czwartek, 9 sierpnia 2018

Drugie dno

Umiejętność wychwycenia podwójnego, nierzadko metaforycznego znaczenia niektórych wyrazów jest umiejętnością językową na poziomie zaawansowanym. Umówmy się - Julek nadal tkwi na podstawowym. To z kolei bywa przyczyną zabawnych minidialogów.

Wracamy z przedszkola. Julek popija sok, który przez wzgląd na upały serwuję chłopakowi nie tylko w sobotę. Po drodze jakieś roboty. Ruch wahadłowy. Stoimy.
- Korek. - stwierdzam.
- Mam. - odpowiada Julek. I podaje mi odkręcony korek z butelki od soku.

Znów przedszkole. W drodze do zaszwankował układ wydechowy w aucie, które zachowuje się jak karykatura motoru. Hałasuje, gdy jadę, szczególnie, jak dodaję gazu. Julek w foteliku, pas zapięty, włączam silnik. Buuuu..... - słychać.
- Mama! - natychmiast reaguje Julek, który z łatwością wyłapuje odstępstwa od utartych schematów.
- Pierdzi. - informuję.
- Mama, kupa?
- Nie, auto. Auto pierdzi.
Mając na uwadze pierwsze zdanie tego postu nie odpowiadam "Kupa. Kupa złomu". Choć lepiej tego nie mogłabym ująć.

wtorek, 31 lipca 2018

Bulwary wiślane

Jest Krzysiek.
Przyjechał w piątek w asyście babci Krysi. Fajnie mieć znowu starszego syna obok. Na chwilę. W sobotę znowu wyjeżdża. Teraz na obóz piłkarski ze swoim klubem.
Ciesząc się synem i Mamą zabrałam w sobotę całe towarzystwo (obowiązkowo z Julkiem) na lewy brzeg Wisły w Warszawie, który ledwie kilka dni temu wreszcie przespacerowałam ze znajomymi bulwarami wiślanymi. Z góry wiadomo było, że Julek na pokładzie uniemożliwi nam spacer długi i wzdłuż. Zaplanowałam więc wycieczkę eskaemką do Stadionu Narodowego, skąd jeden przystanek metrem dojechaliśmy do przystanku Centrum Kopernika. Tu zaczęła się nasza przygoda.
W zasadzie to nieco wcześniej, gdy eskaemka stanęła w szczerym polu na pół godziny z powodu awarii trakcji, Julkowi zachciało się siusiu, na Narodowym goniliśmy toaletę, a zaraz potem Julka na schodach ruchomych. Doskonała kość niezgody i przyczynek awantury, w której wyraz <jeszcze> dominował. Julek niestety wszedł w okres, gdy to, co fajne, musi być od ręki i najlepiej kilka razy. Na nic tłumaczenia, że za chwilę znowu i potem z powrotem. Nieczuły jest na takie argumenty. Trudne to chwile dla wszystkich. Jesteśmy w miejscu publicznym.
Spacer przekupiłam lodami.
Przy czym, żeby nie trwał za krótko, ustaliłam, że będą trzy gałki, po jednej w każdym napotkanym punkcie z lodami. Na szczęście po drodze znalazły się trampoliny, piasek i Julinek z rozłożonymi sportowymi atrakcjami do ćwiczenia równowagi i refleksu. Spacer nie był koszmarem.
W drodze powrotnej namierzyłam podziemia Centrum Kopernika, czyli coś w rodzaju bunkra, w którym przy pustych stołach czekali młodzi naukowcy. Uczyli, jak z patyczków po lodach i gumek zrobić katapultę. Krzysiek wsiąkł. A Julek, dla którego za trudne byłoby to zadanie, dostał gotową wagę (z plastikowych kubeczków, drewnianych patyczków), którą mógł do woli testować wsypując przygotowane ziarna kukurydzy, fasoli, kaszy gryczanej. A nawet mógł sam robić odważniki z plasteliny. Wsiąkł w zabawę. Wyciszył się. Poznawał prawa fizyki. Pan Paweł zajął się Julkiem wspaniale. Zabrał na zewnątrz po kamyki do wagi, a potem dał mu już gotową katapultę, którą wystrzeliwaliśmy fasolę na chodnik. Ponieważ trudno było Julkowi strzelać z patyczka, Pan Paweł Otwarta Głowa Kreatywna Bardzo szybko dokleił na plastelinę korek po swojej maślance i zrobił wygodny koszyczek na fasolkowe naboje. Czterdzieści minut nie było dzieci. Skupienie, koncentracja, nauka przez zabawę. Chciałabym tam wrócić. :)
Zziajani, zmęczeni, mokrzy wróciliśmy do domu. To wtedy upały zaczęły przejmować dowodzenie nad światem. Tacy umordowani mniej niecierpliwie czekaliśmy na gości, którzy do nas jechali. :)
















