Pod koniec turnusu w Polanice (w dniach 24-27 sierpnia) rozpoczęliśmy IX Zlot Zakątkowy. Na te pełne ciepła, serdeczności, wesołości i energii spotkania jeździmy od 2012 r. Wyjątkiem był ubiegły rok, kiedy termin Zlotu zbiegł się z naszą tradycyjną imprezą, którą pod hasłem "Pożegnanie lata" organizujemy co roku pod koniec sierpnia dla naszych znajomych w domu. W tym poukładaliśmy kalendarz imprez tak, żeby był wilk syty i owca cała. ;)
Zloty mają to do siebie, że wyjeżdżam z nich solidnie zresetowana, z uczuciem nasycenia przyjemnością i uśmiechem, naładowana ciepłym ludzkim pierwiastkiem, wyciszona, z ochotą na kolejny raz.
Zakątek 21 - nasze Stowarzyszenie organizuje dobrze czas zarówno dzieciom, jak i rodzicom. W tym roku oprócz karnetów do Krainy Zabawy, było zapewnione wyjście na basen, sensoplastyka z psychoterapeutą z ośrodka - uwielbianym przez dzieci Robertem Adamczykiem, zawody sportowe świetnie poprowadzone przez animatora z ośrodka p. Krzysztofa, spotkanie z dietetykiem Anną Wrzochal, koncert zespołu "Manna", i tradycyjnie Zakątkowy Bal (w tym roku poprowadzony przez animatorów zabaw "Kama"). Działo się wiele i z przytupem. Na nudę nikt nie mógł narzekać, każdy miał okazję pogadać o wszystkim i zespole, pośmiać się, powygłupiać, a nawet wieczorem pośpiewać stare kawałki przy akompaniamencie na gitarze niezastąpionego Roberta (taty Bianki). Nie kłócimy się, nie gadamy o polityce, cieszymy się naszymi dziećmi, jesteśmy ze sobą. Zwyczajnie, po ludzku. I to chyba cała tajemnica tych spotkań.
Ładny, zgrabny, miły. Uśmiech pełen wdzięku. Twardy negocjator. Lubi postawić na swoim i wszystkich na baczność. Dynamiczny, z poczuciem humoru i buntem na wynos. A, ma zespół Downa. Ciągle o tym zapominam. Serio. Tylko jego rozwój i ciekawskie spojrzenia przypominają czasem, że ma. Przed państwem - Julek, młodszy brat Krzysia. Obaj to moi synowi. Dumna z nich ja!
środa, 6 września 2017
Znaki
Każdy ma swój znak upływającego czasu.
Krzyś - debiut w samodzielnym powrocie autobusem ze szkoły.
Julek - utratę pierwszego mleczaka.
Ja - zmarszczki.
Chłopaki rosną, dojrzewają, ulegają przemianom, ja się zwyczajnie starzeję.
Krzyś - debiut w samodzielnym powrocie autobusem ze szkoły.
Julek - utratę pierwszego mleczaka.
Ja - zmarszczki.
Chłopaki rosną, dojrzewają, ulegają przemianom, ja się zwyczajnie starzeję.
czwartek, 31 sierpnia 2017
Ucieczka Julka
Zdarzenie, które miało miejsce w Polanice, to bardziej samowolne opuszczenie miejsca zabaw, jak ucieczka. Syn nie podążył przed siebie jak wiatr. Syn miał cel swej wędrówki. Syn skorzystał tylko z okazji.
Było to tak.
W ośrodku jest wielka bawialnia. W bawialni plac zabaw. Na placu zabaw basen z kulkami. W kulkach szaleją dzieci. Szaleją i moje. Postanowiłam zaszaleć i ja. Czyli zrobić pranie. Czyli zanieść brudy do pralki, pralkę uruchomić, wrócić. Dziesięć minut. Dziesięć minut przy ponad godzinnym maratonie szleństw w kulkach to jak pchełka na Stadionie Narodowym.
