środa, 10 października 2018

Polecenie

Sobota.
Krzysiek rozgrywa mecz ligowy. Radek robi zakupy. Kilka śpi, Julek gra, a ja ogarniam dom.
- Julek, przynieś z pokoju pustą butelkę, która leży pod małym stołem. - wołam z kuchni.
Julek przynosi smycz, która leży na dużym stole.

Teraz twoje zadanie. Zaznacz właściwą odpowiedź:
a) wykonał polecenie od niechcenia (chwycił to, co było pod ręką),
b) z przekory i złośliwie przyniósł smycz zamiast butelki (trudne zachowanie),
c) nie zrozumiał polecenia (no błagam, co było trdnego w tym zdaniu),
d) żadna z odpowiedzi nie jest poprawna.

Robię w tył zwrot. Zaznaczam c). Prędka rewizja polecenia.
Przynieś skąd? - z pokoju. Co? - butelkę. Jaką? - pustą. Butelka leży gdzie? - pod stołem. Jakim? - małym.
Każdy wyraz z osobna Julek rozumie. Nawet przyimek "pod" (pod warunkiem, że jest osadzony w znajomym kontekście - warunek spełniony). Połączenie wszystkich elementów do kupy powoduje zamęt. Polecenie jest wielopoziomowe, za skomplikowane. Trzeba je pokroić na mniejsze kawałki i podać w lekkostrawnej formie. Przyswajalnej przez Julka percepcję.
Tego sobotniego poranka rozpędziłam się. Potraktowałam Julka jak pełnosprawnego ośmiolatka. Gdy przyniósł smycz, wzięłam go za rękę, zaprowadziłam do pokoju, pokazałam mały stół, pod nim leżącą pustą butelkę (po wodzie, żeby nie było wątpliwości ;) ). Powtórzyłam polecenie w krótszej wersji: - Wyjmij butelkę. Leży pod stołem. Zadziałało. Przy okazji smycz odwiesiłam na miejsce. Sobotni poranek odsłania niedoskonałości domowego rozgrardiaszu.
Dlaczego o tym piszę?
Ano, nawet ja, mama z wieloletnim doświadczeniem w obcowaniu z Julka możliwościami (zawsze może mnie zaskoczyć) i ograniczeniami (zawsze może mnie zaskoczyć) potrafiłam przeszacować polecenie, które z góry było skazane na porażkę przez swą złożoność.
Zdania wypowiadane do Julka, szczególnie te, zawierające dla niego zadanie, powinny być proste i zrozumiałe. To trzeba wiedzieć, tego można się nauczyć. O to też dba w Wyliczance p. Agata. To taka swoista prewencja, żeby różne zachowania dziecka nie definiować od razu "trudne". Ważne, żeby rozumieć. I to rozumieć musi być po obu stronach.

wtorek, 9 października 2018

IPET

Julek. Mój prawie ośmiolatek.
Ostatni rok w przedszkolu, w którym pobyt został naciągnięty jak gumka w znoszonych dresach. Gdybym mogła, zabrałabym całą kadrę pedagogiczną pracującą od kilku lat z Julkiem w Wyliczance na dalszy etap edukacyjny mojego syna. Tak się jednak nie da. I dobrze. Egoistyczne zapędy nie są wskazane. Niech kolejne pokolenie dzieci, potrzebujących wsparcia, czerpie pełnymi garściami z zaangażowania i mądrego podejścia pracowników Wyliczanki. Julek z kolei niech trafi do szkoły, która będzie równie mądrze wykorzystywać jego potencjał i równie mądrze radzić sobie z jego ograniczeniami, poskramiając je w mozolnej, długofalowej pracy.
Ten rok to ogromna dawka zajęć dla Julka. Multi-terapeutyczna-witamina na porost poznawczy i intelektualny. Zwieńczenie etapu przedszkolnego.
Julek został beneficjentem projektu unijnego, który realizuje w tym roku Wyliczanka. Ma przez to pięć razy w tygodniu po jednej godzinie indywidualne zajęcia dydaktyczno-terapeutyczne. Cztery razy po 30 minut logopedię. Raz w tygodniu po 30 minut gimnastykę korekcyjną i raz w tygodniu po 60 minut integrację sensoryczną. Trening Umiejętności Społecznych (TUS) w formie arteterapii - dwa razy w tygodniu po 30 minut. I raz w tygodniu dogoterapię.

