Patrzę na sierpień. Całkowicie został zdominowany wyjazdem nad morze. Oddalenie od codzienności, dużo niezrutyniałego czasu i czasu na sen, umożliwiało swobodne obserwacje Julka, które z pewną siebie swobodą przekuwałam w blogowe posty.
Powrót do domu i pracy oddalił od pisania. Komu chce się czytać o nudnej, swojskiej i powtarzalnej rzeczywistości. Komu się chce o tym pisać?
Julek końcówkę wakacji spędził w przedszkolu na dokuczaniu Lili (kto się lubi, ten się czubi), Krzyś na bojach z nudą (1:0 dla nudy), ja na ponownym oswojeniu pobudek o piątej (budzik mój wróg).
Szykujemy się na spotkanie z wrześniem. Krzyś z ulgą, że koniec zesłania w domu, ja z bólem głowy, że nowe i dawne wożenia na zajęcia, Julek - Julek w tej kwestii wykazuje stoicki spokój. :)
Zajęcia metodą krakowską z p. Justyną już zaczęliśmy (teraz powinnam ja dotrzymać tempa terapii). W najbliższą sobotę Julek zaczyna naukę pływania. Systematyczne zajęcia z instruktorem Krzysia. Krzysia grafik zajęć kiełkuje. Syn mój bardzo chce zacząć treningi piłki nożnej. Ja widzę tylko dodatkowe obciążenia. Negocjacje trwają.
Ładny, zgrabny, miły. Uśmiech pełen wdzięku. Twardy negocjator. Lubi postawić na swoim i wszystkich na baczność. Dynamiczny, z poczuciem humoru i buntem na wynos. A, ma zespół Downa. Ciągle o tym zapominam. Serio. Tylko jego rozwój i ciekawskie spojrzenia przypominają czasem, że ma. Przed państwem - Julek, młodszy brat Krzysia. Obaj to moi synowi. Dumna z nich ja!
środa, 31 sierpnia 2016
piątek, 12 sierpnia 2016
Słowa (6)
- Tata, (s)top, baran.
Leitmotiv naszych wędrówek na plażę i z powrotem.
W dosłownym tłumaczeniu: Tata, weź mnie na barana.
Werbalnie Julek też sobie coraz lepiej radzi. :)
To koniec naszych wakacji. Jutro wracamy do domu.
Leitmotiv naszych wędrówek na plażę i z powrotem.
W dosłownym tłumaczeniu: Tata, weź mnie na barana.
Werbalnie Julek też sobie coraz lepiej radzi. :)
To koniec naszych wakacji. Jutro wracamy do domu.
Słowa (5)
Do kanonu wypowiadanych przez Julka słów weszło jedno, najważniejsze: moja.
Moja piłka, moja gra, moja lody, moja buty.
Wyraz jednoznacznie i kategorycznie wskazuje, co Julek chce, czego żąda i na czym mu zależy. "Moja" jest zarzewiem konfliktu. Bardzo świadomie wykorzystywanym narzędziem w walce o swoje. I bardzo chwilami męczącym. Bo nie zawsze "moja" jest twoja, co najtrudniej wyjaśnić Julkowi - w takich chwilach bezkompromisowemu.
Przebaczam jednak te wszystkie wybuchy złości.
Przez dopieszczenie, dostrzeżenie i wyrażenie przez julkowe moja.
Pewnego ranka.
Po przebudzeniu.
Krzyś tradycyjnie przytulał się do mnie. Julek przyczłapał i zaczął przeganiać brata. Rzekł przy tym:
- Moja.
I żeby nie było żadnych wątpliwości dodał:
- Moja mama.
Rozmiękło me serce na pół.
Moja piłka, moja gra, moja lody, moja buty.
Wyraz jednoznacznie i kategorycznie wskazuje, co Julek chce, czego żąda i na czym mu zależy. "Moja" jest zarzewiem konfliktu. Bardzo świadomie wykorzystywanym narzędziem w walce o swoje. I bardzo chwilami męczącym. Bo nie zawsze "moja" jest twoja, co najtrudniej wyjaśnić Julkowi - w takich chwilach bezkompromisowemu.
Przebaczam jednak te wszystkie wybuchy złości.
Przez dopieszczenie, dostrzeżenie i wyrażenie przez julkowe moja.
Pewnego ranka.
Po przebudzeniu.
Krzyś tradycyjnie przytulał się do mnie. Julek przyczłapał i zaczął przeganiać brata. Rzekł przy tym:
- Moja.
I żeby nie było żadnych wątpliwości dodał:
- Moja mama.