Julka zostawiłam pod czujnym okiem jednej mamy i mniej czujnym okiem starszego brata...
Gdy wróciłam po chwili (pchełkę na Stadionie Narodowym między bajki trzeba włożyć), sytuacja wyglądała tak.
Krzyś asystował koledze, który przy współudziale Krzysia poturbował sobie kciuka, którego zlewał rzęsiście zimną wodą. Czujne oko drugiej opieki musiało skupić się na własnym dzieciu. Julek zwiał.
Buty i skarpetki przy drzwiach. Jest więc na boso. Ciśnienie mi skacze, gorąco się robi. Będzie jeszcze gorzej. Ruszam przed siebie. Sprintem oblatuję ośrodek. Jest wskazówka. Prowadzi w ślepą uliczkę. Panika mną targa. Nie myślę logicznie. Spokojnie. Bez butów, chłód, nie wyszedłby na dwór. Wracam do punktu wyjścia. Bawialnia. Szukam, pytam, biegam, kręcę się jak bączek - zupełnie bezproduktywnie.
- Pani szuka Julka? - zbawienie nerwów jest mamą chłopca z ADHD - widziałam go obok windy.
No jasne, że winda.
Wszystko układa się w całość. Staję przy tej tuż obok bawialni. Naciskam guzik. Teraz Krzyś biega i szuka brata jak opętany. Ja ze stoickim spokojem czekam. Winda dociera. Drzwi się otwierają. Wychodzi Julek. Z bananem na twarzy. Pojeździł sobie chłopak. Góra - dół. Góra - dół. Góra.
Panika to żaden doradca. Wymaże wszystko z głowy. Nawet tę oczywistość, że jazda windą to drugie po basenie ulubione zajęcie Julka w Polanice.
Było to tak.
W ośrodku jest wielka bawialnia. W bawialni plac zabaw. Na placu zabaw basen z kulkami. W kulkach szaleją dzieci. Szaleją i moje. Postanowiłam zaszaleć i ja. Czyli zrobić pranie. Czyli zanieść brudy do pralki, pralkę uruchomić, wrócić. Dziesięć minut. Dziesięć minut przy ponad godzinnym maratonie szleństw w kulkach to jak pchełka na Stadionie Narodowym.
Julka zostawiłam pod czujnym okiem jednej mamy i mniej czujnym okiem starszego brata...
Gdy wróciłam po chwili (pchełkę na Stadionie Narodowym między bajki trzeba włożyć), sytuacja wyglądała tak.
Krzyś asystował koledze, który przy współudziale Krzysia poturbował sobie kciuka, którego zlewał rzęsiście zimną wodą. Czujne oko drugiej opieki musiało skupić się na własnym dzieciu. Julek zwiał.
Buty i skarpetki przy drzwiach. Jest więc na boso. Ciśnienie mi skacze, gorąco się robi. Będzie jeszcze gorzej. Ruszam przed siebie. Sprintem oblatuję ośrodek. Jest wskazówka. Prowadzi w ślepą uliczkę. Panika mną targa. Nie myślę logicznie. Spokojnie. Bez butów, chłód, nie wyszedłby na dwór. Wracam do punktu wyjścia. Bawialnia. Szukam, pytam, biegam, kręcę się jak bączek - zupełnie bezproduktywnie.
- Pani szuka Julka? - zbawienie nerwów jest mamą chłopca z ADHD - widziałam go obok windy.
No jasne, że winda.
Wszystko układa się w całość. Staję przy tej tuż obok bawialni. Naciskam guzik. Teraz Krzyś biega i szuka brata jak opętany. Ja ze stoickim spokojem czekam. Winda dociera. Drzwi się otwierają. Wychodzi Julek. Z bananem na twarzy. Pojeździł sobie chłopak. Góra - dół. Góra - dół. Góra.
Panika to żaden doradca. Wymaże wszystko z głowy. Nawet tę oczywistość, że jazda windą to drugie po basenie ulubione zajęcie Julka w Polanice.