fot. Emilia Domańska 
fot. Emilia Domańska 
Julek to szczęściarz.
Takie kompleksowe podejście służy poprawie jego funkcjonalności w sferze komunikacji werbalnej, w sferze poznawczej, społecznej i ogólnorozwojowej. Służy kształtowaniu i porawie jego samodzielności.
I choć mocne strony Julka w Indywidualnym Programie Edukacji Terapeutycznej (IPET) zostały wypunktowane na niemal całej stronie, podczas gdy jego trudności zajęły zaledwie jedną czwartą strony, to jednak w tych trudnościach tkwi gwóźdź programu. Czynny i efektywny udział Julka w codzienności na pewno usprawnią: rozumienie wieloczłonowych pleceń, relacji i kontekstu sytuacyjnego. Rozumienie związków przyczynowo-skutkowych, zależności i zasad. Umiejętność budowania zdań, w których podmiot, orzeczenie i dopełnienie wpiszą się na stałe w strukturę wypowiedzenia. Umiejętność odpowiedzi na pytania, różne pytania, bo poza pytaniami osadzonymi w bardzo znajomym Julkowi kontekście, chłopak gubi się i stosuje w odpowiedzi wytrych "mama-tata-Ksys". Nie rozumie. Żeby rozumiał więcej, głębiej i wielopoziomowo potrzebna jest systematyczna praca. I przekonanie, że warto, choć to warto może przekładać się na wieloletnią pracę.
Agata Sors-Lachert należy do tej grupy specjalistów, która nie przekreśla dziecka na starcie. Wyłuskuje jego mocne strony, pracuje nad trudnościami. Z maniakalnym wręcz uporem i fantastycznym zaangażowaniem pracuje. Indywidualnie traktuje możliwości Julka i jego ograniczenia, a nie jako zbiór pewnych wad prznależnych do umiarkowanego stopnia niepełnosprawności intelektualnej. Cierpliwie, powoli, nie zrażając się niczym, posuwa do przodu poszczególne elementy IPET-u, który zawsze na początku i na końcu roku szkolnego ze mną omawia. IPET w wydaniu p. Agaty to nie tylko suchy zestaw reguł, wytycznych i punktów, które na sztywno trzeba realizować, ale przede wszystkim punkt wyjścia i ramy do działania. Aktywnego, zaangażowanego, systematycznego.
Julek to szczęściarz.
Mówiłam już. Prawda?

środa, 3 października 2018

Julek i Kilka

Julek i Kilka to relacja od samego początku niewymuszona, naturalna i bardzo przyjazna. Julek - nasz czołowy radar wszelkich emocji - z niezwykłą delikatnością zareagował na pojawienie się Kilki w sobotę, która ze strachu aż się trzęsła. To właśnie przed Julkiem rozłożyła się z łapkami do góry w geście uległości, a Julek bardzo ostrożnie, z wielką czułością głaskał ją powtarzając cichutko: "piesek".
Potem było "chodź, piesek" z zaproszeniem jej do swojego pokoju. Trzeba było wnieść Kilkę na górę. Julek pokazywał jej swój pokój. Zapraszał do budowy domu z klocków. Przytulał się, a potem ze śmiechem wołał: "Liże!".
W swoim spoufalaniu poszedł tak daleko, że spróbował psiego jedzenia. Wziął mały element suchego pokarmu z miski Kilki i schrupał go, zanim zdążyłam zareagować.
Prowadził też przez chwilę Kilkę na smyczy i w ogóle ma w sobie tyle pokładów miłości, że Kilka nie raz przed Julkiem umknie z ulgą na swoje legowisko. Krzywdy psinie na pewno nie zrobi. :)








