czwartek, 15 maja 2025

Södermalm

Södermalm to dzielnica w południowej części centrum Sztokholmu. Znana m.in. z "Millenium" Stiega Larssona. To tutaj hakerka Lisabeth Salander kupiła apartament i tutaj Mikael Blomkvist mieszkał i pracował. Kiedyś fascynowałam się tą trylogią. Mgliste wspomnienia zostały. Chciałam tu dotrzeć. Do Södermalm przespacerowaliśmy się z Gamla stan, mijając urokliwe nabrzeże. Przysiedliśmy na huśtawce. Z lewej strony rozpościerał się widok zachodniej części dzielnicy.




W Södermalm przeszliśmy się jedną z głównych ulic, szukając jakiejś kawiarni. Bardzo chciało nam się kawy. Wdepnęliśmy przez przypadek do cafe, w którym siedzieli sami Szwedzi, ewidentnie stali bywalcy tego miejsca. Zapach kawy mieszał się z zapachem wina. Rozmowy ucichły, w naszą stronę powędrowały taksujące spojrzenia. Nie pasowaliśmy tutaj. Szybko wycofaliśmy się. Przecznicę dalej była kolejna kawiarnia, też pełna Szwedów, starszych Szwedów. Tutaj wypiliśmy kawę (ja z Radkiem), i czekoladę (Krzysiek z Julkiem). Naładowani energią ruszyliśmy urokliwymi uliczkami w kierunku Mariaberget.



Mariaberget to wzgórze, z którego rozpościera się atrakcyjny widok miasta. Zacna panorama. Warto tutaj wejść.



I choć wiedziałam, że zaledwie musnęliśmy Södermalm, musieliśmy wracać. Byliśmy umówieni z mamą i wujkiem. Eksplorację tego miejsca odkładam na półkę "kiedyś/innym razem".  Z Mariaberget powędrowaliśmy w kierunku stacji metra Slussen. Ulice tutaj wiją się góra-dół. Lubię tak.



niedziela, 11 maja 2025

Sztokholm

Sztokholm jest rozległy, malowniczo położony. Mówią o nim Wenecja Północy. Rzeczywiście dużo mostów, woda, jedna wyspa płynnie przechodzi w kolejną wyspę. Z atrakcji turystycznych zaliczyliśmy Gamla stan (starówkę), uroczystą zmianę warty przy Zamku Królewskim (urodziny króla Karola XVI Gustawa, który dłużej panuje niż ja żyję), Ogród Króla, w którym aleja drzewek wiśni jeszcze nie rozkwitła (podarunek dla króla od cesarza Japonii, wiśnie posadzono pod koniec lat 90.), kilka stacji metra, które przypominają galerię sztuki i kawałek Södermalm. 

Chodziliśmy po stolicy Szwecji w środę i we czwartek. Pierwszego dnia pojechaliśmy tam z wujkiem i moją mamą. Pokręciliśmy się po Gamla stan i rodzeństwo postanowiło wrócić. Nie te siły. Nie ta para w nogach. Stwierdziło. Zostaliśmy sami.



 








Ruszyliśmy przed siebie, bez większego planu. Plan jednak po chwili natknął się na nas. Krzysiek stwierdził, że jest głodny. Julek podchwycił melodię. Dwóch nastolatków matczyne kanapki w plecaku nie zadowolą. Zastrzegłam - tylko nie McDonald. Krzyś z generacji internetowych moli, znalazł miejsce, sprawdził drogę i pokierował nami (muszę przyznać, że dobrą ma orientację w terenie). To była ta część wycieczki, w której opuściliśmy typowo turystyczne centrum. Znaleźliśmy się w wielkomiejskiej przestrzeni ze sklepami, biurami, sporym ruchem ulicznym. Taka Warszawa po szwedzku.

Doszliśmy do K25 - strefy gastronomicznej na Kungsgatan. Wewnątrz były bary z greckim, azjatyckim, tureckim jedzeniem. Fast food w szwedzkim klimacie. Chłopaki zamówili burgery i bagietki z kurczakiem w Mama. Zacne porcje w przyzwoitej cenie. Po posiłku powędrowaliśmy w kierunku Södermalm.

We czwartek - obeznani już z komunikacją - po przedpołudniu w Tyresö z wujkiem i mamą - pojechaliśmy autem do Gullmarsplan, gdzie zostawiliśmy auto na parkingu park&ride i wsiedliśmy do metra. Podziwialiśmy główną stację przesiadkową T-centrallen, która przypominała kopalnię i stację, na której wysiedliśmy - Ogród Króla. 



Park Króla tętni życiem. Pełny był nie tylko turystów, ale i Szwedów. Podziwialiśmy aleję japońskich wiśni. To nie był ich czas kwitnienia. U nas w Polsce wiosna w pełni, w Sztokholmie ledwo rozwinięte liście. Wietrznie, zimno, słońce oszczędnie dzieli się swym ciepłem.




Stąd powędrowaliśmy w kierunku Gamla stan. W miejsce, które widzieliśmy dzień wcześniej. Teren nie był już tak obcy. To ten moment, gdy nieznany teren zaczyna być z lekka oswojony.