Rozmiękło me serce na pół.
Sposób nr 2
Żaden tam odkrywczy.
Trzeba zapakować chłopaków do auta.
Namierzyć plac zabaw typu małpi gaj. Dobrze ogrodzony, z jednym wejściem i wyjściem.
Zapłacić wejściówkę.
Usytuować się w pobliżu, co by mieć na oku ewentualną nieoczekiwaną ewakuację dziecia (prawdopodobieństwo czmychnięcia z placu uzależnione od atrakcyjności tego, co w środku). I delektować się byciem sam na sam. Nasze romantyczne tete-a-tete trwało niecałą godzinę (bo figlopark był za mały) i kosztowało nas 14 zł od łebka.
Bezcenne chwile.
PS Julek sobie radzi. Radzi z każdą drabinką, zjeżdżalnią, labiryntem, wejściem, zeskokiem, podskokiem, pęcherzem (wpadek brak, zestaw ratunkowy idzie do lamusa), zbiegiem z górki, wspinaczką, huśtawką. Zręczny i szybki. Nie ucieka. Chyba że przed Krzysiem. ;)
Trzeba zapakować chłopaków do auta.
Namierzyć plac zabaw typu małpi gaj. Dobrze ogrodzony, z jednym wejściem i wyjściem.
Zapłacić wejściówkę.
Usytuować się w pobliżu, co by mieć na oku ewentualną nieoczekiwaną ewakuację dziecia (prawdopodobieństwo czmychnięcia z placu uzależnione od atrakcyjności tego, co w środku). I delektować się byciem sam na sam. Nasze romantyczne tete-a-tete trwało niecałą godzinę (bo figlopark był za mały) i kosztowało nas 14 zł od łebka.
Bezcenne chwile.
PS Julek sobie radzi. Radzi z każdą drabinką, zjeżdżalnią, labiryntem, wejściem, zeskokiem, podskokiem, pęcherzem (wpadek brak, zestaw ratunkowy idzie do lamusa), zbiegiem z górki, wspinaczką, huśtawką. Zręczny i szybki. Nie ucieka. Chyba że przed Krzysiem. ;)
czwartek, 11 sierpnia 2016
Gdańskie spotkanie
Wakacje i szczęśliwe zbiegi przypadków sprzyjają spotkaniom.
Poniższy zbieg był szczęśliwy z powodu, że spędzaliśmy niezależnie rodzinne wakacje w tym samym czasie, w tym samym miejscu, znaczy w Trójmieście, tyle że na skrajnych jego krańcach. To i tak mniej niż ponad trzysta kilometrów, która nas normalnie dzielą. Łączność stała, miejsce umówione, pogoda sprzyjająca. Nieśpiesznie, obarczeni swoimi dziatwami zmierzaliśmy do jednego punktu.
I nic to, że Biedronka okazała się Lidlem, a Kamienny Potok Jelitkowem, grunt, że nie zrażeni takim szczegółem pokonaliśmy przeszkodę i spotkaliśmy się jednak. Na lody i kawę, parę rozgrywek w cymbergaja, spacer alejkami wzdłuż morza, wśród fruwających baniek mydlanych, żeby wreszcie znaleźć plac zabaw, który nasze dzieci pochłonął do reszty tak jak nas pogaduchy. Komary też sobie swobodnie latały.
Mnie w takich momentach niezmiennie cieszy fakt, że ciągle jeszcze chce się nam tych spotkań. Chce się zadzwonić do siebie, umówić, pociągnąć rodziny i zjechać w jedno miejsce na kilka szybkich, błyskawicznych chwil. Żeby dzieci wymieszały się, pogadały, przypomniały o sobie, a my mogli pogadać. Zwyczajnie spędzić ze sobą czas.
Dominiko, Tomku, dziękujemy! :)
Poniższy zbieg był szczęśliwy z powodu, że spędzaliśmy niezależnie rodzinne wakacje w tym samym czasie, w tym samym miejscu, znaczy w Trójmieście, tyle że na skrajnych jego krańcach. To i tak mniej niż ponad trzysta kilometrów, która nas normalnie dzielą. Łączność stała, miejsce umówione, pogoda sprzyjająca. Nieśpiesznie, obarczeni swoimi dziatwami zmierzaliśmy do jednego punktu.