Kilka

Pupil.
To słowo przewijało się od dłuższego czasu we wszystkich przypadkach, rodzajach, gatunakch i marzeniach artykułowanych przez Krzyśka. W maju miał miejsce incydent z kurami (to nic że jeszcze w formie niemowlęctwa kurczacznego i słodkiego), który spowodował zachwianie w posadach mojego "tak" wypowiedzianego do męża jakąś dekadę temu. Ostatecznie kurczaki dostały bezpieczny dom u sąsiada z kwoką i odpowiednimi warunkami do rozwoju, a Krzysiek obietnicę, że do tematu pupila wrócimy we wrześniu.
Chcieliśmy dać sobie czas. Żywe stworzenie w domu to nowe, dodatkowe obowiązki i odpowiedzialność. Rozważaniom sprzyjały Julkowe zapędy na szlakach karkonoskich, gdzie z każdym kotem, każdym psem witał się jak z najlepszym kumplem. Pomógł argument Krzyśka, że będzie czuł się bezpieczniej w domu po powrocie ze szkoły, gdy jakiś zwierz będzie na niego czekał. Jego pupil.
Przyszedł wrzesień.
Ogarnięcie towarzystwa w sferze szkolno-przedszkolnej, treningi, weekendy wypełnione gośćmi, urodzinami (kierowca to mój drugi zawód), meczami i innymi nieprzewidzianymi w programie atrakcjami odsunął w czasie decyzję. W zasadzie to bardziej realizację podjętej tak naprawdę już na samym początku, tyle że w sercu, niewypowiedzianej głośno decyzji.
Poszukiwaniami zajął się Radek.
To on znalazł, dzwonił, przekonywał, dopełniał wszelkich formalności i wreszcie przywiózł do domu.
I tak w sobotę, 29 września zamieszkała z nami Kilka. Suczka mniej więcej półtoraroczna. Długowłosa urodnica, delikatna, pieszczoch niesamowity, sympatyczna przeogromnie i od samego początku pragnąca zaskarbić sobie naszą przyjaźń. Niepotrzebne te obawy. Pokochaliśmy ją od pierwszego wejrzenia.
Obecnie trwa dostrajanie się wzajemne. Podział obowiązków kto karmi/kto wyprowadza na spacer/kto umawia wizyty u weterynarza/kto czesze/kto kąpie.
Kilka została znaleziona przy ekspresówce w okolicach Płocka. Wałęsała się z kumplem, małym Yorkiem. Psy nie miały obróż. Wszelkie znaki wskazywały na porzucenie. Psiaki zostały zaopiekowane przez płockie schronisko. Nadano im imiona Romeo i Julia. W ubiegłym tygodniu nasza Julia miała zabieg sterylizacji, po którym jej opiekunka napisała do nas smsa: "Kilka jest już po zabiegu". Literówka w tekście wiadomości zaważyła o imieniu, które chłopcy natychmiast podchwycili. Nie miałam nic do gadania. ;) W sobotę opiekunka Julii vel Kilki była służbowo w Warszawie. Przywiozła nam pieska.
Teraz Kilka ma nowy dom. A my na pokładzie nowego członka rodziny. Jest nas obecnie piątka. :)



niedziela, 30 września 2018

Zadanie domowe

Julek wprawdzie nie zaczął jeszcze szkoły, ale realizuje roczne przygotowanie do niej. Zerówkę - uszytą na miarę jego możliwości - w swoim przedszkolu. IPET, czyli Indywidualny Program Edukacji Terapeutycznej poznam w piątek, na spotkaniu z pedagogiem wiodącym, czyli p. Agatą. Naszą Agatą. :)
Tymczasem w piątek oprócz Julka odebrałam również jego zeszyt z pierwszą pracą domową. Dokończ rysować szlaczki. Cała strona do wypełnienia. Razem z zeszytem kubeczek, w którym były fragmenty puzzli. Zadaniem Julka było nakleić elementy układanki na kartkę papieru.
Podekscytowany Julek wbiegł z zeszytem do domu. Pokazał tacie. Pokazał bratu. Krzysiek skwitował "wreszcie!", ciesząc się z niwelowania tej jawnej niesprawiedliwości, że on tyle zadań ma do domu, a Julek nic. Nic zmieniło status.
Na fali ekscytacji Julek pognał na górę, do swojego pokoju, gdzie przy biurku machnął pierwszą linijkę pracy.
Aż przyszła niedziela i czas na odrobienie reszty. Nie było źle ze zmotywowaniem syna. Usiadł, marudził co któreś kółko i kreskę. Wołał "nie umiem", więc dla podkręcenia lepszego działania, wykropkowałam motyw, żeby pisał po śladzie. Zrobił. Całe swoje pierwsze zadanie domowe zrobił.





czwartek, 27 września 2018

Zero luzu

W kontekście tego, co napisałam poniżej.
- Mamo, idziesz biegać? - pyta Krzysiek.
- Nie dzisiaj.
- Powinnaś.
- Trenerem moim zostałeś, że pytasz?
- Nie. Mam większy luz, gdy biegasz.

