czwartek, 3 sierpnia 2023

Rusinowa Polana

W sobotę wyruszyliśmy na lajtową wycieczkę do Rusinowej Polany. Mieliśmy kupić oscypki. Mieliśmy zrobić piknik. Miało nie padać. 

Od Wierchu Poroniec do Gołego Wierchu szło wszystko z planem. Tylko te nadciągające chmury nie dawały spokoju. Nawet największa optymistka pogodowa w naszej grupie Angela - mama Ady zaczynała wątpić, że się uda. Ostatnie metry do Rusinowej Polany pokonywaliśmy w deszczu. Niebo zaciągnęło się konkretnie. Z naszego planu udały się tylko oscypki.


Gdy deszcz zelżał, ruszyliśmy w kierunku Wiktorówek, żeby zejść do Zazadni. Zanim doszliśmy do kościółka, przestało padać.

Gdy doszliśmy do Zazadni, wszystko na nas było już suche. Słońce zrobiło swoje. Po powrocie do domu postanowiliśmy pójść na ostatni spacer. Celem były oscypki od bacy, którego kilka dni wcześniej mijaliśmy po drodze. 

Zeszliśmy nieco w dół do Drogi na Buńdówki. Skręciliśmy, żeby drogą wijącą się najpierw wśród zabudowań i urokliwych domów, ruszyć wyżej, polami aż do Drogi pod Reglami. Tutaj była "nasza" bacówka.

Droga na Buńdówki 

Stąd bardzo przyjemną ścieżką pod reglami poszliśmy kawałek, żeby na wysokości mniej więcej wejścia na szlak do Doliny za Bramką, najpierw polem, potem między zabudowaniami dojść do ulicy. Stąd już mieliśmy jakiś kilometr do domu.

Tego dnia zrobiliśmy 10 km.  W niedzielę po śniadaniu ruszaliśmy do Bielska-Białej, gdzie Julek miał obiecane zostać z babcią Krysią sześć dni. Cieszył się chłopak na ten pobyt od początku naszej podróży. 

Dwa wierchy

Wtorek naszego dziesięciodniowego pobytu w Zakopanem wykorzystałam z Krzyśkiem na dłuższą wędrówkę, w wyższych partiach gór. To pułap, do którego nie zachęcę Julka. Za wysoko, za długo, za daleko. Julek najlepiej sprawdza się w wędrówce jeden szczyt i zejście. 

Z kilkuosobową grupą wyruszyliśmy na szlak o 5:30. Doliną Małej Łąki ruszyliśmy na Przysłop Miętusi. Szło się raźnie. Dobrym tempem. Słońce przyjaźnie przebijało się przez chmury. Lekko wiało. Na przełęczy zrobiliśmy sobie przerwę śniadaniową.



Z przysłopu ruszyliśmy niebieskim szlakiem na Małołączniak (jeden z czterech Czerwonych Wierchów). Tego dnia mieliśmy jeszcze w planach drugi Czerwony Wierch - Kopę Kondracką.

Początkowo szlak prowadził nas łagodnie w górę, ciemnym (ciemnym, ciemnym), gęstym lasem. Gdy wreszcie się przerzedził, słońca nie było. Wiatr nawiewał chmury. Zaczęło robić się mgliście. Szliśmy już wtedy w trójkę: Krzysiek, Wiktor (brat Igora) i ja. 

Wyższe partie szlaku również tonęły we mgle. Było cicho. Spokojnie. Bezwidocznie. Biało. Krzysiek odkrywał zmienne oblicze gór. Wodniściak, Kobylażowy Żleb i Czerwony Grzbiet nie pozwoliły nam oceniać, ile drogi zostało za nami, a ile jeszcze przed nami. Wędrówka miała jednak swój klimat.








Wreszcie po dwóch i pół godzinie nieustannego pięcia się w górę dotarliśmy na Małołączniak (2096). Otulała go gęsta mgła. Sam szczyt wyglądał jak polana. Brak widoczności zakłócał odbiór. Kompletnie nie miałam poczucia, że stoję ponad dwa tysiące metrów nad poziomem morza.