środa, 25 lipca 2018

Nie wiem

Z zasady nie martwi mnie, że nie wiem.
Moje nie wiem oznacza poznam, jeśli uznam to za zasadne i do ogarnięcia. Bo czasem nie wiem to ocean wiedzy nie do przebrnięcia. Albo zwyczajnie brak odpowiedzi na pytanie. Bywa też nie wiem bezsilne, trudne i bolesne.
Dostałam wczoraj wiadomość od mamy kolegi Julka z przedszkola. Że Julek go bije i jest to kolejna taka sytaucja. Prosi mnie, żebym porozmawiała z synem.
Zamarłam.
Zawsze wszelkie niepokojące incydenty z udziałem Julka są mi komunikowane w przedszkolu. Zawsze też panie reagują adekwatnie. Wiadomo - lepiej zgasić ogień w zarodku, niż potem walczyć z pożarem. Przedszkole milczy. Wszystko w porządku. W porządku? Nie wiem.
Nie mogę wykluczyć, że Julek uderzył.
Nie mogę stanąć w jego obronie.
Nie mogę też przeprosić kolegi Julka i jego mamy.
Ja nie znam wersji wydarzeń Julka.
- Julek, bijesz kolegę?
- Tak.
- Dlaczego bijesz?
- Tej. Tu. Baaam. Pani. Bije. Eeeee. Buch.
Gestykulacja bogata. Treści mało. Poza tym, że bije. Wyjaśnienie kompletnie niezrozumiałe. Dla mnie. I zakładam, że syn mój wie, o co pytam.
W relacjach z Krzysiem Julek potrafi uderzyć. Zawsze z dwóch powodów:
- w obronie,
- ze złości, przy czym złość może być spowodowana odmówieniem mu tego na co on ma ochotę lub umiejętnym rozdrażnieniem go, z przekory.
Natychmiast reagujemy na takie zachowania. Nie pozwalamy na agresję. Ta nie ma nic wspólnego z rzeczywistym rozwiązywaniem problemów.
Nie wiem, co się wydarza w relacjach Julka z kolegą. Bez względu na okoliczności i powody nieakceptowalnego zachowania Julka, rozumiem zaniepokojenie mamy i jej interwencję.
Boli, że nie wiem. Że nie usłyszę od mojego dziecka, jak było. Nie pogadam z nim. Nie przegadam trudnych spraw. Nie wytłumaczę. Nie wyjaśnię tak, żebym była pewna, że zostałam zrozumiana.
Zderzam się z wymierną stroną ograniczeń mojego syna.
Pozostaje mi dochodzenie u źródła. Przedszkole.

wtorek, 24 lipca 2018

Wakacje

Podczas gdy Krzyś w Bielsku doskonali umiejętności jazdy na deskorolce,


Julek umiejętnie zasiada na siodełku z tyłu roweru i daje się wozić na lody. :)



W wersji, gdy pada, Krzyś z nudów buduje domki z kart, a Julek gra w "Wyspę Smoków".