środa, 30 sierpnia 2017
Turnus w Polanice
Julek i turnus rehabilitacyjny to całkiem zgrany duet.
Julek wszedł lekko i miękko w zajęcia, na początku. Jak już poznał, co to za jedne, kto je prowadzi i czym się to je, miał swoje preferencje.
Na liście przebojów pierwsze miejsce zajmował basen. To była miłość od pierwszego wejrzenia i jedyne zajęcia, z których syn mój nie chciał wychodzić. I trudno było ten upór przełamać. Zajęcia były półgodzinne, dostosowane do umiejętności dziecka, na małym basenie. Julek wykonywał różne ćwiczenia, z których najfajniejsze okazało się zanurzanie buzi w wodzie.
Drugie miejsce to zajęcia z psychoterapeutą. Zaledwie dwa, ale zaraz po pierwszych Julek tęsknił już za następnymi.
Na trzecim miejscu była Weronika Sherborne. Zajęcia grupowe, w których uczestniczyli rodzice. Chusta klanzy, masażyki, śpiewanki-rymowanki, tunele i inne duperele, które fajnie mi się robiło w OWI na Pilickiej, gdy Julek miał 2 i 3 lata, niekoniecznie teraz. Obecność opiekuna obowiązkowa. Julek lubił te zajęcia, ja lubiłam panią prowadzącą, ale szłam jak na ścięcie (przepraszam, ale z synem śpiewam w aucie, na przeproś się z fochem, na upór, na uśmiech, przy różnej okazji, a plecy masuję różnymi sposobami, stukanie się stopą i łokciem na pożegnanie z obcym facetem nie jest mi po drodze, moja przestrzeń osobista źle znosiła taki kontakt). Raz wysłałam Krzysia z nadzieją, że przejmie po mnie schedę. Ale gdzie tam. Julek nie słuchał Krzysia, zajęcia się popsuły. Wróciłam do obowiązku. Tylko kto ma być rehabilitowany?
Integracja sensoryczna codziennie. Julek w środku zaczął strajkować.
Lubił za to panią "ko-ko", czyli logopedę. Był chwalony za skupienie, koncentrację i ładną pracę.
Była też terapia zajęciowa, z której znosił różniste prace i malunki. Pracował znośnie.
Na boku i marginesie, gdzieś pomiędzy i w środku kwitło życie towarzyskie (najchętniej z Igorem), dobrowolne zajęcia ruchowe na placu zabaw i w basenie z kulkami, berek i piłka nożna. Słowem: integracja właściwa, czyli na nudę nie można było narzekać. :)
To był intensywny, dobrze zagospodarowany czas. Julek uczył się, poznawał, odnajdywał społecznie. Mówił. Skromnie i nie zawsze wyraźnie, ale komunikował się mieszanką wyrazów i gestów. A i raz uciekł, ale o tym przy innej okazji. :)
Turnus został zorganizowany przez Zakątek 21.Stowarzyszenie rodziców i przyjaciół dzieci z zespołem Downa, które pozyskało na ten cel dofinansowanie z Reklamy Dzieciom. Resztę dołożyliśmy ze środków zgromadzonych na Julka subkoncie, za co wszystkim, którzy dzielą się z Julkiem 1% i darowiznami, bardzo dziękujemy!
Julek wszedł lekko i miękko w zajęcia, na początku. Jak już poznał, co to za jedne, kto je prowadzi i czym się to je, miał swoje preferencje.
Na liście przebojów pierwsze miejsce zajmował basen. To była miłość od pierwszego wejrzenia i jedyne zajęcia, z których syn mój nie chciał wychodzić. I trudno było ten upór przełamać. Zajęcia były półgodzinne, dostosowane do umiejętności dziecka, na małym basenie. Julek wykonywał różne ćwiczenia, z których najfajniejsze okazało się zanurzanie buzi w wodzie.
