sobota, 24 stycznia 2026

Wycieczka na Smrek

Znów jesteśmy w Świeradowie-Zdroju. Polubiliśmy to miejsce. Chłopaki śmigają na nartach, a my z Julkiem szwędamy się tu i tam. 

Wczoraj na dzień dobry wjechaliśmy rodzinnie na Stóg Izerski. Chłopaki na stok, a my na szlak. Wiało. Trochę prószył śnieg. Założyliśmy raczki i ruszyliśmy w kierunku Smreku zielonym szlakiem, który łączył się z żółtym i czerwonym. Ten etap wędrówki poszedł gładko i stosunkowo szybko. Z krótką przerwą na gorącą herbatkę na Łączniku.






Na Łączniku szlaki rozwidlały się. Czerwony (Główny Szlak Sudecki) skręcał w kierunku Polany Izerskiej. Żółty z zielonym prowadziły jeszcze kawałek razem do kolejnego skrzyżowania. I to był moment, w którym po raz kolejny przekonałam się, że oznakowania szlaków nie są mocną stroną tych gór. Drogowskaz wskazywał żółty szlak w kierunku Hali Izerskiej (8,4 km) i zielony w kierunku Stogu Izerskiego, skąd właśnie przyszliśmy. Pozostawały jeszcze dwie ścieżki nieoznakowane. NIEOZNAKOWANE (sic!). Któraś z nich powinna prowadzić na szczyt Smrek. Tylko która? A może dwie? Mapa wcale mi nie pomagała. Podeszłam spory kawałek, pozostawiając Julka przy drogowskazie. Na drzewie znalazłam oznakowanie. Zielony szlak. Nasz. Julek dołączył. Wędrowaliśmy dalej. 




Po dwudziestu minutach znaleźliśmy się przy czeskiej granicy, skąd w dół prowadził czerwony szlak do Czerniawy (cel naszej wycieczki). Zero informacji, czy to Smrek. I w sumie to mam nieodparte wrażenie, że coś przeoczyłam. Teoretycznie wiedziałam, że aby dojść do drugiego, czeskiego szczytu Smrk z wieżą widokową, trzeba powędrować jeszcze jakieś 10 minut. Ale ponieważ wszystko było zasnute chmurami i nie było żadnych wskazówek, potwierdzających te informacje, odpuściłam eksplorację terenu. Poza tym czekało nas jeszcze kilkukilometrowe zejście.





Zaczęliśmy żmudne wędrowanie w dół. Monotonne, najpierw wzdłuż zamarzniętego potoku, potem wśród drzew wąską ścieżką. Bez raczków nie dalibyśmy rady. Widziałam, że Julek zaczyna mieć dość. Robiłam krótkie przystanki na porcję żelków, kubek herbatki czy śmieszne selfie. Powoli ale do przodu.






Wreszcie doszliśmy do miejsca, które znałam z ubiegłego roku, kiedy szliśmy do Czerniawskiej Kopy. Stoi tu wiata. Usiedliśmy na chwilę. Wiedziałam, gdzie jesteśmy. Znałam drogę powrotną. Tyle że wędrowanie wtedy w górę wydawało mi się dużo krótsze, niż schodzenie w dół tą samą drogą po siedmiu kilometrach w nogach. Na końcu z podziwem pokiwałam głową, że Julek przeszedł taki kawał w górę. 
W tym roku warunki były trudniejsze. Cienka warstewka lodu przyprószona śniegiem nie ułatwiała człapania nawet w raczkach. To moment, w którym Julek przestaje mnie lubić. Bardzo jest na nie. Taki kryzys muszę zawsze przyjąć na klatę. 




Wreszcie doczłapaliśmy się do parku uzdrowiskowego w Czerniawie-Zdrój, z charakterystycznymi salamandrami.


I tu mnie Julek zaskoczył. Oznajmił, że wie, że rok temu, był. I kot. Rzeczywiście, wędrując do Kopy Czerniawskiej mijaliśmy ten park. Po drodze dołączył do nas kot, który jeszcze długo towarzyszył nam pod górkę. 

Z tego miejsca mieliśmy do naszej miejscówki niecałe dwa kilometry. Podeszliśmy skrótem



do głównej drogi i zadzwoniłam po Radka. Julek poczuł ulgę, bo o wdzięczności nie było mowy.

Kilka refleksji.
Pierwszy raz poczułam się nieswojo w górach. Pusto (przez cztery godziny minęliśmy dwie pary turystów), zimno, surowo. Nieczytelne oznakowanie szlaku odbierało mi poczucie pewności. 
Jeśli chcę zabrać Julka w góry, powinnam znać szlak.
Góry Izerskie mają potencjał, ale szlaki są długie. Wymagają wytrwałości i kondycji. To nie jest liga Julka.
Ale jestem z Julka dumna. Miał prawo czuć się zmęczony schodząc w dół. Miał prawo do złości, którą z moją pomocą pięknie rozpracował. Pokazał hart ducha. Pierwszy raz też podzielił się wspomnieniami. Pamiętał wydarzenia z ubiegłego roku.

2 komentarze: