niedziela, 27 października 2024

14

Ważny dzień w Julka kalendarzu. Może nawet najważniejszy. Urodziny. Nauczył nas celebrować ten dzień. Radośnie go obchodzić. Z gośćmi, tortem, wyśpiewanym 100 lat, prezentami. Zawsze w takiej kolejności, nie innej. Człowiek, słodycz, dobra materialne. 

Świętowaliśmy więc dzisiaj Julka urodziny z dziadkami i  chrzestną. Był tort, świeczki, 100 lat, prezenty. Julek niezwykle poważny, nasz czternostolatek. I jednocześnie spełniony, zadowolony. 

Bądź szczęśliwy Synku. Spotykaj na swojej drodze życzliwych, dobrych ludzi. Ciesz się życiem. Tak jak Ty to potrafisz najlepiej. Bardzo autentycznie i na maksa. 

 




piątek, 25 października 2024

Poradnia urologiczna

Byłam dziś z Julkiem na pierwszej wizycie w poradni urologicznej. Poradnia przy warszawskim centrum medycznym Kopernik, w samiutkim środku Warszawy. Skorzystaliśmy z komunikacji miejskiej. Trochę wyczekaliśmy się w poczekalni. Ale raz - byliśmy czterdzieści minut przed czasem. Dwa - lekarz zaczął przyjmować z lekkim poślizgiem. 

Pan doktor, który cieszy się dobrą opinią, przeprowadził szczegółowy wywiad, obejrzał zdjęcia z sierpniowego usg, zrobił Julkowi usg (jak ja doceniam tę nowoczesną formę przychodni, gdzie lekarz specjalista, tam na miejscu sprzęt diagnostyczny).

Kamienia (złoga) nie ma. Brak. Czysto. Obecne nerki, obie prawidłowe, bez poszerzenia ukm. Zdaniem lekarza najprawdopodobniej w poprzednim badaniu odbiła się głowica sprzętu czy jakoś tak i to dało efekt obecności w nerce kamienia. Pan doktor nie zlekceważył jednak sprawy. Dał skierowanie na kontrolne usg jamy brzusznej. Za rok. 

Taka niespodzianka. Z tej radości aż zjadłam pół czekolady mlecznej z jogurtem. Powstrzymałam się przed pożarciem reszty. Przerzuciłam na wodę. Lekarz zalecił Julkowi (w ogóle) dużo pić. Dużo znaczy 1,5-2 wody litry na dobę. Im gęstszy mocz, tym większe ryzyko odkładania się różnych cząstek i kryształków. Trzeba więc pić. Julek w nawadnianiu mieści się w normach. I dobrze.

czwartek, 17 października 2024

#LetsBaRock

Oczarowana głosem i charyzmą Jakuba Józefa Orlińskiego bez zastanowienia kupiłam w lipcu bilety na trasę koncertową duetu Orliński&Dębicz #LetsBaRock. Ostatnie miejsca wyszperałam w sali koncertowej Wytwórnia w Łodzi na początek października. Zrobiłam to bez konsultacji. Szybko. Całkowicie spontanicznie. Chciałam zarazić rodzinę swoją nową fascynacją. I ten wspólny, krótki weekendowy rodzinny wyjazd pięknie mamił, czarował, do mnie wzdychał. Tęskniłam za naszym razem. Nastolatek na pokładzie to bezustanne negocjacje, poszukiwanie kompromisu i atrakcji, które zadowolą młodego buntownika, kontestującego boomerski świat. Nie zawsze mam na to siłę. Czasem za często (?) odpuszczam. 

Dawno już też przestałam robić niespodzianki. Coraz rzadziej wypalały. Nauczyłam się, że najpierw dobrze przegadać temat, dać starszemu synowi czas na oswojenie się z pomysłem/propozycją (nie do odrzucenia), uciąć nieco z nadwyżki tego, co chciałabym pierwotnie osiągnąć. Przede wszystkim pozwolić synowi na współdecydowanie. Tu postawiłam chłopaków przed faktem dokonanym. Zabolało.

Radek. Otwarty na różnorodność muzyki, dał się ponieść osobowości Orlińskiego. Był na tak. 

Julek. Julka na wspólny wypad rodzinny w ogóle nie trzeba namawiać. Z góry jest na tak. To bardzo entuzjastyczne tak. 

Krzysiek. Krzysiek zaprotestował. Zdecydowanie, mocno. Był absolutnie na nie. Na szczęście nie nie bo nie. Ale dlatego bo nie słucha takiej muzyki. Bo co to za pomysł, żeby iść z rodzicami na koncert? Barok? Jaki barok? Barok to przelotem na polskim i to bez uniesień. Nie wchodzę w to. Po tygodniu rozmów, przerzucania się argumentami, cierpliwego wysłuchiwania litanii na nie, zmiękczyłam temat. Potem jeszcze w sierpniu i we wrześniu mimochodem, przez ramię przypomniałam o wspólnym wyjeździe. Utrwalałam kruchą zgodę. Im bliżej było wyjazdu, tym mocniej obawiałam się katastrofy. Miażdżącej, wściekłej katastrofy, której nie uratuje fajna miejscówka do nocowania, dziesięć minut spacerem od sali koncertowej, ani obiecany Julkowi chicken. 

Krzysiek był już jednak pogodzony z wyjazdem. Nie stawiał oporu. Spędziliśmy naprawdę fajny, wspólny czas. Od podróży autem, podczas której słuchaliśmy Krzyśka playlisty, na której znalazł się wspólny mianownik - śpiewana również przez Julka na całe gardło "Bałkanica" Piersi, przez wędrówkę alejkami Starego Cmentarza w mżawce i pustce bez ludzi do mojej Babci, Dziadka i Cioci Danki, którą chłopcy znali i lubili, do znalezienia KFC z dala od Manufaktury, do której weszliśmy i zaraz z niej uciekliśmy, bo takie tłumy, przez koncert wieczorem i wreszcie niedzielny poranek, odwiedziny mojej siostry ciotecznej, ich ciotki Grażynki, do powrotu do domu, podczas którego Krzysiek chyba pierwszy raz, sam z siebie świadomie porządkował sobie relacje rodzinne.

Sam koncert #LetsBaRock petarda! Czworo muzyków, z których niezaprzeczalną gwiazdą jest Jakub Józef Orliński, ale pianista i kompozytor Aleksander Dębicz też daje do pieca, o kontrabasiście (Wojciech Gumiński) i perkusiście (Marcin Ułanowski) nie wspominając. Jest tak różnorodnie, choć każdy utwór mniej lub bezpośrednio osadzony w twórczości barokowych kompozytorów, że nie ma czasu na nudę. I dla niewytrawnych słuchaczy muzyki klasycznej (to my) absolutnie do przyjęcia, wchłonięcia, oczarowania, zachłyśnięcia się dźwiękami. Pewno gdyby te prawie półtorej godziny było osadzone w stricte barokowej konwencji, moglibyśmy tego nie zdzierżyć, niosłuchani z taką muzyką. Ale to, co robili muzycy na scenie, to jak koncert prowadził Orliński, jak utrzymywał kontakt z publicznością. On publiczność uwodził. I ten jego głos. Wprowadzał w błogość, rozsadzał energią, tulił pięknem, znów wyciszał, żeby zaraz prowokować wewnętrzny bunt, jakiś sprzeciw. Odnajdywał i poruszał poupychane w zakamarkach duszy strzępy różnych uczuć i emocji. Było rockowo, barokowo, jazzowo i nawet hip-hopowo ("Toccata 1" A. Dębicza w wykonaniu Orlińskiego bardzo zaskakuje i zachwyca). Były też momenty z breakdancem.

Julek. Julek początkowo bał się, że będzie za głośno. Nie było. Trochę bał się, że ciemno. Nie było. Światła wspaniale uzupełniały to, co dzieje się na scenie. Pierwsze pół godziny słuchał z zainteresowaniem. Drugie pół dopytywał, kiedy koniec. Chciał spać. Nie był jednak natarczywy i pozwolił nam wysłuchać koncertu do końca. Ale gdy jeszcze na gorąco zapytałam go, co mu się podobało w koncercie. Odpowiedział, że nic. A jeszcze potem, gdy kupiłam płytę #LetsBaRock, którą ostatnio wałkuję w aucie, któregoś dnia, gdy zabierałam Julka ze szkoły, gdy nasłuchał się swojej muzyki, włączyłam moją płytę. Słuchał. Nie przestaje słuchać.

Krzysiek. Nie zbojkotował koncertu. Otworzył się na nowe, nieznane. Osiągnęłam to, co chciałam. Znalazł utwór, który mu się spodobał ("Intro" A. Dębicza). Wiem, że odsłuchiwał go w domu. Przyznał, że Orliński jest niezwykle utalentowany. Docenił sposób prowadzenia koncertu ("świetny performer z niego"), jego ruch na scenie i głos, który przybiera tak różne kształty. Zaryzykuję stwierdzenie, że był pod wrażeniem bardziej, niż chciałby się do tego przyznać. 

W tym wszystkim najmniej dopisała nam pogoda. Ale co tam pogoda, gdy w duszy wszystko się układa. W niedzielę wieczorem, już po powrocie do domu odetchnęłam z ulgą. Udał się nam ten wyjazd. 


poniedziałek, 30 września 2024

Nocowanie w szkole

Wrzesień kończymy infekcją. Katar, ból pleców, osłabienie, brak temperatury. Julek grzeje się, inhaluje, solidnie nawadnia, pije syrop z czarnego bzu. Został w domu. 

Zdążył jeszcze załapać się w piątek na nocowanie w szkole. Spakował walizkę, wyszykował się i pojechał na 18:00 do szkoły. Zawiózł go Radek. W planach dzieci miały pizzę, gry i zabawy, a na koniec seans filmowy. Komplet atrakcji, który nigdy nie zawiedzie. Uśmiechy od ucha do ucha. 

W sobotę przed 10:00 odbierałam Julka. Spał od północy do siódmej rano. Podobno kładł się spać przed 22:00, bo miał być "Hotel Transylwania", gdy się okazało, że jednak "Sing2", zerwał się i dotrwał do końca. Bajkę zna chyba na pamięć. 

To już nie jest niepewny siebie debiutant. To weteran wypadów poza dom, bez mamy i taty. Lubi takie wyjścia!

Ps Julek nie tylko sam się spakował. Sam też rozpakował walizkę. Pochował rzeczy na swoje miejsce, zniósł walizkę na dół. Postawił w wiatrołapie. Nad tym, żeby zurzyte rzeczy odłożyć do kosza na brudne pranie, a nie do szafy, popracujemy jeszcze. ;) 




piątek, 27 września 2024

Endokrynolog

Zaplanowaną na 26 września, tj. na wczoraj wizytę u endokrynologa nie musiałam przekładać. Ostatecznie dwudniowa, klasowa wycieczka do Łodzi została przełożona na wiosnę.

Tarczyca Julka nie wykazuje autoimmunologicznych schorzeń. Działa w typowy dla siebie sposób, czyli wymaga wsparcia euthyroxem. Nadal utrzymujemy dawkę sprzed lat. Znaczy to tyle, że mimo wejścia Julka w okres dojrzewania, który może wywołać różne zaburzenia hormonalne, tarczyca jest stabilna. Wyniki badań (usg tarczycy, tsh, f4, anty-TPO) zadowalające. 

Coroczne pomiary wykazały, że Julek urósł o 6 cm i stał się cięższy o 6 kg. I zdaniem endokrynolog nie powiedział jeszcze w kwestii wzrostu ostatniego słowa. 

Pani doktor przeanalizowała pozostałe wyniki. Osłuchała Julka, zbadała jądra, ostukała plecy (kamień w nerce nie daje żadnych objawów), zdziwiła się szybkim terminem wizyty u urologa. Na kolejną wizytę u siebie zaleciła komplet standardowych badań. 

Aktualne wymiary Julka:

Wzrost 155 cm

Waga 52 kg

Rozmiar stopy 39

Koszt wizyty 300 zł. Pokryjemy z subkonta Julka. Dziękujemy! 

środa, 25 września 2024

Rowerem po Warszawie (2)

Wycieczkę zrobiliśmy w sobotę. Tuż po 11:00 władowaliśmy się z rowerami do S2 i ruszyliśmy w kierunku centrum Warszawy. Słońce i humor dopisywały. 



