![]() |
| zdj. Radek Zawadzki |
![]() |
| zdj. Radek Zawadzki |
Ładny, zgrabny, miły. Uśmiech pełen wdzięku. Twardy negocjator. Lubi postawić na swoim i wszystkich na baczność. Dynamiczny, z poczuciem humoru i buntem na wynos. A, ma zespół Downa. Ciągle o tym zapominam. Serio. Tylko jego rozwój i ciekawskie spojrzenia przypominają czasem, że ma. Przed państwem - Julek, młodszy brat Krzysia. Obaj to moi synowi. Dumna z nich ja!
Dziś, choć o blogu Julka, to w ogóle nie o nim. Jednak pozwolę sobie na odrobinę prywaty.
Dwa lata temu skontaktowała się ze mną Agnieszka Kaczmarska kuratorka wystawy "Co pamięta "Milusin"?", którą zwiedziliśmy w 2013 r. Napisałam wtedy krótką relację na blogu. Pani trafiła na ten wpis. Wpis jej się spodobał. Spodobał na tyle, że chciała go wykorzystać, łącznie z wybranymi zdjęciami, w powstającym właśnie katalogu muzeum Józefa Piłsudskiego. Zgodziłam się. Zapomniałam.
Potem był jeszcze kontakt. Krótki, z wymianą jednego, może dwóch detali. Znów zapomniałam. Świat i życie pogalopowało.
Wczoraj odbieram z poczty przesyłkę. W główce nadawcy pieczątka Muzeum Józefa Piłsudskiego w Sulejówku. Wyjmuję książkę. W niczym nie przypomina prospektu, który wyobrażałam sobie, korespondując z kuratorką. W moje ręce trafia całkiem poważna publikacja, prezentująca historię miejsca, gospodarzy domu, dworek "Milusin". Pięknie wydana, dobrze poprowadzona, ze zdjęciami uzupełniającymi tekst. Ponad czterysta stron historii. Na 245 znajduję fragment swojego wpisu. Jestem ułamkiem całości. Robi to na mnie wrażenie. Całkiem niemałe.
Troca de cordas, czyli zmiana sznurów miała miejsce w sobotę. To prawdziwa fiesta capoeiry. Wszyscy od początkujących, przez zaawansowanych do instruktorów, mali i duzi, dzieci, młodzież i dorośli w jednym kręgu (roda). Grupa capoeiristów wygrywa instrumentami rytmiczną melodię, jeden z nich śpiewa, stojący w kręgu zaczynają klaskać klap-klap-klaap, klap-klap-klaap, klap-klap-klaap. Impreza rozkręca się.
Zmiana sznurów zaczyna się od najstarszych stażem. To w tej części można obejrzeć prawdziwy pokaz umiejętności, techniki, akrobacji, miękkości i dynamiki. Można zobaczyć, że capoeira to prawdzwia sztuka walki, która może zwieźć sewencją kocich ruchów, przypominajacych taniec. Gry z udziałem doświadczonych capoeiristów robią wrażenie. Zaproszeni goście nie mieli sobie równych.
Wreszcie przyszedł czas na młodszych. W tym roku Julek dostał pas fioletowo-biały. Fiolet na górze, biały na dole sznura.
W środę zaczął się coroczny festiwal capoeiry w Warszawie organizowany przez Capoeira FICAG Polska. Happy Capoeira prowadzona przez Marcina Oraszka jest częścią tej społeczności.
Warsztaty rozpoczęły się w środę. Wczoraj Julek wziął udział w treningu, prowadzonym przez gościa festiwalu Maestrando Chocolate z grupy Escola Da Capoeiragem Polonia. Najpierw jednak była rozgrzewka, w której wzięli udział wszyscy uczestnicy wydarzenia - dorośli i dzieci, średniozaawansowani, trenerzy i zupełnie początkujący. Każdy ćwiczył tak jak potrafił - najlepiej.
