czwartek, 4 stycznia 2018

Kardiolog

Z Julkiem nic nie jest oczywiste, niczego nie można być pewnym, trzeba być otwartym, elastycznym, czyli zwartym i gotowym na nieoczekiwaną zmianę, w tył zwrot, odmówienie współpracy.
Dziś nic takiego się nie zadziało.
Syn mój - to też obserwuję z uczuciem ulgi - potrafi się wspaniale zmobilizować i być przykładem dobrego zachowania (naprawdę dziś słyszałam, jak jedna mama mówiła do kilkuletniej córeczki, czy nie może zachowywać się spokojnie jak chłopiec obok i tu wskazanie na Julka). Trzymam się jednak żelaznej zasady (dawno przetestowanej na małym Krzysiu), że uprzedzam - w krótkich żołnierskich słowach, bez nadmiaru przymiotników i innych abstrakcyjnych dla Julka ozdobników - gdzie i po co jedziemy, kto i co będzie robić. Dotoch (doktor) dobrze kojarzy się Julkowi.
Najpierw konkretna kolejka do rejestracji. Ostatnia wizyta ponad dwa lata temu, więc trzeba było swoje odstać, pokazać skierowanie, zostać odnotowanym. Szpital z Litewskiej przeniesiono do nowego budynku na Żwirki i Wigury, więc nowoczesność nas zagarnęła. Akwarium z rybami jednak zostało.
Stanęłam w kolejce, Julek chce do rybek.
Pozwoliłam na małą samodzielność synowi. Poszedł sam, a ja nie spuszczałam go z oka. Postał, pooglądał, wrócił.
Potem powędrował nieco dalej do interaktywnej tablicy. Dotykał, przesuwał, obejrzał się przez ramię wołając: mama, zarejestrował moje machnięcie ręką, znów palcem przerzucał wirtualne obrazy, wrócił nasycony rozrywką i stał cierpliwie ze mną do końca (to wtedy ta mama o Julku do córki).
Przed gabinetem troje pacjentów (tylko). Weszliśmy po dwudziestu minutach, które Julek spędził na konsumowaniu bułki, obserwacji terenu z moich kolan, oswajaniu miejsca. Zanim zdążył się przyzwyczaić, weszliśmy do lekarza. I znów miła niespodzianka. Nie dość, że lekarz, który nas kojarzył z ostatniego pobyt w szpitalu, to w gabinecie echokardiograf. Nie trzeba ze skierowaniem wędrować do gabinetu zabiegowego, tam znowu czekać w kolejce. Badanie na miejscu. Od ręki.
Najistotniejsze dla Julka, czy boli.
No nie. Nie boli.
Trochę certolenia, jęczenia, do chwili, gdy lekarz dotknął głowicą klatki Julka. Ten stwierdził, że gili-gili i dał się badać bez problemu.
Potem ekg. W pokoju obok. Bez czekania. Sprawnie.
Powrót do lekarza. Skierowanie na oddział dzienny w przyszłym roku. Zaświadczenie, że nie ma przeciwwskazań do zabiegu laryngologicznego (czeka nas drenaż uszu).
Serce Julka jest nadal w dobrej kondycji. Przecieków brak. Niedomykalność zastawki na niezmiennym poziomie. Wracałam do domu na skrzydłach.
Na deser były lody.
Bardzo zasłużone. :)

4 komentarze:

  1. Oj jak dobrze czytać takie dobre wieści! Oby tak dalej! Zdrowy, grzeczny,samodzielny-pełnia szczęścia !😊 Pozdrawiamy! Iv

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nawet jak ta pełnia trwa chwilę, to fajnie tak mieć grzeczne dziecko. Dziś u optyka (awaria okularów Krzysia) było odwrotnie. Ale byli we dwóch. No i na szczęście nikogo nie było, a pani optyczka (młoda mama też dwójki łobuzów) pełna była wyrozumienia. :)

      Usuń
  2. Błogosławię wyrozumiałość ludzką, bo mam podobnie z moim "aniołkiem". Nie znam dnia ani godziny, kiedy wykręci mi jakiś numer z miną niewiniątka i tak już chyba zostanie...:]

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Oj tak! łatwiej znosić różne numery dziecka pod obstrzałem życzliwych i uśmiechniętych spojrzeń. Nie każdego jednak stać na wyrozumiałość. I temu też trzeba stawiać czoło. Bywa różnie. :)

      Usuń