Plastycznie zatrzymałam się na zielonym pasku na dole (trawa), niebieskim na górze (niebo), żółtym kółeczku (słońce) i kompletnie niewymiarowych, płaskich domkach. Księżniczki w moim wydaniu miały żółte albo czarne włosy, bufiaste rękawki i długie sukienki na krynolinie. Wszystkie podobne do siebie, bez wyrazu i nieproporcjonalne.
Papranie się w plastelinie było karą, a malowanie stratą czasu.
Dzieci nic w tej kwestii nie zmieniły.
Ale że już kilka dni siedzimy razem, spacery do niedawna były zakazane, ile bajek można oglądać i układać puzzle, wyjęłam więc bloki, kredki, nożyczki i inne takie, no wiecie. Grzebałam w pamięci i szukałam piekieł-niebieł, stateczków, wycinanek, rysowanek, litery przemycając, mapy piratów rysując. Aż tu "Ciekawski George" mnie natchnął, gdy gigantyczny kciuk lepił z błota. I tak z zakamarków pamięci masę solną wyjęłam. Jakiś na prędce przepis wygooglałam i tak pół dnia spędziliśmy na lepieniu nie-wiadomo-czego.
Krzyś jakąś wyrzutnię armat tworzył, Julek paprał się i głównie organoleptycznie angażował, wsadzając do ust kopalnię soli. Największą uciechę mieli, gdy wyjęłam foremki, które masę w konkretny kształt przyoblekły. Potem to wszystko malowaliśmy.
Płaskie lica nadal przewodzą. Talentu w tej bajce jak nie było, tak nie ma.
Ale cośmy masę solną pougniatali to nasze. :)