W Sztokholmie korzystaliśmy z transportu miejskiego. Działa podobnie jak w Warszawie. Są bilety czasowe, grupowe, dobowe, trzydniowe itd. Trzeba mieć aplikację, żeby kupić bilet. Można ustawić w niej angielski. Obsługa aplikacji jest bardzo prosta. Gdy miałam bilet grupowy musiałam go „kasować” przy wejściu do autobusu (przy kierowcy jest urządzenie, do którego przykładałam kod QR). W metrze podchodziłam do budki z pracownikiem metra, w której jest takie urządzenie. Po „skasowaniu” biletu, otwierało się wejście, przez które wszyscy po kolei wchodziliśmy. Z pojedynczym biletem przechodziłabym tak jak u nas przez bramkę, przykładając bilet do skanera na bramce. Bilety dużo droższe niż w Warszawie. Opcja grupowy na 75 minut kosztował 26 SE (10 zł) ulgowy za osobę i 43 SE (16 zł) normalny - łącznie za naszą czwórkę płaciłam 52 zł. Dobowy kosztował 180 SE (70 zł) normalny i 110 SE (42 zł) ulgowy (w Warszawie odpowiednik kosztuje 26 zł normalny i 13 zł ulgowy). 

Parkowanie w Sztokholmie w każdej części miasta jest płatne. Ba, na osiedlu u wujka jest płatne. W Tyresö są wyznaczone miejsca, na których można zaparkować za darmo, ale tylko przez 3 godziny na dobę. Do parkowania też potrzebne są aplikacje. Najpopularniejsza nie współpracowała z moim telefonem. Krzysiek załadował na swoim. Za trzy godziny parkowania płaciliśmy ok. 12 zł.

środa, 7 maja 2025

Tyresö

Znalazłam domek w Tyresö. To miasto pod Sztokholmem. To również gmina z parkiem narodowym, jeziorami, ścieżkami rowerowymi i miejscami do uprawiania różnych aktywności sportowych. 

Mieszkaliśmy w części miasta o zróżnicowanym ukształtowaniu terenu, zdominowanej przez domki. Takie ze skandynawskiej pocztówki. Drewniane, kolorowe, z dużymi oknami otoczonymi szerokimi białymi framugami. Niecałe cztery kilometry dalej była część miasta o stricte miejskim charakterze - z centrum handlowym, halą sportową, blokami mieszkalnymi. Tutaj mieszka wujek i tutaj zamieszkała moja mama. Miałam okazję obserwować rodzeństwo w relacji. Ostatni żyjący z sześciorga dzieci moich dziadków. 

Zaraz pierwszego dnia, we wtorek zrobiliśmy dłuższy spacer po okolicy naszego domu. Zauroczyła nas miejscówka. Cicho, spokojnie, pięknie.









W ostatni dzień kwietnia Szwedzi obchodzą Noc Walpurgii. Palą ogniska, wokół których gromadzą się lokalne społeczności, śpiewają piosenki, bawią się. To symboliczne pożegnanie zimy. Na ulicach Sztokholmu tego dnia zaobserwowaliśmy grupy młodzieży, które Krzyś ocenił na rok-dwa lata starsze od niego, noszące charakterystyczne białe, studenckie czapki z daszkiem. To również tradycja wpisująca się w obchody powitania wiosny. Białą czapkę po raz pierwszy, właśnie w ten dzień, może założyć uczeń tylko ostatniej klasy gimnazjum (odpowiednik naszego liceum), który w tym roku będzie zdawał maturę i szedł na studia. Dobra okazja do wspólnej zabawy. 
Poszperałam trochę i dowiedziałam się, że szkoła podstawowa w Szwecji trwa 9 lat i jest podzielona na trzy etapy (wczesnoszkolny- klasy 1-3; średni- klasy 4-6 i wyższy 7-9). Obowiązek szkolny zaczyna się w wieku 7 lat. Absolwent podstawówki ma 16 lat. Potem jest trzyletnie gimnazjum (nasze liceum), które młodzież kończy w wieku 19 lat. 

W środę na spacer po naszej okolicy poszliśmy we dwójkę. Tego dnia mijaliśmy wielu Szwedów. Młode rodziny z małymi dziećmi, ludzi w średnim wieku i starszych. Przy jeziorze paliło się ognisko. Wokół stali ludzie w mniejszych i większych grupach. Stali i gadali, śmiali się. Dzieci biegały i tu i tam. Jakiś chłopczyk mocując się z leżącym na ziemi grubym patykiem zagadał coś do nas po szwedzku. Fajnie było przez ułamek sekundy poczuć się częścią tej społeczności.




We czwartek wujek zabrał nas do parku narodowego w Tyresö. Głazy jak wieloryby zachęcały do łażenia po nich, lasy, jezioro, dzieci z wędkami na brzegu, biegacze, rowerzyści. 1 maja  to również święto w Szwecji. Czuć było w powietrzu - pomimo zachmurzenia i chłodu - rozprężenie i relaks. Tę wibrującą radość, że nie ma szkoły, jest luz i zabawa. 





Obok tej cudnej natury jest miasto. Miasto zwyczajne. Z blokami, sklepami, placem zabaw. Nie zachwyciło mnie. Ot, zwyczajne, podobne do tego co u nas.