Drugie miejsce to zajęcia z psychoterapeutą. Zaledwie dwa, ale zaraz po pierwszych Julek tęsknił już za następnymi.
Na trzecim miejscu była Weronika Sherborne. Zajęcia grupowe, w których uczestniczyli rodzice. Chusta klanzy, masażyki, śpiewanki-rymowanki, tunele i inne duperele, które fajnie mi się robiło w OWI na Pilickiej, gdy Julek miał 2 i 3 lata, niekoniecznie teraz. Obecność opiekuna obowiązkowa. Julek lubił te zajęcia, ja lubiłam panią prowadzącą, ale szłam jak na ścięcie (przepraszam, ale z synem śpiewam w aucie, na przeproś się z fochem, na upór, na uśmiech, przy różnej okazji, a plecy masuję różnymi sposobami, stukanie się stopą i łokciem na pożegnanie z obcym facetem nie jest mi po drodze, moja przestrzeń osobista źle znosiła taki kontakt). Raz wysłałam Krzysia z nadzieją, że przejmie po mnie schedę. Ale gdzie tam. Julek nie słuchał Krzysia, zajęcia się popsuły. Wróciłam do obowiązku. Tylko kto ma być rehabilitowany?
Integracja sensoryczna codziennie. Julek w środku zaczął strajkować.
Lubił za to panią "ko-ko", czyli logopedę. Był chwalony za skupienie, koncentrację i ładną pracę.
Była też terapia zajęciowa, z której znosił różniste prace i malunki. Pracował znośnie.
Na boku i marginesie, gdzieś pomiędzy i w środku kwitło życie towarzyskie (najchętniej z Igorem), dobrowolne zajęcia ruchowe na placu zabaw i w basenie z kulkami, berek i piłka nożna. Słowem: integracja właściwa, czyli na nudę nie można było narzekać. :)
To był intensywny, dobrze zagospodarowany czas. Julek uczył się, poznawał, odnajdywał społecznie. Mówił. Skromnie i nie zawsze wyraźnie, ale komunikował się mieszanką wyrazów i gestów. A i raz uciekł, ale o tym przy innej okazji. :)
Turnus został zorganizowany przez Zakątek 21.Stowarzyszenie rodziców i przyjaciół dzieci z zespołem Downa, które pozyskało na ten cel dofinansowanie z Reklamy Dzieciom. Resztę dołożyliśmy ze środków zgromadzonych na Julka subkoncie, za co wszystkim, którzy dzielą się z Julkiem 1% i darowiznami, bardzo dziękujemy!
![]() |
| fot. Maria Grochowska |
![]() |
| fot. Maria Grochowska |
wtorek, 29 sierpnia 2017
Pająk
Julek boi się pająków.
Ten lęk ma różne fazy, ostatnio wyciszył się. Wczoraj jednak sceną z bajki (dziecko otwiera szkatułkę, z której wychodzi pająk, gryzie dzieciaka w palec, dzieciak mdleje) został aktywowany. Osiągnął poziom realnego strachu. I Julek powiedział NIE na progu łazienki (w której bywają pająki, które reszcie domowników nie przeszkadzają, ale na potrzeby Julka są wypraszane zazwyczaj odkurzczem).
Prośbą, groźbą, tłumaczeniem, siłą - nie da rady.
Problem nabrzmiewa.
Mycie to jedno, ale siku trzeba gdzieś zrobić.
I wtedy przyszło olśnienie (wszak różne metody oswajania lęku testowałam na Krzysiu).
- Julek, chcesz zabić pająka?
- Tak.
- A jak chcesz zabić?
- Odkurzacz (ten trzysylabowy, trudny wyraz został wyartykułowany tak, że nikt nie miał wątpliwości, o jaką broń chodzi).