I nic to, że Biedronka okazała się Lidlem, a Kamienny Potok Jelitkowem, grunt, że nie zrażeni takim szczegółem pokonaliśmy przeszkodę i spotkaliśmy się jednak. Na lody i kawę, parę rozgrywek w cymbergaja, spacer alejkami wzdłuż morza, wśród fruwających baniek mydlanych, żeby wreszcie znaleźć plac zabaw, który nasze dzieci pochłonął do reszty tak jak nas pogaduchy. Komary też sobie swobodnie latały.
Mnie w takich momentach niezmiennie cieszy fakt, że ciągle jeszcze chce się nam tych spotkań. Chce się zadzwonić do siebie, umówić, pociągnąć rodziny i zjechać w jedno miejsce na kilka szybkich, błyskawicznych chwil. Żeby dzieci wymieszały się, pogadały, przypomniały o sobie, a my mogli pogadać. Zwyczajnie spędzić ze sobą czas.
Dominiko, Tomku, dziękujemy! :)
wtorek, 9 sierpnia 2016
Słowa (4)
- Mama, pijak. - oznajmił Julek.
Rozglądam się dokoła. Nie widzę. Nikt nie podąża chwiejnym krokiem. Nikt nie zatacza wężykiem. Pytająco patrzę na syna.
Ten wzdychając doprecyzowuje:
- Mama, tu. Pijak.
Drogą sunie ślimak.
Rozglądam się dokoła. Nie widzę. Nikt nie podąża chwiejnym krokiem. Nikt nie zatacza wężykiem. Pytająco patrzę na syna.
Ten wzdychając doprecyzowuje:
- Mama, tu. Pijak.
Drogą sunie ślimak.
poniedziałek, 8 sierpnia 2016
Sposób nr 1
Testujemy sposoby na odpoczynek obok dzieci.
Bo - nie oszukujmy się - chętnie budujemy z nimi zamki z piasku, kopiemy doły i kąpiemy się w morzu, czytamy książki na dobranoc, wspólnie oglądamy ich filmy (fajnie, jak dostosowane też do rodziców), zakopujemy w piasku, odkopujemy z piasku, wsuwamy razem lody i gofry, ale są momenty, gdy chcemy być wolni od nieustannego angażowania się w "my". Zwyczajnie potrzebujemy podziału na "my" i wy" (łagodna odmiana "a dajcie wy nam już święty spokój, zajmijcie się wreszcie sami sobą").
Sposób numer jeden. Dobrze już przetestowany, dziś z małym (tu: całkiem konkretnym) uzupełnieniem. Towarzystwo.
Spotkanie z rodziną wyposażoną w dzieci i psa pozwoliło na nowe doznania. Spacer o zachodzie słońca, kąpiel w morzu i szaleństwa, które zapewniają mocny, zdrowy sen.
Julek przeszedł kilometr w jedną i kilometr w druga stronę bez większych zakłóceń zafascynowany psem Pako. Krzyś gonił z Mają i Pawłem. Czasem Julek przejmował Maję i szedł z nią, obok niej i przy niej (w końcu to jej wujek!). Potem wariacje na plaży w zmiennej i różnorodnej konstelacji. Raj dla ducha. Dla nas.
Cudne popołudnie i piękny wieczór. Równowaga i harmonia. Spokój.
Bo - nie oszukujmy się - chętnie budujemy z nimi zamki z piasku, kopiemy doły i kąpiemy się w morzu, czytamy książki na dobranoc, wspólnie oglądamy ich filmy (fajnie, jak dostosowane też do rodziców), zakopujemy w piasku, odkopujemy z piasku, wsuwamy razem lody i gofry, ale są momenty, gdy chcemy być wolni od nieustannego angażowania się w "my". Zwyczajnie potrzebujemy podziału na "my" i wy" (łagodna odmiana "a dajcie wy nam już święty spokój, zajmijcie się wreszcie sami sobą").
Sposób numer jeden. Dobrze już przetestowany, dziś z małym (tu: całkiem konkretnym) uzupełnieniem. Towarzystwo.
Spotkanie z rodziną wyposażoną w dzieci i psa pozwoliło na nowe doznania. Spacer o zachodzie słońca, kąpiel w morzu i szaleństwa, które zapewniają mocny, zdrowy sen.
Julek przeszedł kilometr w jedną i kilometr w druga stronę bez większych zakłóceń zafascynowany psem Pako. Krzyś gonił z Mają i Pawłem. Czasem Julek przejmował Maję i szedł z nią, obok niej i przy niej (w końcu to jej wujek!). Potem wariacje na plaży w zmiennej i różnorodnej konstelacji. Raj dla ducha. Dla nas.
Cudne popołudnie i piękny wieczór. Równowaga i harmonia. Spokój.
Subskrybuj:
Posty (Atom)