Na stacji Warszawa Śródmieście nie namierzyłam windy. Przynajmniej w tej części, w której wysiedliśmy. Rowery musiałam wtachać na górę. Piłka była po mojej stronie. Julek siedział i patrzył z góry. Tego zadania zwyczajnie nie wykona. 


Znaleźliśmy się w samym środku stolicy przemieszczającej się, poruszającej ludźmi w różne strony. Stąd ruszyliśmy w kierunku Żoliborza. Najpierw ulicą Emilii Plater mijając z lewej strony Dworzec Główny i Złote Tarasy, potem w lewo, na krótko w Świętokrzyską, żeby za chwilę skręcić w prawo w al. Jana Pawła II, stąd już prosto, długo prosto do al. Wojska Polskiego. Po drodze mijaliśmy Halę Mirowską, skrzyżowanie z Al. Solidarności, przy którym do 2014 r. stało kino Femina z osobistym kawałkiem warszawskiej historii. Kino z klimatem, które przekształcono w Biedronkę. Na Nowolipkach, na ławce przy bloku mieszkalnym, zrobiliśmy krótką przerwę. Julek posilił się musem. A ja siedziałam obok, sycąc oczy tętniąco-leniwym miastem. Tętniło albo spowalniało, zależy gdzie moje spojrzenie powędrowało.





Po odpoczynku popedałowaliśmy dalej do ronda Babka. Minęliśmy z prawej CH Arkadia, trochę jechaliśmy w górę, przez wiadukt, pod którym Julek dostrzegł tory kolejowe, i dalej w dół. Za chwilę skręciliśmy w prawo w al. Wojska Polskiego. Tu już bloki z lat 60. 70. mieszają się z architekturą przedwojennych budynków. Byliśmy na Starym Żoliborzu. Na rogu  al. Wojska Polskiego i Śmiałej trwał w najlepsze cotygodniowy targ śniadaniowym, oferujący różne specjały. Nie zagłębialiśmy się w roznoszące się w powietrzu zapachy, jechaliśmy dalej. Pod szkołę Julka. 



Stąd na umówione lody. Julek wybrał kokosowe, ja brzoskwiniowe. Do tego zamówiłam kawę cappuccino. Kawiarenka u Kuncera zrobiła nam dzień.


To był nasz punkt zwrotny. Stąd zaczynał się  powrót do domu. Najpierw dojechaliśmy kawałek do pl. Wilsona, żeby potem wzdłuż parku Żeromskiego ul. Krasińskiego łagodnie w dół, które na końcu już takie łagodne nie było i hamulce okazały się konieczne, żeby nie rozpędzić się za bardzo (choć wszystko w środku krzyczało radośnie: z górki na pazurki!) dojechać do przejścia dla pieszych (i rowerzystów). Przecięliśmy Wybrzeże Gdyńskie i za chwilę byliśmy na bulwarach wiślanych. W tej części jeszcze nie tak elegancko zagospodarowanych, choć brak tego sznytu wcale mi nie przeszkadzał. Było mniej miejsko, bardziej swojsko. Julek zażyczył sobie przerwy na drugie śniadanie. W pudełku były dwie niemałe kanapki z chleba ze słonecznikiem z sałatą, salami, plasterkiami rzodkiewki. Obok luzem obowiązkowo pomidorki koktajlowe. 





Sprawdziłam odjazdy S2 ze stacji Warszawa Sradion, żeby rozplanować ostatni, powrotny etap naszej wycieczki. Gdy wjechaliśmy w tę bardziej miejską część bulwarów, mniej więcej na wysokości Fontann, czyli tam, gdzie ostatnio wbijaliśmy na ścieżkę rowerową przy Wiśle, tłum wędrujących i jeżdżących na rowerach, rolkach, hulajnogach zagęścił się. Trzeba było mieć oczy dookoła głowy. Wielu spacerujących nie zważa na to, czy spaceruje ścieżką dla rowerów, chodnikiem, czy innym trotuarem. Ale Julek to już doświadczony rowerzysta. Jechał ostrożnie. Właściwie.





Tym razem przez Wisłę przeprawiliśmy się Mostem Świętokrzyskim, nie kładką. Z mostu kilka minut i jest stacja przy Stadionie Narodowym. 



