wtorek, 4 września 2018

Przedszkole ostatni rok

Wprawdzie Julek do przedszkola chodził w wakacje z małymi przerwami, ale wczoraj rozpoczął się rok szkolny. Nowe zajęcia, nowe wyzwania, nowe obowiązki. Harmonogram dnia dobrze zagospodarowany. Julek świetnie zaopiekowany. Niewiarygodne, ale to szósty rok w przedszkolu, a piąty w Wyliczance. I zarazem ostatni w jego, nieco wydłużonej (wszystko zgodnie z dopuszczalnymi limitami) karierze przedszkolnej.
O tym, że już się martwię tym, co będzie za rok, nie będę dzisiaj pisać.
Bardziej chcę pokazać, dlaczego tak żal nam będzie opuszczać to miejsce, mimo że to naturalna przecież kolej rzeczy.

Autorem prezentowanych poniżej zdjęć jest Emilia Domańska, mama Rozalki, koleżanki Julka z przedszkola. Wszystko działo się wczoraj. :)

zdj. Emilia Domańska
zdj. Emilia Domańska 
zdj. Emilia Domańska 
zdj. Emilia Domańska 
zdj. Emilia Domańska 

Julek jest zwyczajnie w tym miejscu szczęśliwy, lubiany, akceptowany. Tutaj się uczy, poznaje, doświadcza. Rozwija się.

Drugie dno (2)

Z serii drugie dno.
Julek zakłada trampki. Szybko, bylej-jak, Ksyys czekaj!. Krzywo zapina, niewygodnie mu.
- Mama! - zgłasza reklamację wskazując na założony but.
- Wyjmij język. Po prostu. - mówię.
Język wyjęty. Osobisty. Julka.

:)

niedziela, 26 sierpnia 2018

Wrocław start

Drugi przystanek to Wrocław.
Tu spędziliśmy bez mała trzy dni. Znalazłam miejscówkę w dobrej lokalizacji (na ul. Haukego-Bosaka). Była to świetna baza wypadowa. A przy tym obok boisko do gry w piłkę i plac zabaw. O tym jednak dowiedzieliśmy się na miejscu, naocznie. Taki bonusik. ;)
Zwiedzanie rozpoczęliśmy od Ostrowa Tumskiego (najstarszej części Wrocławia). Podjechaliśmy kilka przystanków tramwajem nr 10 (do którego też mieliśmy nieduży spacer). Było późne popołudnie i za nami już spory spacer zapoznawczy z miastem (a tak właściwie to po klucze do mieszkania). Na szczęście tego dnia pogoda sprzyjała. Nie było powalającego upału. Lekki wiatr, chmury, ciepło.
Obejrzeliśmy Katedrę Jana Chrzciciela, przespacerowaliśmy się po Moście Tumskim.
Julek zapoznał starszego pana woźnicę, który zaprosił naszego syna do swojego powozu. Gdy Julek wygodnie siedział, Radek słuchał historii życia owego woźnicy, a ja z Krzysiem biegałam wokoło szukając kasnala gazownika. Okazało się, że pan czeka na znak, żeby podjechać na most, na którym młody mężczyzna miał oświadczać się swej wybrance serca. Przyszły pan młody wszystko dokładnie zaaranżował. Na moście stał posłaniec z przeogromnym bukietem czerwonych róż. Też czekał na znak.
Potem, gdy wędrowaliśmy uliczkami Starego Miasta (odwiedzając m.in. piękny dziedziniec Ossolineum), widzieliśmy ową parę wiezioną przez naszego woźnicę. Ona na kolanach trzymała bukiet róż, on na patyku filmował ich oboje. Taka historia.
Końcówka spaceru to było już powłóczenie nogami i gdyby nie lody, które uratowały finisz spaceru, nie wiem, jak dotarlibyśmy do domu. Choć przyznam, że ja pozostałam w niedosycie.
Dzień pierwszy minął. Na drugi zaplanowane było ZOO i Julek o tym już wiedział. :)









sobota, 25 sierpnia 2018

Łódź

Łódź była pierwszym przystankiem w naszej drodze na Dolny Sląsk.
Bardzo osobistym. Dla mnie.
Bo Łódź to moje miasto rodzinne. Ostatni raz odwiedziłam je nosząc Krzysia w sobie. Był wielkości ziarenka maku, a ja jeszcze nie wiedziałam, że niebawem zostanę mamą. Magiczny czas. 2007 rok.
Potem małe dzieci, inne sprawy, ciągłe postanowienie, że pojadę, odwiedzę. Najtrudniej jest zawsze w okolicach Wszystkich Swiętych.
Dlatego nasze spotkanie z Łodzią rozpoczęliśmy od Starego Cmentarza na Ogrodowej. Szłam alejkami, które znałam na pamięć. A jednak minęłam grób babci i dziadka. Drzewo, przy którym spoczęli, jakiś czas temu wycięto. Zgubiłam się. Za to Krzysiek czujny i bystry znalazł ich. Swoich pradziadków.
Z Ogrodowej pojechaliśmy do Manufaktury, gdzie zaparkowaliśmy auto. Potem na przystanek tramwajowy Zachodnia Manufaktura i linią tramwajową nr 11 ruszyliśmy do przystanku Piotrkowska Centrum. Stąd zaczęła się nasza wycieczka. Lody, "interaktywne" pomniki, kawa, witryny sklepowe, wreszcie kamienica, w której mieszkała kiedyś babcia. Sentyment, wspomnienia tak jak Jej podwórko - bez zmian. :)
Chłopaki tak byli zmotywowani i zaciekawieni, że na nogach doszliśmy do zaparkowanego auta. Kupione bilety tramwajowe na drogę powrotną oddałam swojej siostrze stryjecznej. :)









