaderskie syna.
Dziś Krzyś wpada do kuchni z dziurą na starych spodniach.
Zanim zdążyłam zaprotestować, zniknął z pola widzenia.
Znalazłam go obok Radka, który właśnie cerował swoje robocze spodnie. Krzyś też siedział i zszywał koślawo dziurę.
I tak pogodził dwie wykluczające się sprawy: hamowanie na kolanach i ryzyko debetu na koncie. Doszedł do wniosku, że zawsze może zszyć to, co nawarzył. ;)
czwartek, 6 listopada 2014
Pierwsze litery
Dziś w temacie lekcji. Tych do odrobienia w domu.
Pierwszy miesiąc to lokomotywa Tuwima. Najpierw powoli. Malutkie, leciutkie, króciutkie zadanka co by oswoić pierwszaka. I mnie przy okazji. Z każdym tygodniem stawały się poważniejsze na stronę, półtorej. Już nie szlaczki, a pierwsze pisane litery.
Dziecię wiło się, kręciło, ja wychodziłam z siebie. Katastrofa kolejowa. Szybko na szczęście załapałam, że cisnąć nie mam co i wprowadziłam prostą zasadę. Dwie linijki bez dygresji i opowiadanek, ciurkiem, a potem przerwa na dwa gole. Syn czasem wynegocjował trzy. Więc partyjka w mini piłkarzyki (babciu Krysiu uratowałaś nam życie! :)) A że Krzyś, co tu dużo mówić, dużo lepszy jest w tej grze ode mnie, częściej wygrywał niż przegrywał (mnie udawało się strzelić gola, gdy przeciwnik stracił czujność), to i chętniej potem siadał do kolejnych linijek.
Przyszedł październik a z nim kolejne litery. Rozgrywki w nogę dobrze funkcjonowały. I Krzyś i ja oswoiliśmy się z nowymi obowiązkami. Szło do przodu.
Aż z początkiem listopada nagle odkryłam, że Krzyś na pewniaka łączy litery i zaczyna czytać. I odnajduje w tym frajdę (załapał bakcyla). Jego ręka rozpisała się, a organizm przywykł do systematycznego siedzenia przy biurku. Mniej już wiercenia, więcej skupienia. Coraz rzadziej gramy w piłkarzyki. Przerwy międzylinijkowe już nie są konieczne.
Oto próbka Krzysia pisaniny.
Pierwszy miesiąc to lokomotywa Tuwima. Najpierw powoli. Malutkie, leciutkie, króciutkie zadanka co by oswoić pierwszaka. I mnie przy okazji. Z każdym tygodniem stawały się poważniejsze na stronę, półtorej. Już nie szlaczki, a pierwsze pisane litery.
Dziecię wiło się, kręciło, ja wychodziłam z siebie. Katastrofa kolejowa. Szybko na szczęście załapałam, że cisnąć nie mam co i wprowadziłam prostą zasadę. Dwie linijki bez dygresji i opowiadanek, ciurkiem, a potem przerwa na dwa gole. Syn czasem wynegocjował trzy. Więc partyjka w mini piłkarzyki (babciu Krysiu uratowałaś nam życie! :)) A że Krzyś, co tu dużo mówić, dużo lepszy jest w tej grze ode mnie, częściej wygrywał niż przegrywał (mnie udawało się strzelić gola, gdy przeciwnik stracił czujność), to i chętniej potem siadał do kolejnych linijek.
Przyszedł październik a z nim kolejne litery. Rozgrywki w nogę dobrze funkcjonowały. I Krzyś i ja oswoiliśmy się z nowymi obowiązkami. Szło do przodu.
Aż z początkiem listopada nagle odkryłam, że Krzyś na pewniaka łączy litery i zaczyna czytać. I odnajduje w tym frajdę (załapał bakcyla). Jego ręka rozpisała się, a organizm przywykł do systematycznego siedzenia przy biurku. Mniej już wiercenia, więcej skupienia. Coraz rzadziej gramy w piłkarzyki. Przerwy międzylinijkowe już nie są konieczne.