Na górze spotkaliśmy sympatyczną rodzinę. Małżeństwo szło z dwójką chłopaków - w podobnym wieku co Krzysiek i Wiktor. Dziewczynka miała dwanaście, może trzynaście lat. To oni dodali nam otuchy, twierdząc (na podstawie informacji sczytanej z czeskich radarów), że za piętnaście minut, o 9:45 zacznie poprawiać się widoczność. Wiatr przewieje chmury. Czekaliśmy posilając się drugim śniadaniem. W międzyczasie na szczyt przybyło trochę turystów. I nagle wszystkim odsłonił się widok. Ujrzeliśmy Giewont (1894). Z zupełnie nowej, wyższej perspektywy.




Ruszyliśmy dalej. Czerwonym szlakiem na Kopę Kondracką. Był to przyjemny spacer, z lekkim przewyższeniem na samym końcu. Około w pół do jedenastej byliśmy na Kopie Kondrackiej (2005).


Dalej już było tylko piękniej. Przyjemne wędrowanie grzbietami gór. Z cudnymi widokami po prawej i po lewej stronie. Naszym celem był Kasprowy Wierch. Prowadził do niego Czerwony szlak przez Przełęcz pod Kopą Kondracką, Suche Czuby, Goryczkową Czubę, Pośredni Wierch Goryczkowy. Nogi same nas niosły. W górę, w dół. Łagodnie. Dopiero pod samym Kasprowym znów trzeba było się piąć mocniej w górę. Za to krótki odcinek. 





Na Kasprowy Wierch (1987) dotarliśmy o trzynastej. Mieliśmy spory zapas czasu. Nieco mniejszy sił (ja). Chłopaki wpadli na pomysł wdrapania się na Świnicę. Pięćdziesiąt minut z przełęczy Świnickiej do szczytu bardzo ich kusiło. Ostudziłam zapędy młodych turystów. Czas liczony jest bez przestojów i kolejek przy łańcuchach, których o tej porze trzeba się spodziewać. Potem trzeba jeszcze zejść i dojść. Nie zgodziłam się. Obiecałam Zawrat i Świnicę na inny dzień. Na otarcie łez po odpoczynku na trasę do domu wybraliśmy drogę przez Beskid (2012) i Przełęcz Liliowe (czerwony szlak) do Hali Gąsienicowej (najpierw zielony, potem żółty). Jak postanowiliśmy, tak zrobiliśmy. Etap do Przełęczy Liliowe był krótki, nieco intensywny. Widoki cudne.



Tęsknym spojrzeniem na Świnicę ;)


Zielony szlak z przełęczy dał moim kolanom do wiwatu. Zejście było strome i kamieniste. Dopiero na żółtym szlaku nogi chwilami mogły odpoczywać, gdy droga nieco się spłaszczała. W Murowańcu był tłum ludzi, długa kolejka do toalety i krótki odpoczynek. Zamiast kawy zamówiłam nam po półitrowej butelce coli. Cukier i kofeina dobrze mnie nakręciły. 
Postanowiliśmy zejść żółtym szlakiem Doliną Jaworzynką do Kuźnic. Najpierw jednak wiódł nas niebieski szlak do Przełęczy między Kopami. Stąd mieliśmy widok na Giewont i nasze dwa wierchy, które kilka godzin wcześniej zdobyliśmy. 


W Kuźnicach byliśmy o w pół do czwartej. Po dziesięciu godzinach na szlaku. Zjedliśmy lody (ja), gofry (chłopaki) i poczłapaliśmy ostatnie dwa kilometry w dół na przystanek autobusu numer 11, który zawiózł nas do domu. Tego dnia zrobiliśmy 26 km. Zmęczenie było duże. Pełne jednak endorfin. Uśmiech nie złaził mi z twarzy cały wieczór. 

środa, 26 lipca 2023

Zakopane

We czwartek doszliśmy na nogach do Butorowego Wierchu. A dokładniej do stacji wyciągu krzesełkowego. Wsiedliśmy do całkowicie pustej kolejki i wjechaliśmy na górę. Radek z Krzysiem, Julek ze mną. Widoki pozostające za nami cieszyły oko. 