Ceremonialnie wyjęłam odkurzacz. Włączyłam światło w łazience. Julek ostrożnie zajrzał. Ja uruchomiłam pancerne zwierzę, którego długa, wąska trąba wsysa wszystko, co napotka na drodze, również nieobecne już dawno pająki. Julek stał w bezpiecznej odległości. Palcem dowodził. Teren został oczyszczony. Łazienka zdobyta.
- Ufff - rzekł Julek opróżniwszy pęcherz. W punkcik to podsumowanie, synu, w punkcik.
Na realny strach - realne działanie, w którym uczestniczy dziecko. Julek musiał do tego dorosnąć. To działa.
Ten lęk ma różne fazy, ostatnio wyciszył się. Wczoraj jednak sceną z bajki (dziecko otwiera szkatułkę, z której wychodzi pająk, gryzie dzieciaka w palec, dzieciak mdleje) został aktywowany. Osiągnął poziom realnego strachu. I Julek powiedział NIE na progu łazienki (w której bywają pająki, które reszcie domowników nie przeszkadzają, ale na potrzeby Julka są wypraszane zazwyczaj odkurzczem).
Prośbą, groźbą, tłumaczeniem, siłą - nie da rady.
Problem nabrzmiewa.
Mycie to jedno, ale siku trzeba gdzieś zrobić.
I wtedy przyszło olśnienie (wszak różne metody oswajania lęku testowałam na Krzysiu).
- Julek, chcesz zabić pająka?
- Tak.
- A jak chcesz zabić?
- Odkurzacz (ten trzysylabowy, trudny wyraz został wyartykułowany tak, że nikt nie miał wątpliwości, o jaką broń chodzi).
Ceremonialnie wyjęłam odkurzacz. Włączyłam światło w łazience. Julek ostrożnie zajrzał. Ja uruchomiłam pancerne zwierzę, którego długa, wąska trąba wsysa wszystko, co napotka na drodze, również nieobecne już dawno pająki. Julek stał w bezpiecznej odległości. Palcem dowodził. Teren został oczyszczony. Łazienka zdobyta.
- Ufff - rzekł Julek opróżniwszy pęcherz. W punkcik to podsumowanie, synu, w punkcik.
Na realny strach - realne działanie, w którym uczestniczy dziecko. Julek musiał do tego dorosnąć. To działa.
poniedziałek, 28 sierpnia 2017
Klej
Julek wychodzi po usilnych prośbach z basenu z kulkami. Jedna noga już na zewnątrz, druga sterczy w kulkach. Siłuje się, żeby ją wyciągnąć, stęka, ciągnie, rzecze:
- Mama, klej.
Żartowniś z aktorskim zacięciem? ;)
- Mama, klej.
Żartowniś z aktorskim zacięciem? ;)
wtorek, 15 sierpnia 2017
Palmiarnia
Wraz z tymi wakacjami odkryłam rzecz, która pewno trwa już jakiś czas, ale nieznana mi była z powodu braku okazji do jej odkrycia, że wiele miejsc nudnych do zwiedzania i oglądania przez dzieci, uatrakcyjnia się i dostosowuje dla dzieci. To ogromne ułatwienie dla rodziców.
Ponieważ nocowaliśmy w Poznaniu rzut beretem od znanej poznańskiej Palmiarni, niedzielny poranek postanowiliśmy wykorzystać na jej zwiedzenie. A na co, a po co, tam nic nie ma, to jest nudne - nasłuchaliśmy się w drodze do.
Tuż po dziewiątej garstka zwiedzających. Zaraz za wejściem miłe młode dziewczę wręczyło Krzysiowi mapę, która wiodła szlakiem Odkrywcy Poznańskiej Palmiarni. Zadaniem podróżnika było zdobycie pięciu pieczątek, których miejsca wskazywała mapa. Krzyś wszedł w temat jak w masło. Julka zachęcił, któremu niewiele trzeba, żeby robić to, co Krzyś, a przy tym pieczątki - to jest coś, co Julek zna i dobrze kojarzy.
Ruszyliśmy.
My powoli jak żółwie, zachwycając się egzotyczną roślinnością.