Oto próbka Krzysia pisaniny.
wtorek, 14 października 2014
Uczeń pierwsza klasa
Dzień Nauczyciela w dzisiejszych czasach to dzień bez lekcji. Za moich podstawowych to co najwyżej nie pytano nas w szkole i oczywiście obowiązkowe apelo-akademie plus goździki.
Pierwszaki zamiast lekcji miały dziś pasowanie. Takie oficjalne klepnięcie kredką (a czemu nie piórem? ;)) po ramieniu, dyplom i po legitymacji.
Nie ma przeproś i że boli, Krzyś ze szponów systemu edukacyjnego już się nie wyrwie. Przez najbliższe wiele lat. Wsiąka w tę klimę coraz mocniej.
Pasowania u nas ciurkiem. Dziś Krzyś, jutro Julek. U niego to wewnętrzna impreza, bez rodziców i paparazzi. Ale na galowo musi być. Prasowanie-pasowanie, prasowanie-pasowanie. Więc koszula wisi i czeka.
Pierwszaki zamiast lekcji miały dziś pasowanie. Takie oficjalne klepnięcie kredką (a czemu nie piórem? ;)) po ramieniu, dyplom i po legitymacji.
Nie ma przeproś i że boli, Krzyś ze szponów systemu edukacyjnego już się nie wyrwie. Przez najbliższe wiele lat. Wsiąka w tę klimę coraz mocniej.
Pasowania u nas ciurkiem. Dziś Krzyś, jutro Julek. U niego to wewnętrzna impreza, bez rodziców i paparazzi. Ale na galowo musi być. Prasowanie-pasowanie, prasowanie-pasowanie. Więc koszula wisi i czeka.
wtorek, 30 września 2014
Odmienny dialog
Po powrocie ze szkoły Krzyś oznajmił mi, że M. znów mówił o Julku, że jest Chińczykiem. I pokazywał o! tak! (tu karykaturalne rozciągnięcie oczu w naśladowczym wykonaniu Krzysia).
- I co? - zapytałam.
- Powiedziałem, że Julek nie jest Chińczykiem i nie ma skośnych oczu. Bo przecież nie ma, prawda?
- Ma najpiękniejsze migdałowe oczy.
- I powiedział, że nie chciałby takiego brata.
- Nie każdy wart jest takiego brata, Krzysiu.
- Zrobiło mi się smutno.
- Rozumiem cię, synku. To naturalne.
- No właśnie, bo ja przecież kocham Julka, bo to mój jedyny brat. I ja powiedziałem, że Julek ma zespół Downa.
- I co na to M.?
- Nie uwierzył mi.
- Pewno nie wie, co to jest zespół Downa.
- Ale ja mu powiedziałem, że taki dodatkowy, trzeci kawałek ma.
- Chromosom.
- No. I że Julek wolniej się rozwija i kiedyś może będzie nawet mówił.
- Bardzo dobrze zrobiłeś. Dla M. to nieznany i obcy temat. Dzięki tobie trochę go poznał.
Zawieszam ból w sercu na kołku.
Krzyś zdał dzisiaj egzamin ze swojej sześcioletniej dojrzałości na piątkę.
Wziął Julka odmienność na klatę. I stawił ignorancji czoło.
- I co? - zapytałam.
- Powiedziałem, że Julek nie jest Chińczykiem i nie ma skośnych oczu. Bo przecież nie ma, prawda?
- Ma najpiękniejsze migdałowe oczy.
- I powiedział, że nie chciałby takiego brata.
- Nie każdy wart jest takiego brata, Krzysiu.
- Zrobiło mi się smutno.
- Rozumiem cię, synku. To naturalne.
- No właśnie, bo ja przecież kocham Julka, bo to mój jedyny brat. I ja powiedziałem, że Julek ma zespół Downa.
- I co na to M.?
- Nie uwierzył mi.
- Pewno nie wie, co to jest zespół Downa.