Wakacje w toku.

poniedziałek, 23 lipca 2018

Sokółka

Weekendowy wyjazd na wschód był szczególny.
Szczególny bo jechaliśmy na zaproszenie wyjątkowej rodziny, z którą zawsze nam po drodze w śmiechu, opowieściach, wspólnie spędzanym czasie.
Szczególny, bo pierwszy rodzinny wyjazd bez Krzysia. Bawi w Bielsku u babci Krysi. Jechaliśmy więc w trójkę. Julek sam z tyłu, bez brata. Nam z przodu też jakoś było nietęgo. I jak byśmy się zmówili, w jednym czasie zatęskniliśmy za nieobecnym. Julek zapytał: Ksyys? Ja sięgnęłam po telefon, a Radek przyklepał: brakuje synka. Przeprowadziliśmy telefoniczną konferencję, którą od połowy zaczął zagłuszać Julek głośnym śpiewaniem. Gdy się nagadał z Krzysiem (głównie w swoim narzeczu i nie że od razu pół godziny, to było raczej pół minuty), nie bardzo mu odpowiadało, że kontynuuję tę gadkę. Zazdrośnik jeden, Król Julian Sam w Domu, choć przecież tęskni za bratem, to jednak odczuwa profity związane ze skupieniem tylko na sobie uwagi. ;)
Szczególny i pod tym względem, że ujrzałam Julka w relacji koleżeńskiej. W pełnej komitywie z Małgosią bawił się, brykał, puszczał bańki, nawet zagrał w piłkę. Ba! Szedł dzielnie, bez zająknięcia na spacer niemały, na końcu którego był plac zabaw (udało nam się wpasować w okno pogodowe bez deszczu, choć ten straszył niemało ciężkimi chmurami). Zrozumiałam. To już w pełni ukształtowany mały chłopiec, który lubi zabawę z dziećmi, który wchodzi z nimi w relacje, interakcje, chłonie wspólne działanie, potrafi je inicjować. Na co dzień brak tego. W przedszkolu tak. W domu jest Krzyś. Przydałby się kumpel. Najlepiej z tej samej bajki. Bo taki niezespołowy, nieprzyzwyczajony do Julka może po krótkiej zabawie przybiec i zapytać mnie: - A w jakim języku mówi ten chłopiec? I pobiec dalej w poszukiwaniu kogoś, co gada w tym samym języku.
Małgosia cierpliwie słuchała Julka. Rozumiała go. Bawiła się z nim. Cieszyła jego towarzystwem. Nie narzekała na nieznane narzecze. Sama przecież zna ten język. Charakterystyczny, zespołowy, niewyraźny. 
Szczególny był ten wyjazd również z powodu okazji. Małgosia skończyła 12 lat. Swiętowaliśmy z nią urodziny, gromko śpiewając sto lat, ciesząc się jej radością. Czystą, szczerą, prawdziwą. :)










piątek, 13 lipca 2018

Park w Dechę

Jedną z atrakcji w Bielsku – ulubionych nie tylko przeze mnie – był drewniany plac zabaw, czyli Park w Dechę.
Obowiązkowo odwiedzany przez Krzysia podczas jego pobytów u babci Krysi. Jakieś dwa lata temu byłam tu również z Julkiem, ale nie było wtedy goryla, czyli wysokiej zjeżdżalni o dwóch alternatywnych wylotach zjazdowych. Z jednej strony rura, z drugiej pofałdowana zjeżdżalnia. Z obu zjeżdża się na specjalnych dywanikach, które wiszą w drewnianym boksie. Na górę (a jest kilka poziomów do wejścia) wnosi się je jako plecak, potem robi się z tego coś w rodzaju sanek.
Julek preferował rurę, Krzyś pofałdowany zjazd.
Miejscem, które na długo pochłonęło moich chłopaków, było koło wodne, które wprawia w ruch rzeczkę. Ta płynie dwoma korytami. Na każdym jest mnóstwo przeszkód, które można samemu obsługiwać. W miejscu, gdzie zbiera się woda, pływają małe łódeczki z tworzywa, które dzieci zabierają, puszczają, śledzą bieg, pomagają przepłynąć w trudnych miejscach. Świetna zabawa!  Szczególnie w ciepły, upalny dzień. :)
Jest podniebny tor przeszkód, z którego Krzyś już nieco wyrasta, za to Julek chętnie łazi, przy czym, za pierwszym razem miał pewne obawy, a na ostatnim odcinku to w ogóle się zatrzymał i nie chciał, jak Bianka na tyrolce. Krzyś wszedł miękko w rolę przewodnika i udało się.
Jest stanowisko do gry w piłkarzyki (wszystko drewniane) i stanowisko do łowienia ryb (drewnianych). Tu Julek wykazał się sprytem, a nie zręcznością. I zamiast tradycyjnie łowić ryby na wędkę, nakładał je bezpośrednio na haczyk. I tyle było z terapii ręki. ;)
Jest też karuzela łańcuchowa włączana o pełnych godzinach dla dzieci o wzroście powyżej 120 cm. Julek, choć kryterium wzrostowe spełniał, z karuzeli nie skorzystał ( co zostało okupione wielkim płaczem, złością i odmową dalszej współpracy), bo po pierwsze za szczupły jest w stosunku do krzesełek (bałabym się, że bokiem wyślizgnie się i spadnie, mimo że siła dośrodkowa „docisnęłaby” go w krzesełku) i po drugie przybyliśmy w momencie, gdy cykl karuzeli dobiegał końca. Trzeba było czekać dwadzieścia minut do pełnej godziny.  Awanturę, którą wyprawił Julek, pominę milczeniem. Im starszy, tym trudniej mu odmówić sobie przyjemności – to tak, jakby wzrosła świadomość straty tego, co lubi i wie, że sprawia mu frajdę. Czeka nas długa praca nad nową jakością nieakceptowalnych zachowań Julka.
Jest megakrokodyl z mnóstwem niespodzianek w środku (tym razem chłopaki mniej z uroków tego miejsca korzystali) i dmuchaniec do skakania (chyba jedyna rzecz w tym miejscu niedrewniana).