Do skm-ki wsiadaliśmy za pięć czternasta. Po dwudziestu kilku minutach byliśmy w Sulejówku Miłosna. Po drodze drobne zakupy uzupełniające na tiramisu, który wymyśliłam sobie zrobić na niedzielny deser. W domu zawitaliśmy przed 15:00.

Kilka uwag
Wybrałam trasę, która poza krótkim wzniesieniem na wysokości Arkadii była bez przewyższeń. I konieczności prowadzenia roweru (Julek bardzo zapamiętał ten moment z ostatniej wycieczki, niechętny był powtórce). W zasadzie od al. Wojska Polskiego cały czas jechaliśmy w dół aż do poziomu Wisły, gdzie już prosta droga. Bardzo wygodna trasa dla Julka.

Jechaliśmy przy ulicach, którymi zwyczajowo jeżdżę autem. To okolice, w których mieszkaliśmy, gdy Krzyś był mały i okolice mojej pracy. Często przemieszczam się tutaj autem. Z pozycji rowerzysty zupełnie inaczej wszystko wyglądało. Bliższe, na wyciągnięcie ręki. Doświadczaliśmy wielokrotnie uprzejmości osób zmotoryzowanych. Auta zatrzymywały się nawet wtedy, gdy wcale nie musiały. Czułam się bezpiecznie.

Ścieżki rowerowe były na całej trasie. Poza ul. Emilii Plater, na której jezdni wydzielono trasę dla dwukołowców, wszędzie indziej ścieżki były wzdłuż ulicy, ale nie bezpośrednio na niej. Czasem wspólne z częścią dla pieszych, czasem tylko dla rowerów. Dobrze się jechało. A w miejscu, gdzie ścieżka się urywała, był chodnik. Szeroki, wygodny chodnik, na którym wcale dużo pieszych nie mijaliśmy, bo to nie Krakowskie Przedmieście. Jechało się nam dobrze. Bardzo dobrze.

Absolutnym must have jest przyspieszone przyuczenie Julka samodzielnego ładowania swojego roweru do wagonu. W Sulejówku nie ma problemu, bo pociąg jest podstawiony, mamy czas, mogę cierpliwie Julka instruować. W przypadku pociągu podjeżającego na peron zmienia się wszystko. Ustawienie rowerów trzeba szybko korygować, odstęp między platformą wagonu a platformą peronu jest różny. Mały, duży, wysoki jak schodek. Julek się gubi. A ja nie nadążam zostawiona nagle sama z dwoma rowerami. Nie zrażam się jednak takimi drobnostkami. Popracujemy nad szczegółami.

W planach mam Pragę (warszawską Pragę). Może uda się jeszcze w tym sezonie rowerowym.

poniedziałek, 23 września 2024

Praca przy domu

Sterta drewna do ułożenia w drewutni. 

W układaniu pomaga Julek. Jedno drewienko niesie prawie minutę. Dystans do pokonania jakieś trzydzieści metrów. Wraca pół minuty. Zabiera jedno drewienko. Niesie minutę. Wraca. Zabiera. Niesie. Po czwartej rundzie mówi, że gorąco. Boli plecy. Boli palec. Boli wszystko. Pokazuję na zegarku, że będziemy pracować dwadzieścia minut. Ja w swoim tempie, Julek w swoim. Dwadzieścia minut później wyrasta ładna ścianka ułożonego drewna. Zdecydowana większość została przyniesiona i ułożona przeze mnie. 

Następnego dnia pomaga Krzysiek. Zostało trzy czwarte sterty. Plan działania jest prosty. Krzysiek znosi drewno, ja je układam. Po pół godzinie temat zostaje zamknięty. Drewno ułożone, brezent, na który zostało wysypane, posprzątany i złożony.

Z Julkiem przyjemnie spędza się czas wolny. Rower, kino, spacer na lody - można z nim w ciemno. To fakt.

Na konkretną robotę najlepiej z Krzyśkiem. Jeden warunek. Koniecznie trzeba znać się na zegarze nastolatka. Są dwa tryby. Pierwszy: już idę (czyli za plus-minus 15 minut będę). Drugi tryb: za chwilę (czas realizacji w przedziale od godziny do tygodnia). 

Znasz się na synach, wiesz, jak organizować sobie życie. ;)