wtorek, 21 sierpnia 2018

Śnieżka

W zasadzie powinnam budować napięcie rozdziałami "Łódź", "Wrocław - pierwsze spotkanie", "Wrocław - ZOO", "Wrocław - ostatni dzień", "Karpacz - droga Bronka Czecha i co z tego wynikło", "Karpacz - zapora Łomnicy", "Lubomierz i Jelenia Góra". Złamię zasadę. Uderzę z grubej rury. Śnieżka. 1609 m n.p.m. Dla jednych niewysoka góra. Dla innych najwyższy szczyt Kakonoszy. Dla nas nasz mały mount everest. A jego bohaterem jest Julek. I Krzysiek (choć ten bohater łatwiejszy jest już do zmotywowania, bo idzie przekabacić go na wyzwanie sportowe).
Śnieżka zdobyta. To w wielkim skrócie.
Teraz rozwinięcie.
Podeszliśmy Julka taktycznie. Żeby chłopaka nie zniechęcić, wjechaliśmy na Kopę kolejką linową (1300 m n.p.m.). Stąd czarnym szlakiem doszliśmy do Domu Śląskiego. Julek szedł chętnie. Tu widać było już jak na dłoni dwa szlaki wiodące na szczyt. Łagodniejszy, ale dłuższy i drugi - stromy, zygzakowaty, ale krótszy. Warunki pogodowe idealne. Słonecznie, sucho, z lekka wietrznie. Ruszyliśmy krótszym, wiedząc już, że gorzej Julkowi się schodzi (czyt. rozdział "Karpacz - droga Bronka Czecha", a! nie było, napiszę, jutro, potem, na pewno). Julek wiedział dokąd idzie, bo widział szczyt, czy raczej charakterystyczny budynek instytutu meteorologii. Ale tak zdeterminowanego go jeszcze nie widziałam. Był fantastyczny. Szedł równo, nie zatrzymując się. Raz na podziwianie widoków i krótki odpoczynek. Potem musiałam go trzymać za rękę, bo robiło się wąsko i stromo. Ale szedł. Ja opowiadałam, o tym, co będziemy robić jutro (w planach był basen), i o tym, co będzie robił po powrocie do domu (wymieniał gry Fifę, Halka, auta) i tak w kółko. A gdy pytałam, czy chce odpocząć, mówił "nie odpocząć" w sposób zrozumiały tylko dla mnie. Po pół godzinie byliśmy na szczycie. Sporo ludzi, fantastyczne widoki i wspaniała satysfakcja.
A potem zaczęło się zejście. Długie, mozolne, chwilami nudnawe, z małymi, przelotnymi kryzysami, odpoczynkiem i colą w Strzesze Akademickiej, głaskaniem napotkanych psów na szlaku (Julek coraz częściej pyta, czy może pogłaskać, zanim przystąpi do głaskania), zaczepianiem ludzi (był pewien odcinek drogi, w której Julek podczepił się pod miłe panie i szedł z nimi równo, a my sobie gadaliśmy), pięknymi widokami, ciszą w uszach i uśmiechem w sobie. Owszem, zdarzyły się odcinki, kiedy niosłam Julka na plecach. Dla wzmocnienia, relaksu (jego, nie mojego), przyspieszenia. Wędrówka trwała łącznie siedem godzin (licząc od wejścia na wyciąg - wjazd zajął niecałe 10 minut). Julek dał radę! Krzysiek dał radę! Nasze nogi dały radę. Byłam dumna z chłopaków. :)

Kopa


w drodze do Domu Śląskiego



w drodze na Śnieżkę





Śnieżka


Droga Jubileuszowa (zejście ze Śnieżki)

Tam jeszcze przed chwilą byliśmy, teraz wracamy

Wracamy i wracamy (Równia pod Śnieżką)



Strzecha Akademicka (przerwa techniczna na colę i idziemy dalej)


wreszcie Mały Staw i Samotnia (cudne miejsce!)



obeszliśmy Mały Staw i dalej w drogę (Julek był nieco rozczarowany, że nie może się kapać)



ciut zmęczeni, większość drogi za nami

Krzysiek gdzie mógł, to wchodził na skały 

ostatni przystanek na bułkę

czwartek, 9 sierpnia 2018

Drugie dno

Umiejętność wychwycenia podwójnego, nierzadko metaforycznego znaczenia niektórych wyrazów jest umiejętnością językową na poziomie zaawansowanym. Umówmy się - Julek nadal tkwi na podstawowym. To z kolei bywa przyczyną zabawnych minidialogów.