Koszt wejściówki – 26 zł za dziecko. Osoby niepełnosprawne wchodzą bezpłatnie (Julek skorzystał z tego przywileju), opiekunowie za 5 zł, chyba że opiekun ma więcej jak 60 lat, wtedy nie płaci wcale.















czwartek, 12 lipca 2018

Bielsko-Biała

Wakacje.
Wakacje charakteryzują się tym, że jedno dziecko ubyło. Wyjechało ochoczo do Bielska. Tradycyjnie, jak co roku. Tym razem odtransportowane zostało w asyście młodszego dziecka, które przez tydzień intensywnie współuczestniczyło w atrakcjach serwowanych przez babcię Krysię.
Było więc kino, spotkanie ze znajomymi i eksplorowanie bulwarów straceńskich (przy okazji mojej cierpliwości, bo nadmiar bodźców i przyjemności unieważnił wszelkie umowy, miał za nic wypracowywane normy społecznego zachowania, mnie wytrącił z równowagi - pacyfikacja przyszła z trudem, dumna z siebie nie byłam, błędów popełniłam o jeden za dużo).
Był obowiązkowo basen w Cygańskim Lesie. Zjeżdżalnie opanowane do perfekcji. Moje wypracowane fryzury i makijaże (nie że z podkładem - letnie, bardzo letnie, żeby ludzi nie straszyć) zagarnęły, zmięły, zmyły i zmoczyły pluski i plaśnięcia wodne. Rozpęd był słuszny, wyskok niemały i Julek wrzeszczący: jeszczeee!!!!!!!. Cóż było robić - zjeżdżać! :) Bez mojej asysty nie mógł sam. Zakwasy z pewnością byłyby większe, gdyby nie nogi przyzwyczajone do przejażdżek rowerowych z Julkiem na tyle i do biegania niewyczynowego, ostatnio mniej systematycznego. To wspinanie się na wieżę do zjazdów przełożyłoby się na jakieś dwa pałace kultury. ;)
Były mecze na osiedlowym boisku. I odkrycie przez Krzysia nowej pasji. Deskorolki. Zasuwa teraz babci po zakupy do sklepu.
Były pyszne obiady, oddech od codzienności, wiele razem, wspólnie oglądane mecze (Belgia:Japonia i Anglia:Kolumbia obejrzałam całe. Chętnie obejrzałam całe!), partyjki w Uno Junior (przy okazji kapitalna powtórka kolorów i nazw zwierząt - Julek podstawy gry opanował). Był w wigilię urodzin Krzysia tort. I gromkie sto lat. Bez babci Krysi nic by nie było!! I wsparcia logistycznego dziadka Ludwika.
To był prawdziwie udany czas!
Dla Krzysia nadal jest. Do domu wraca pod koniec lipca.