Z Butorowego Wierchu przespacerowaliśmy się na Gubałówkę po drodze zaliczając granitę (Julek), lody (Krzyś) i gofra (ja). Radek postanowił być fit.


Z Gubałówki zjechaliśmy tramwajem. Na 13:00 godzinę byliśmy umówieni w Muzeum Tatrzańskim z przewodnikiem. Tak przynajmniej zakładał poranny plan. Plan ma to jednak do siebie, że ulega nieoczekiwanym zmianom. Nasza zmiana polegała na tym, że przewodnika nam anulowano, gdy wszyscy (była nas blisko trzydziestoosobowa grupa) byliśmy już w drodze. Bez podania przyczyny. Trochę bardzo nieelegancko. 

 
Ruszyliśmy więc dalej. Do poleconego przez Tomka tatę Maksa Muzeum Kornela Makuszyńskiego. Przeszliśmy przez zatłoczone, rozedrgane i jarmarczne Krupówki. Na nogach doszliśmy na Tetmajera 15, gdzie stoi ładny dom "Opolanka", niegdyś trzypokojowe mieszkanie państwa Makuszyńskich. Obecnie mieści się tu kameralne muzeum. Jedna sala interaktywna, w której można m.in. pooglądać fragmenty zekranizowanych powieści Makuszyńskiego. Wystarczy położyć wybraną książkę na stole i zaczyna się film. Koledzy wsiąkli na dobre. Przynajmniej był czas na zwiedzenie pozostałych sal.



Patronem szkoły Julka jest Kornel Makuszyński, więc ze szczególnym pietyzmem zadbałam o uwiecznienie obecności Julka w tym miejscu. Nie samymi górami wszak człowiek na wyjeździe w Tatry żyje. 



Po zwiedzeniu muzeum ruszyliśmy w dół Krupówkami. Radek chciał zwiedzić cmentarz Pęksowy Brzyzek. Przysiadłam z Julkiem na ławeczce, a Radek poszedł między groby (płacąc za wejście 3 zł!). Julek oglądał zdjęcia na telefonie, ja ludzi wchodzących, w większości cofających się na wieść, że muszą zapłacić, żeby wejść, wychodzących, szwendających się. Nigdzie nam się nie spieszyło. Wprawdzie odjechał autobus, a kolejny mieliśmy za godzinę, ale ja już wiedziałam, że czekać nie musimy. Możemy po prostu nieśpiesznie iść w górę Kościeliskiej. Do Krzeptówek mieliśmy ledwie dwa kilometry. 

Tak też zrobiliśmy. Julek trochę zaprotestował, ale tylko trochę. Szło się dobrze. Po drodze zajrzeliśmy do Willy Koliba 


Spotkaliśmy też kozę. Niewykluczone, że szykowała się na wycieczkę do Pacanowa.


Tego dnia w nogach mieliśmy 10 km. 

czwartek, 20 lipca 2023

Dolina Chochołowska

Wczoraj spokojny spacer Doliną Chochołowską. Po intensywnym wtorku części z nas, wędrówka doliną była najlepszą opcją na obolałe nogi. Niektórzy w ogóle zostali w pokoju, żeby spać do oporu. :) 

Pierwszy, trzykilometrowy odcinek pokonaliśmy pociągiem (traktor ciągnie dwa wagoniki po 8 zł za osobę). Radość dzieciaków bezcenna. Ulga dla rodziców.

Potem ponadgodzinne wędrowanie lekko w górę do Polany Chochołowskiej. Było chwilami gorąco. Słońce dopiekało. Ratował nas zrywający się co rusz wiaterek, drzewa dające cień i na samym początku drogi orzeźwiający chłód ciągnący od potoku.




Julek nie był najszczęśliwszy idąc, ale nie stawiał oporu ani nie artykułował litanii na nie. Po prostu szedł. Nieśpiesznie. Przez czas jakiś w towarzystwie kumpelek.

Dolina Chochołowska najdalej wysunięta, jak dotąd nie była dla nas po drodze. Wreszcie można było doceniać jej urok, szczególnie, gdy doszliśmy do Polany Chochołowskiej. Cudne widoki!