Wracamy z przedszkola. Julek popija sok, który przez wzgląd na upały serwuję chłopakowi nie tylko w sobotę. Po drodze jakieś roboty. Ruch wahadłowy. Stoimy.
- Korek. - stwierdzam.
- Mam. - odpowiada Julek. I podaje mi odkręcony korek z butelki od soku.

Znów przedszkole. W drodze do zaszwankował układ wydechowy w aucie, które zachowuje się jak karykatura motoru. Hałasuje, gdy jadę, szczególnie, jak dodaję gazu. Julek w foteliku, pas zapięty, włączam silnik. Buuuu..... - słychać.
- Mama! - natychmiast reaguje Julek, który z łatwością wyłapuje odstępstwa od utartych schematów.
- Pierdzi. - informuję.
- Mama, kupa?
- Nie, auto. Auto pierdzi.
Mając na uwadze pierwsze zdanie tego postu nie odpowiadam "Kupa. Kupa złomu". Choć lepiej tego nie mogłabym ująć.

wtorek, 31 lipca 2018

Bulwary wiślane

Jest Krzysiek.
Przyjechał w piątek w asyście babci Krysi. Fajnie mieć znowu starszego syna obok. Na chwilę. W sobotę znowu wyjeżdża. Teraz na obóz piłkarski ze swoim klubem.
Ciesząc się synem i Mamą zabrałam w sobotę całe towarzystwo (obowiązkowo z Julkiem) na lewy brzeg Wisły w Warszawie, który ledwie kilka dni temu wreszcie przespacerowałam ze znajomymi bulwarami wiślanymi. Z góry wiadomo było, że Julek na pokładzie uniemożliwi nam spacer długi i wzdłuż. Zaplanowałam więc wycieczkę eskaemką do Stadionu Narodowego, skąd jeden przystanek metrem dojechaliśmy do przystanku Centrum Kopernika. Tu zaczęła się nasza przygoda.
W zasadzie to nieco wcześniej, gdy eskaemka stanęła w szczerym polu na pół godziny z powodu awarii trakcji, Julkowi zachciało się siusiu, na Narodowym goniliśmy toaletę, a zaraz potem Julka na schodach ruchomych. Doskonała kość niezgody i przyczynek awantury, w której wyraz <jeszcze> dominował. Julek niestety wszedł w okres, gdy to, co fajne, musi być od ręki i najlepiej kilka razy. Na nic tłumaczenia, że za chwilę znowu i potem z powrotem. Nieczuły jest na takie argumenty. Trudne to chwile dla wszystkich. Jesteśmy w miejscu publicznym.
Spacer przekupiłam lodami.
Przy czym, żeby nie trwał za krótko, ustaliłam, że będą trzy gałki, po jednej w każdym napotkanym punkcie z lodami. Na szczęście po drodze znalazły się trampoliny, piasek i Julinek z rozłożonymi sportowymi atrakcjami do ćwiczenia równowagi i refleksu. Spacer nie był koszmarem.
W drodze powrotnej namierzyłam podziemia Centrum Kopernika, czyli coś w rodzaju bunkra, w którym przy pustych stołach czekali młodzi naukowcy. Uczyli, jak z patyczków po lodach i gumek zrobić katapultę. Krzysiek wsiąkł. A Julek, dla którego za trudne byłoby to zadanie, dostał gotową wagę (z plastikowych kubeczków, drewnianych patyczków), którą mógł do woli testować wsypując przygotowane ziarna kukurydzy, fasoli, kaszy gryczanej. A nawet mógł sam robić odważniki z plasteliny. Wsiąkł w zabawę. Wyciszył się. Poznawał prawa fizyki. Pan Paweł zajął się Julkiem wspaniale. Zabrał na zewnątrz po kamyki do wagi, a potem dał mu już gotową katapultę, którą wystrzeliwaliśmy fasolę na chodnik. Ponieważ trudno było Julkowi strzelać z patyczka, Pan Paweł Otwarta Głowa Kreatywna Bardzo szybko dokleił na plastelinę korek po swojej maślance i zrobił wygodny koszyczek na fasolkowe naboje. Czterdzieści minut nie było dzieci. Skupienie, koncentracja, nauka przez zabawę. Chciałabym tam wrócić. :)
Zziajani, zmęczeni, mokrzy wróciliśmy do domu. To wtedy upały zaczęły przejmować dowodzenie nad światem. Tacy umordowani mniej niecierpliwie czekaliśmy na gości, którzy do nas jechali. :)