- Ale ja mu powiedziałem, że taki dodatkowy, trzeci kawałek ma.
- Chromosom.
- No. I że Julek wolniej się rozwija i kiedyś może będzie nawet mówił.
- Bardzo dobrze zrobiłeś. Dla M. to nieznany i obcy temat. Dzięki tobie trochę go poznał.
Zawieszam ból w sercu na kołku.
Krzyś zdał dzisiaj egzamin ze swojej sześcioletniej dojrzałości na piątkę.
Wziął Julka odmienność na klatę. I stawił ignorancji czoło.
niedziela, 21 września 2014
Szkolnie
Jakoś nie skojarzyłam, że Krzysia debiut w szkole oznaczać będzie dla mnie powrót (do) szkoły. Pakowanie plecaka, odrabianie lekcji, szykowanie picia, śniadania, pamiętanie o kasie na obiad. Nawet jeśli wykonuję to w ramach nadzorczych rodzicielskich, przybyły mi nowe obowiązki. Z których wymiksować się nie ma jak.
Szkolna rzeczywistość wymusiła na mnie zmianę organizacji tygodnia. Gotuję tak, żeby obiady były do odgrzania po powrocie do domu. Basen Krzysia i hipoterapię Julka upchnęliśmy w sobotę. W tygodniu Krzyś wożony jest tylko na taekwondo (dwa razy). Mamy czas na lekcje. Których po prawdzie nie ma wiele. Za to systematycznie, prawie każdego dnia Krzyś ma zadane szlaczki. Po śladzie i bez śladu. Można zrobić w 15 minut, Krzyś robi w 45. Bo mojemu sześciolatkowi włącza się wiertło. Kręci się, wierci, zarzuca mnie tonami opowieści o kolegach z klasy. Akurat teraz gdy lekcja do odrobienia, gdy na dole Julek jęczy, obiad się odgrzewa, cierpliwość dogorywa.
Nie jest mi łatwo. Przestawiam się na inne tory. Nie chcę powiedzieć, że uwsteczniam, bo odkrywam jednak nowe, ciekawe oblicza macierzyństwa. No i czas spędzam z Krzysiem.
Ale przyznaję bez bicia: przy pisaniu banalnych esów-floresów szlaczek szkolny mnie trafia.
Szkolna rzeczywistość wymusiła na mnie zmianę organizacji tygodnia. Gotuję tak, żeby obiady były do odgrzania po powrocie do domu. Basen Krzysia i hipoterapię Julka upchnęliśmy w sobotę. W tygodniu Krzyś wożony jest tylko na taekwondo (dwa razy). Mamy czas na lekcje. Których po prawdzie nie ma wiele. Za to systematycznie, prawie każdego dnia Krzyś ma zadane szlaczki. Po śladzie i bez śladu. Można zrobić w 15 minut, Krzyś robi w 45. Bo mojemu sześciolatkowi włącza się wiertło. Kręci się, wierci, zarzuca mnie tonami opowieści o kolegach z klasy. Akurat teraz gdy lekcja do odrobienia, gdy na dole Julek jęczy, obiad się odgrzewa, cierpliwość dogorywa.
Nie jest mi łatwo. Przestawiam się na inne tory. Nie chcę powiedzieć, że uwsteczniam, bo odkrywam jednak nowe, ciekawe oblicza macierzyństwa. No i czas spędzam z Krzysiem.
Ale przyznaję bez bicia: przy pisaniu banalnych esów-floresów szlaczek szkolny mnie trafia.
piątek, 12 września 2014
Wymówka
Wczoraj rano popłoch. Krzyś oznajmił, że boli
go czoło i nie ma siły. Został w domu.
Temperatura była, ale jakoby jej nie było. Dostał
przeciwgorączkowy. Pół dnia przeleżał w łóżku. Ja zaczęłam gorączkowo przeorganizowywać
dzień następny (z rana lekarz dyżurny przecież).
Popołudniu cudowne ozdrowienie.
Czoło zimne, energia za dwoje (zapas niezły po półdniówce
leżenia).