Po rozgrzewce stworzono cztery grupy: dzieci, średniozaawansowanych, trenerów i naszych dzieciaków, z Happy Capoeira. Julek miał za partnera Antka. Ćwiczenia były różne, każde wymagało ruchu i zaangażowania. Niektóre ćwiczenia wychodziły naszemu duetowi lepiej, niektóre gorzej, a niektóre wcale, za to wzbudzały w młodych adeptach - salwy śmiechu. Praca, zabawa, aktywność, zmęczenie. Tego zabrakło w drodze do domu. Julek naładowany uwolnionymi endorfinami śpiewał prosto z serducha cały repertuar odpalonej w aucie "Vayany". Dobrze, że trening był w naszych okolicach i droga zajęła nam kilkanaście minut, bo albo Julek straciłby głos albo ja bym ogłuchła.
Julek lubi capoeirę, która łączy stosunkowo proste, płynne sekwencje ruchów rąk i nóg z muzyką - rytmiczną i energetyczną. Dzisiaj drugi trening.
Na zakończenie zajęć z piłki nożnej Julek dostał medal. Nie rozstaje się z nim. Pokazał tacie, Kilce, babci, dziadkowi i Krzyśkowi. Poszedł spać z medalem. Od rana miał go na szyi. Zabrał do szkoły. W busie pokazał pani Joli i panu Leszkowi. Wcześniej martwił się, że księżniczka (koleżanka, obok której siedzi w busie) mu zabierze.
- To zostaw w domu. - proponuję.
- Nie. - szybko decyduje Julek. - Dam raadę.
I pojechał dumnie prężąc pierś z medalem.
Co roku na zakończenie zajęć z piłki nożnej (to było trzecie w Julka karierze piłkarskiej) dzieci dostają od pana Adama, prowadzącego zajęcia, medal za udział w treningach.
Po raz pierwszy, dopiero w tym roku Julek dostrzegł nagrodę i z taką radością obnosił się z nią.
Tradycyjnie jak co roku szkoła Julka zorganizowała przedstawienie z okazji Dnia Rodziny i zaprosiła nas do Akademii Pana Kleksa. Przednia sprawa.
Jesteśmy z Julkiem fanami tej bajki. Piosenki wspólnie śpiewamy, a nową adaptację Kleksa Julek obejrzał w kinie dwa razy. Teraz film wałkuje na Netfliksie. W nowej wersji wprawdzie starych piosenek jak na lekarstwo, ale przecież nie o to chodzi, żeby tworząc nowe kopiować stare. Nowa wersja ma swój urok i garstkę udanej piosenki.
Wracając do piątku. Wzięłam urlop. Pojechałam do szkoły z Radkiem. Słoneczny, majowy dzień. Przebój za przebojem wytańczony w różnych układach, z różnym dynamizmem (wilki w rockmańskiej odsłonie wymiatały). I mój Julek w dwóch układach tanecznych - raz do Meluzyny, raz - do piosenki mi nieznanej. Tańczył z Oliwką i tańczył z Julką. Mój coraz dojrzalszy, przystojny Julek. Dumni byliśmy z chłopaka. Pomiędzy kolejnymi odsłonami rozprowadzano wśród widowni towar deficytowy - piegi. Powoli i my stawaliśmy się uczniami profesora Kleksa.
A po przedstawieniu piknik rodzinny na zielonym, szkolnym podwórku. Grochówka, ciasta, kawa, lemoniada. Czas na luźną, uśmiechniętą pogawędkę. Po wszystkim zabraliśmy Julka do domu. Też miał niecodzienny piątek.
Rozkręcamy się.
W niedzielę wycieczka na lody. Drogą dłuższą. Testujemy nową ścieżkę rowerową. Jakieś trzy kilometry szerokiej, monotonnej, bezpiecznej drogi. Z lewej pola, z prawej pola. Pomiędzy zabudowania. Mijamy rowerzystów, rolkarzy. Jest miejsce na wszystko.
W połowie tej ścieżki Julek narzeka na nogi. Że bolą. Widzi, ile musi jechać. Zdecydowanie lepiej sprawdzają się na każdej wycieczce - pieszej, górskiej czy rowerowej - odcinki krótkie, etapowe. Gdy dłużyzna, której cel daleko na horyzoncie, zaczyna się jęczenie. To pacyfikujemy łykiem wody, zdjęciem bluzy i fotką na potwierdzenie, że jedziemy.