Trzeci rok z rzędu udało nam się spotkanie integracyjne. Klasa Julka, rodzice i wychowawczyni. W tym roku spotkanie było jednodniowe. Ale co to był za dzień!
Spotkaliśmy się o 9:30 w Pomiechówku pod Warszawą przy wejściu do Parku Dolina Wkry O 10:00 wyruszyliśmy na spacer wśród koron drzew.
Wędrowanie nie na tak bardzo dużych wysokościach, nierzadko po lekko chyboczących się platformach okazało się niezwykle ekscytujące dla dzieci. Był cień, był lekki wiatr, ptaki śpiewały, idealne miejsce na rozpoczynający się upał.
Potem był ogród z gigantycznymi owadami i przedpotopową, nie do końca łatwą w obsłudze karuzelą.
Wieża widokowa nie oszołomiła mnie. Dłuższą chwilę młodzież zabawiła przy strumykach, tamach i wodnych konstrukcjach. Była zabawa.
Za to w środku parku natknęliśmy się nie tylko na swobodnie stojące jelonki,
ale i sklepik, w którym można było kupić lody.
Nie śpieszyliśmy się wedrując po parku z atrakcjami. Na 13:00 mieliśmy zarezerwowane kajaki. Autobus miał wywieźć nas w górę rzeki, skąd zaczynała się nasza rzeczna przygoda.
Wreszcie nadszedł ten moment. Wyposażeni w kapoki, identyfikatory i właściwe ubrania ruszyliśmy do Borkowa. Wybraliśmy trasę dla początkujących. 16 km długa, przewidziany czas spływu 4 godziny. W połowie trasy mieliśmy zarezerowane stoliki w przybrzeżnym barze Koza, słynącym z chłodnika, lemoniady i dobrze grillowanych mięs.
Podróż autobusem trwała niecałe pół godziny. Na miejscu sprawnie ogarnęliśmy kajaki i zaczęliśmy nasz spływ.
Wkra jest szeroka, leniwa i nie bardzo głęboka. Były miejsca, gdzie woda sięgała kolan. Idealna rzeka dla nas - niewprawionych wioślarzy.
W sumie płynęliśmy w osiem kajaków. Każdy w swoim tempie. Spotykaliśmy się na rzece, podpływaliśmy do siebie, czasem trochę ścigaliśmy, Julek nawoływał wszystkich po imieniu. Imiona rodziców kolegów zna już w zasadzie na pamięć. Przerwa na posiłek po dwóch godzinach wiosłowania okazała się strzałem w dziesiątkę. Stanąć na nogach po bezruchu dolnej części ciała w kajaku - bezcenne. Smaczne jedzenie, swobodne pogaduchy - bardzo przyjemnie. Julek siedział z kumplami przy jednym stoliku. Rodzice przy drugim. To fajny czas, gdy masz na pokładzie nastolatka, który sam się obsłuży przy jedzeniu, cieszy z obecności kumpli i nie potrzebuje uwagi rodziców.
Druga część spływu była jeszcze przyjemniejsza. Słońce zniżyło się. Zaczęła się tą część popołudnia, która nieśpiesznie zamienia się w ciepły, letni wieczór. My już rozgrzani wiosłowaniem. Na rzece mniej kajaków.

















Brak komentarzy:
Prześlij komentarz