Noc bez zmian.
Zrezygnowałam z lekarza, pojechałam do pracy.
Dogonił mnie SMS od Radka: „Boli go czoło i
serce, a wygląda super.” :D
No, stopniowanie Krzyś już zaliczył. Serce i
czoło, pa-pa szkoło.
Podobno w ławce nie chce mu się siedzieć.
Zaczęło się.
środa, 3 września 2014
W szkole
Krzyś dla odmiany sam mi relacjonuje dni w szkole.
Rozemocjonowany, z wypiekami na twarzy, nadal chętnie brnie w tę obowiązkową przygodę.
W świetlicy czas spędza z koleżankami i kolegami, których zna z przedszkola, poznaje też nowych. Z dumą oświadczył mi, że siedzi w ostatniej, najfajniejszej ławce, bo wszystko z niej widać.
Załatwił sobie kasę na obiad.
- Mamuś, dzieci jadły dziś obiad - opowiadał mi wczoraj. - Kupiły go sobie. Mogę też?
- Pewno.
- Ale daj mi twoje pieniądze, nie moje. - podkreślił centuś, nie wiem po kim.
Kupił dziś i zjadł. Mówił, że gołąbki były.
Wieczorem pada tak, że zmęczenie bierze górę nad lękami. Zasypia w trzy minut, zwracając mi wolne wieczory.
Rozemocjonowany, z wypiekami na twarzy, nadal chętnie brnie w tę obowiązkową przygodę.
W świetlicy czas spędza z koleżankami i kolegami, których zna z przedszkola, poznaje też nowych. Z dumą oświadczył mi, że siedzi w ostatniej, najfajniejszej ławce, bo wszystko z niej widać.
Załatwił sobie kasę na obiad.
- Mamuś, dzieci jadły dziś obiad - opowiadał mi wczoraj. - Kupiły go sobie. Mogę też?
- Pewno.
- Ale daj mi twoje pieniądze, nie moje. - podkreślił centuś, nie wiem po kim.
Kupił dziś i zjadł. Mówił, że gołąbki były.
Wieczorem pada tak, że zmęczenie bierze górę nad lękami. Zasypia w trzy minut, zwracając mi wolne wieczory.
czwartek, 28 sierpnia 2014
Odwyk
Krzyś jest na lękowym odwyku.
Jakiś tydzień przed wyjazdem nad morze zaczął zasypiać na czujce, czyli
w praktyce nie zasypiać.
Do tej pory było tak: czytałam, Krzyś zasypiał (czas: od 5 do 20 minut w
zależności od zaciekawienia lekturą i/lub zmęczenia), ja wychodziłam. Wieczór
był mój. (Julek od niemowlęcia zasypia sam, w łóżeczku, nie robiąc jak dotąd
problemów).
Przed wyjazdem zaczęło być tak: czytałam, Krzyś zasypiał, wychodziłam,
Krzyś otwierał oczy i powrót i tak kilka razy (czas zasypiania wydłużył się o
cały mój wieczór). W drugiej fazie tych podchodów, czyli gdy moja cierpliwość
roztapiała się jak lód, pałeczkę przejmował Radek.
Wyjazd nic nie zmienił.
Powrót z wakacji także.
W międzyczasie zrobiłam remanent bajek, które ogląda Krzyś. Na pierwszy
ogień wzięłam "Kong Fu Pandę" (ostatnią przed spaniem), która w lipcu ostatecznie zastąpiła
"Pingwiny z Madagaskaru". Wydawała mi się przystępna dla
sześciolatka. Sztuka walki, sztuka przyjaźni. Tylko w tle groza. I to bez
przymrużenia oka, całkiem na serio. Wprowadziliśmy embargo na Pandę.
Zaczęłam poszukiwać przyczyn w zupełnie naturalnych lękach u sześciolatka
(ale aż takich?).