Pilotuję, sprawdzam, trzymam rękę na pulsie. Czyli zero luzu. Nie tylko dla mnie. ;)


Brak równowagi

Gdy urodził się Julek, najwięcej bałam się, że to, co wokół niego będzie się dziać, odbywać się będzie kosztem Krzyśka. Więcej uwagi, więcej zajęć, więcej miłości, więcej wizyt u lekarzy i różnej maści specjalistów. Życie pod dyktando usprawniania ograniczeń Julka.
Bardzo nie chciałam, żeby cierpiał na tym Krzysiek.
Pierwsze lata Julka to rzeczywiście było natężenie koniecznych, obowiązkowych i must have wizyt a potem kontroli u lekarzy. To również zajęcia w Ośrodku Wczesnej Interwencji na Pilickiej, na które woziliśmy Julka dwa razy w tygodniu. Wtedy dla równowagi zapisałam Krzyśka na naukę pływania i zajęcia z taekwondo (chciał być ninja). Harmonogram tygodniowy zgęstniał. Logistycznie ledwo wyrabiałam na zakręcie. Z czasem wizyty u specjalistów nie wymagały takiej częstotliwości. Julek poszedł do przedszkola. Przedszkole zadbało o systematyczny rozwój Julka. Na brak zajęć logopedycznych, z integracji sensorycznej, rehabilitacji ruchowej ostatnio zamienionej na taniec, zajęć z pedagogiem i psychologiem Julek nie mógł narzekać. Popołudnia zrobiły się wolniejsze. Krzysiek poszedł do szkoły. Zmieniły się priorytety. Pojawiły nowe zainteresowania.
I sprawy zmieniły obrót.
Teraz mam poczucie, że więcej dbam o rozwój starszego syna. A mniej czasu i uwagi poświęcam młodszemu. Szkoła, zajęcia po niej, treningi. Piłka nożna stała się pasją. Do zwykłych treningów drużynowych doszły treningi doszkalające w ramach szkółki o patetycznie brzmiącej nazwie Akademia Młodych Orłów prowadzonej przez PZPN. Krzysiek w czerwcu zaliczał testy kwalifikacyjne. Na początku września zadzwonił do mnie trener. Z dwóch treningów zrobiły się cztery plus w weekendy mecz ligowy. Pomiędzy szkoła i nauka. Dla Krzyśka pomiędzy. Dla mnie przede wszystkim.
Układ jest prosty. Nauka - piłka nożna - reszta. Prosty nie znaczy łatwy do egzekwowania. Niemniej dajemy radę. Ciągle jeszcze dajemy. Krzyśkowi drenuję głowę i wpycham gdzie mogę motto o możliwościach wyboru. A nie jedna, jedynie słuszna opcja, podczas gdy głowa otwarta i chłonna i nie musi być tylko tężyzna fizyczna (do której nic nie mam, bo w zdrowym ciele zdrowy duch i tak dalej). Równowaga. Słowo klucz. Ucz się i trenuj i miej w przyszłości duże pole manewru, gdy będziesz wybierał swoją ścieżkę życiową.
Zdarzyły się ostatnio potknięcia w matematyce, którą do tej pory Krzysiek lubił z wzajemnością. Książki więc, ciekawe strony internetowe z zadaniami, żeby to lubienie nie przeszło w zniechęcenie, a podstawy się cementowały i dawały stabilny fundament pod wiedzę. Lektura. Trzeba przeczytać. Rozłóż na dni. Nie siedzę z Krzyśkiem przy lekcjach. Pilotuję, sprawdzam, trzymam rękę na pulsie. To wymaga czasu, skupienia, miejsca między obiadem, prasowaniem, praniem i kwadransem, który został do treningu. Radek ogarnia piłkę nożną, ja w tym czasie Julka. I to są jedyne chwile (poza basenem, na który jeździmy raz w tygodniu, dokładnie w niedzielę na 8:30), gdy staram się (z podkreśleniem wyrazu "staram", bo nie zawsze wychodzi) poświęcić Julkowi i tylko jemu czas. Trzy treningi, czyli średnio trzy razy po jednej godzinie, bo teningi o różnych porach i czasem zahaczają o julkową porę do spania. Czwarty trening zarezerwowany na sprzątanie domu po całotygodniowym zaślepnięciu na kurz, pył i inne nagromadzone rzeczy w miejscach nie swego przeznaczenia. W tym naszym czasie we dwoje gramy w "Wyspę Smoków", "Uno Junior", wspólnie oglądamy "Psi patrol", przynoszę książkę z obrazkami, którą "czytamy", powtarzamy słowa, wygłupiamy się. Myję Julka, usypiam go. Za mało. Za mało. Za mało.
Wyrzuty mną targają.
W tyle głowy czai się zdanie. Krzyśka potencjał ma przyszłość, Julka ma tylko przyszłość z nami.