Chłopcy jak wyścigówki.
Byle szybciej zdobyć pieczątki.
W trzecim pawilonie dostroiliśmy nasze tempa i szliśmy wdychając wilgoć i ciesząc oczy bujną, niezwykłą roślinnością. Chłopaki dali się wciągnąć atmosferze miejsca. A że w pawilonie z roślinnością tropikalną można było karmić ryby (uprzednio zaopatrując się w pokarm dla rybek ze sprytnej aparatury - kubeczek 1 zł), to pobyt w pięknym miejscu wydłużył się i nabrał właściwego kolorytu. Julek uwielbia ryby. Uwielbia je oglądać i karmić. Na koniec pawilon z akwarium zwiedzał trzy razy. Raz z Radkiem i Krzysiem, drugi raz z Krzysiem, trzeci raz sam.
A my na ławeczce pośród dżungli siedzieliśmy sobie. :)
Gdy odkrywca zdobył wszystkie pieczątki, ta sama miła pani wręczała złoty medal odkrywca palmiarni (15 zł) i dyplom (7 zł). Za dwójkę dzieci komplet 44 zł. Ograniczyliśmy się do jednego złotego medalu dla Krzysia. Julek pognał niezainteresowany nagrodą. Jego cieszyło i miało dla niego sens samo przybijanie pieczątek. Medal i dyplom wylądowałby na dnie plecaka. Czasem ułatwienia dla rodziców słono kosztują. ;)
Ponieważ nocowaliśmy w Poznaniu rzut beretem od znanej poznańskiej Palmiarni, niedzielny poranek postanowiliśmy wykorzystać na jej zwiedzenie. A na co, a po co, tam nic nie ma, to jest nudne - nasłuchaliśmy się w drodze do.
Tuż po dziewiątej garstka zwiedzających. Zaraz za wejściem miłe młode dziewczę wręczyło Krzysiowi mapę, która wiodła szlakiem Odkrywcy Poznańskiej Palmiarni. Zadaniem podróżnika było zdobycie pięciu pieczątek, których miejsca wskazywała mapa. Krzyś wszedł w temat jak w masło. Julka zachęcił, któremu niewiele trzeba, żeby robić to, co Krzyś, a przy tym pieczątki - to jest coś, co Julek zna i dobrze kojarzy.
Ruszyliśmy.
My powoli jak żółwie, zachwycając się egzotyczną roślinnością.
Chłopcy jak wyścigówki.
Byle szybciej zdobyć pieczątki.
W trzecim pawilonie dostroiliśmy nasze tempa i szliśmy wdychając wilgoć i ciesząc oczy bujną, niezwykłą roślinnością. Chłopaki dali się wciągnąć atmosferze miejsca. A że w pawilonie z roślinnością tropikalną można było karmić ryby (uprzednio zaopatrując się w pokarm dla rybek ze sprytnej aparatury - kubeczek 1 zł), to pobyt w pięknym miejscu wydłużył się i nabrał właściwego kolorytu. Julek uwielbia ryby. Uwielbia je oglądać i karmić. Na koniec pawilon z akwarium zwiedzał trzy razy. Raz z Radkiem i Krzysiem, drugi raz z Krzysiem, trzeci raz sam.
A my na ławeczce pośród dżungli siedzieliśmy sobie. :)
Gdy odkrywca zdobył wszystkie pieczątki, ta sama miła pani wręczała złoty medal odkrywca palmiarni (15 zł) i dyplom (7 zł). Za dwójkę dzieci komplet 44 zł. Ograniczyliśmy się do jednego złotego medalu dla Krzysia. Julek pognał niezainteresowany nagrodą. Jego cieszyło i miało dla niego sens samo przybijanie pieczątek. Medal i dyplom wylądowałby na dnie plecaka. Czasem ułatwienia dla rodziców słono kosztują. ;)
Subskrybuj:
Posty (Atom)