Potem przypomniałam sobie, że bezpośrednio przed rozpoczęciem tych
przebojów z zasypianiem, Krzyś chłonął jak gąbka gry komputerowe starszego
brata stryjecznego. Nie grał w nie, ale oglądał. Ja nie oglądałam wcale. Teraz
dopiero zaczęłam drążyć.
- No walczą tam, mamuś. Są dobrzy i źli. No, zombi na przykład, i
wiedźmy.
O matko i córko! Palnęłam się w głowę. Kwadransami wgapiał się w monitor
poza moją kontrolą. Ładował wyobraźnię obrazami niestosownymi dla jego emocji.
A ja miałam na głowie tylko Julka. Durna matka po szkodzie.
Teraz do łask wrócił „Bolek i Lolek”, „Pszczółka Maja”, „Ciekawski
George”.
Gier na telefonie nie mam, w komputerze szukamy bez przemocy. Tu pojawia
się pytanie, gdzie szukać ciekawych gier, nienudnych i odpowiednich dla
sześciolatka? Ze szkoły przyniesie modę na gry. Nie mogę go całkowicie
odseparować, raczej pod kontrolą wprowadzać takie, które mu emocjonalnie nie zrobią
krzywdy.
Odwyk trwa.
Cierpliwie czekamy na jego efekty.
wtorek, 8 lipca 2014
Sześć
Sześć i nie przeskoczę wstecz.
Idzie to moje starsze dziecię do przodu wzrostem, gadulstwem i wiekiem.
No to niech nadal w dal wędruje z tą swoją nieujarzmioną ciekawością świata, otwartością i uśmiechem. Pokonuje przeszkody z wdziękiem, zrozumieniem i pokorą.
Mój Krzyś :)
Idzie to moje starsze dziecię do przodu wzrostem, gadulstwem i wiekiem.
No to niech nadal w dal wędruje z tą swoją nieujarzmioną ciekawością świata, otwartością i uśmiechem. Pokonuje przeszkody z wdziękiem, zrozumieniem i pokorą.
Mój Krzyś :)
środa, 25 czerwca 2014
Dwa dialogi i koniec przedszkola
- Julek, chcesz kupę?
- Nie.
- A siku?
- Nie.
- A chcesz iść spać?
- Nie.
No, to miałem namiastkę rozmowy z synem. - Oznajmił z uśmiechem Radek.
I najświeższa rozmowa - jak truskawki z krzaczka. Prosto z dzisiaj.
- Julek, idziesz? - pyta Radek opuszczejąc taras.
- I-dę. - odpowiada Julek.
Pani Agata wydobywa z Julka wyrazy w oparciu o sylaby i samogłoski, które sam z siebie wypowiada. Tak w poniedziałek wkuła w niego i-dę. Dziś Julek zdał egzamin praktyczny. Oczywiście musiałam posprawdzać go jeszcze kilka razy (z tej radości, że słyszę słowo, prawdziwe słowo!) "i-dę" powtarzał Julek kilkakrotnie. Raaany, jaki to miód na uszy słyszeć z ust Julka coś innego niż serię: de-de-de, du-du-du, ta-ta-ta i takie tam różne tego modyfikacje.
A z innej beczki. Krzyś miał dzisiaj oficjalne zakończenie roku przedszkolnego i przedszkola w ogóle. Wiodącym tematem były wierszyki, piosenki i tańce z okazji dnia mamy i taty. Na koniec dopiero przedszkolaki żegnały się wierszykami. No, nie powiem gula chwilami stawała mi w gardle. Raz, że tak dla rodziców śpiewał Krzyś z dziećmi, dwa - że kończy się coś, co ledwo chwila temu się zaczynało.
Mój sześciolatek idzie we wrześniu do pierwszej klasy.
- Nie.
- A siku?
- Nie.
- A chcesz iść spać?
- Nie.
No, to miałem namiastkę rozmowy z synem. - Oznajmił z uśmiechem Radek.
I najświeższa rozmowa - jak truskawki z krzaczka. Prosto z dzisiaj.
- Julek, idziesz? - pyta Radek opuszczejąc taras.
- I-dę. - odpowiada Julek.