W schronisku półgodzinny piknik. Lody dla orzeźwienia i zaczęliśmy schodzić. Wiedzieliśmy, że idzie deszcz. Zaczęliśmy więc wyścig z chmurami, czasem i niechęcią do intensywniejszego tempa.

Szczęśliwie załapaliśmy się od razu na "pociąg". Na dole stał pusty autobus do Zakopanego. Zdążyliśmy do niego wsiąść, gdy zaczęło padać. Tego dnia nie zmoknęliśmy. Przeszliśmy 9 km. Dzień zakończyliśmy jeszcze jedną porcją lodów.

poniedziałek, 17 lipca 2023

Dolina Małej Łąki

Wczoraj lajtowa niedziela. Ruszyliśmy z pensjonatu w kierunku Kościeliska, po krótkiej wędrówce wzdłuż ulicy skręciliśmy w ścieżkę wiodacą do trasy pod reglami. Minęliśmy chatę Sabały. Była jednak zamknięta. Na trasie pod reglami ruszyliśmy w lewo do Doliny za Bramką. Dwudziestoparominutowy spacer leśnym szlakiem wzdłuż potoku był idealnym wyborem na ten gorący dzień. Na końcu czekał nas piknik nad potokiem. 



Plan był taki, że z doliny wracamy do domu, ale nikomu się nie chciało, więc ruszyliśmy dalej reglami. Minęliśmy wejście na Dolinę Strążyską, wejście do Doliny Białego i dotarliśmy do Wielkiej Krokwi. Tam był czas na porcję lodów. Potem autobusem wróciliśmy do domu. 




Tego dnia przeszliśmy łącznie 9 km. 

A dzisiaj jedna z moich ulubionych dolin. Dolina Małej Łąki. Podjechaliśmy jeden przystanek autobusem nr 11. Przez polanę przeszliśmy znów do trasy pod reglami. Tym razem skręciliśmy w prawo, skąd mieliśmy jakieś dziesięć minut spaceru do początku szlaku.


Słońce piekło. Duszno. Czuliśmy nadchodzącą (gwałtowną) zmianę pogody. Po drodze przystanek nad potokiem. Dla orzeźwienia.



Przy rozwidleniu zdecydowaliśmy się iść prawą trasą do Przysłopu Miętusiego. Wije się lasem, polaną, wąską ścieżką wzdłuż tatrzańskiej roślinności. Pół godziny nietrudnej wspinaczki i byliśmy na Przysłopie. Dzisiaj od rozwidlenia miałam towarzyszkę. Ada zdecydowała, że pójdzie ze mną, nie z mamą, która wchodziła na Przysłop od lewej strony. Szło nam się wyśmienicie. Ucinałyśmy babskie gadki. Słuchałam Ady. Znamy się już w zasadzie długo. Lubię tę dziewczynę. 




Na Przyslopie Miętusim piękne widoki przysłaniały chmury. Zaczynało wiać. Wiedzieliśmy, że czasu z dobrą pogodą mamy coraz mniej. Julek, który najlepiej zmotywowany do chodzenia jest wtedy, gdy wie, że idzie do góry, żeby osiągnąć cel, a potem już tylko do dołu, szedł dzisiaj dobrze. Mimo że rano nie chciał wstawać i w ogóle nie w góry. Coraz wytrawniejszy z niego turysta.




Z Przysłopu ruszyliśmy w kierunku Wielkiej Polany Małoląskiej, żeby stamtąd dojść do naszego rozwidlenia.


Na rozwidleniu zaczęło kropić. Przed deszczem nie zdążyliśmy uciec, więc po prostu szliśmy. Szliśmy przed siebie, równym krokiem. Autobus nam odjechał. Następny miał być za godzinę. Szliśmy więc dalej pod reglami do miejsca, z którego dzień wcześniej zaczynaliśmy naszą wycieczkę do Doliny za Bramką. Drogę już znaliśmy. 


Nikt nie ucierpiał. Przygodę zaliczyliśmy. W domu zdjęliśmy mokre ubrania. I znów było dobrze. :)

Julek przeszedł 8 km.