Pani Agata wydobywa z Julka wyrazy w oparciu o sylaby i samogłoski, które sam z siebie wypowiada. Tak w poniedziałek wkuła w niego i-dę. Dziś Julek zdał egzamin praktyczny. Oczywiście musiałam posprawdzać go jeszcze kilka razy (z tej radości, że słyszę słowo, prawdziwe słowo!) "i-dę" powtarzał Julek kilkakrotnie. Raaany, jaki to miód na uszy słyszeć z ust Julka coś innego niż serię: de-de-de, du-du-du, ta-ta-ta i takie tam różne tego modyfikacje.
A z innej beczki. Krzyś miał dzisiaj oficjalne zakończenie roku przedszkolnego i przedszkola w ogóle. Wiodącym tematem były wierszyki, piosenki i tańce z okazji dnia mamy i taty. Na koniec dopiero przedszkolaki żegnały się wierszykami. No, nie powiem gula chwilami stawała mi w gardle. Raz, że tak dla rodziców śpiewał Krzyś z dziećmi, dwa - że kończy się coś, co ledwo chwila temu się zaczynało.
Mój sześciolatek idzie we wrześniu do pierwszej klasy.
niedziela, 22 czerwca 2014
Po imprezie
Przeżyłam. ;)
I już wiem, że kilkoro sześciolatków to zbiór indywidualistów, którzy chcą się bawić, a najlepiej śmiać. Że zawody dwóch drużyn z konkurencjami nie po myśli lub wyobrażeniu zawodników może kosztować foch lub nawet dwa niektórych z nich, że nie wszyscy lubią się ścigać, ale zawsze znajdzie się zadanie tak, żeby wszyscy brali udział w zabawie, że najfajniejsze są nagrody. Dla wszystkich i po równo!
Bezbłędnie sprawdziła się ta zabawa uaktualniona. Najtwardsi przeciwnicy wymiękali i wchodzili w rolę.
Sprawdziły się bańki mydlane (złapaliśmy chwile ze słońcem i poleciały banie w świat, bo kupiłam wczoraj mega-zestaw w jednej z sieciówek).
Labado z wygłupami.
Zbiorówka na skakance (dziewczynki).
Dzieci pochłaniały cukierki, rurki z nadzieniem waniliowym, koreczki owocowe. Nie tknęły mufinek i arbuza, tort skosztowały kurtuazyjnie.
Chyba udała się nam impreza. Nikt nie płakał i nie chciał wracać do domu.
Krzyś padł półżywy.
Szczęśliwy.
I już wiem, że kilkoro sześciolatków to zbiór indywidualistów, którzy chcą się bawić, a najlepiej śmiać. Że zawody dwóch drużyn z konkurencjami nie po myśli lub wyobrażeniu zawodników może kosztować foch lub nawet dwa niektórych z nich, że nie wszyscy lubią się ścigać, ale zawsze znajdzie się zadanie tak, żeby wszyscy brali udział w zabawie, że najfajniejsze są nagrody. Dla wszystkich i po równo!
Bezbłędnie sprawdziła się ta zabawa uaktualniona. Najtwardsi przeciwnicy wymiękali i wchodzili w rolę.
Sprawdziły się bańki mydlane (złapaliśmy chwile ze słońcem i poleciały banie w świat, bo kupiłam wczoraj mega-zestaw w jednej z sieciówek).
Labado z wygłupami.
Zbiorówka na skakance (dziewczynki).
Dzieci pochłaniały cukierki, rurki z nadzieniem waniliowym, koreczki owocowe. Nie tknęły mufinek i arbuza, tort skosztowały kurtuazyjnie.
Chyba udała się nam impreza. Nikt nie płakał i nie chciał wracać do domu.
Krzyś padł półżywy.
Szczęśliwy.
poniedziałek, 19 maja 2014
Systematyczność
Jakoś na początku roku pani Ewa – wychowawczyni Krzysia poinformowała
mnie o konkursie „Cała Polska czyta dzieciom”, podczas którego dzieci do 15
maja mają do czytanych im (minimum 15 minut dziennie) książek przygotowywać ilustracje.
Przyjęłam do wiadomości. Zapomniałam.
Jakoś w połowie marca temat wrócił. Ale to już było po tym, jak podpisałam cyrograf. Własnym imieniem i nazwiskiem i złożyłam do depozytu pamięciowego mojej przyjaciółki. Że od dnia tego i tego wszelkie prace konkursowe, do których swój akces zgłosi Krzyś, będą wykonywane w 90% przez niego, a w 10% przeze mnie. Nie odwrotnie.
Konkurs „Cała Polska czyta dzieciom” trwał. Krzysiowi zachciało się w nim wziąć udział.
W ciągu trzech miesięcy od 18 marca do 10 maja narysował 28 prac. Średnio co trzy dni wykonywał rysunek. Techniką ulubioną i sprawdzoną. Kredką kolorową, ołówkową, miękką. Były wzloty i upadki chciejstwa. Bunty i natchnienia. Były ilustracje narysowane z głowy i takie, do których wspólnie ustalaliśmy jakiś wzór. Były prace odtwórcze i twórczość radosna. Uczyłam go rysować kotka, świnkę i spódnicę. Przerabiać nieoczekiwane bazgroły Julka-torpedy w kwiaty, ptaki i uśmiechy. Zmagałam się z pracami "byle szybko byle jak". Wyjaśniałam, że nie wymagam doskonałości, tylko serca włożonego w pracę.
Krzyś pojął znaczenie wyrazu systematyczność.
Ja, że to ja jestem jej animatorem.
Przedwrześniową wprawkę zaliczyliśmy oboje.
A jak kolorowo, ciekawie i całkiem udanie, oceńcie sami.
Oglądając, miejcie w pamięci: 90% Krzyś, 10% ja i może początki sprzed półtora roku. :)
Przyjęłam do wiadomości. Zapomniałam.
Jakoś w połowie marca temat wrócił. Ale to już było po tym, jak podpisałam cyrograf. Własnym imieniem i nazwiskiem i złożyłam do depozytu pamięciowego mojej przyjaciółki. Że od dnia tego i tego wszelkie prace konkursowe, do których swój akces zgłosi Krzyś, będą wykonywane w 90% przez niego, a w 10% przeze mnie. Nie odwrotnie.
Konkurs „Cała Polska czyta dzieciom” trwał. Krzysiowi zachciało się w nim wziąć udział.
W ciągu trzech miesięcy od 18 marca do 10 maja narysował 28 prac. Średnio co trzy dni wykonywał rysunek. Techniką ulubioną i sprawdzoną. Kredką kolorową, ołówkową, miękką. Były wzloty i upadki chciejstwa. Bunty i natchnienia. Były ilustracje narysowane z głowy i takie, do których wspólnie ustalaliśmy jakiś wzór. Były prace odtwórcze i twórczość radosna. Uczyłam go rysować kotka, świnkę i spódnicę. Przerabiać nieoczekiwane bazgroły Julka-torpedy w kwiaty, ptaki i uśmiechy. Zmagałam się z pracami "byle szybko byle jak". Wyjaśniałam, że nie wymagam doskonałości, tylko serca włożonego w pracę.
Krzyś pojął znaczenie wyrazu systematyczność.
Ja, że to ja jestem jej animatorem.
Przedwrześniową wprawkę zaliczyliśmy oboje.
A jak kolorowo, ciekawie i całkiem udanie, oceńcie sami.
Oglądając, miejcie w pamięci: 90% Krzyś, 10% ja i może początki sprzed półtora roku. :)
poniedziałek, 28 kwietnia 2014
O Kopciuszku
Dzisiaj w przedszkolu Krzyś w tzw. wolnym czasie narysował dziewczynkę w sukni balowej. Nawet zgrabny portrecik mu wyszedł.
Krzysiowi, który bierze udział w konkursie "Cała Polska czyta dzieciom" i do każdej przeczytanej bajki/wierszyka/opowiadania robi ilustrację, przyszedł do głowy pomysł pt. narysowaną dziewczynkę włączę do konkursowych ilustracji (= nie będę musiał już dzisiaj rysować).
- Ale to wbrew zasadom, Krzysiu.
- Ale proszę. - przemówiło lenistwo.
W zasadzie...
- Dobrze. Niech to będzie Kopciuszek. I włączę ten rysunek do pozostałych, jeśli opowiesz mi bajkę o Kopciuszku.
Bajka o Kopciuszku wg Krzysia
Była dziewczynka i miała macochę, a ona dwie córki. Te dwie córki poszły na bal, bo książę szukał najpiękniejszej żony. Kopciuszka zamknęła i schowała klucz. Ale Kopciuszek znalazł klucz i otworzył i pojechał na bal.
STOP-STOP-STOP!!
- W tych zakopconych łachmanach? - zapytałam, darując już Krzysiowi etap michy z grochem, makiem i popiołem plus pomocne gołąbki.
- ????
- Pojawia się teraz kluczowa bajkowa postać, która pomaga.
- Wróżka!
Odetchnęłam. Co dalej?
Był bal. Był książę i Kopciuszek. I tylko razem się bawili. I bawili. No, bawili. - Krzyś zawiesza głos.
- Aż wybiła ... - przychodzę z pomocą.
- ... szybę! - oznajmia Krzyś.
Kurtyna.
Krzysiowi, który bierze udział w konkursie "Cała Polska czyta dzieciom" i do każdej przeczytanej bajki/wierszyka/opowiadania robi ilustrację, przyszedł do głowy pomysł pt. narysowaną dziewczynkę włączę do konkursowych ilustracji (= nie będę musiał już dzisiaj rysować).
- Ale to wbrew zasadom, Krzysiu.
- Ale proszę. - przemówiło lenistwo.
W zasadzie...
- Dobrze. Niech to będzie Kopciuszek. I włączę ten rysunek do pozostałych, jeśli opowiesz mi bajkę o Kopciuszku.
Bajka o Kopciuszku wg Krzysia
Była dziewczynka i miała macochę, a ona dwie córki. Te dwie córki poszły na bal, bo książę szukał najpiękniejszej żony. Kopciuszka zamknęła i schowała klucz. Ale Kopciuszek znalazł klucz i otworzył i pojechał na bal.
STOP-STOP-STOP!!
- W tych zakopconych łachmanach? - zapytałam, darując już Krzysiowi etap michy z grochem, makiem i popiołem plus pomocne gołąbki.
- ????
- Pojawia się teraz kluczowa bajkowa postać, która pomaga.
- Wróżka!
Odetchnęłam. Co dalej?
Był bal. Był książę i Kopciuszek. I tylko razem się bawili. I bawili. No, bawili. - Krzyś zawiesza głos.
- Aż wybiła ... - przychodzę z pomocą.
- ... szybę! - oznajmia Krzyś.
Kurtyna.
poniedziałek, 10 marca 2014
Biały pas
Między katarem a kaszlem wilgotnym Krzyś zaliczył egzamin na biały pas i stał się pełnoprawnym adeptem sztuki walki taekwondo. Z własnej skarbonki wyłożył kasę na dobok - strój treningowy. I macha nogami licząc pod nosem ana, tu, set, net, taso i tak do dziesięciu. Lubi te zajęcia. Sensei to guru. Cała grupa wpatrzona w nauczyciela wielkimi oczami.
W sobotę Krzyś przymuszony atakującymi mikrobami zamienił dobok na szlafrok i walczy z ostrą infekcją dolnych dróg oddechowych. Zapalenie oskrzeli nad nami zawisło. I straszy.
W sobotę Krzyś przymuszony atakującymi mikrobami zamienił dobok na szlafrok i walczy z ostrą infekcją dolnych dróg oddechowych. Zapalenie oskrzeli nad nami zawisło. I straszy.
Subskrybuj:
Posty (Atom)






