czwartek, 25 czerwca 2026

Gdańsk

Zanim byliśmy na spływie i jeszcze tydzień wcześniej na igrzyskach sportowych, udało nam się odwiedzić Gdańsk. W pierwszy czerwcowy weekend gościliśmy u naszej rodziny. 

Pretekstem wyjazdu była pożegnalna trasa zespołu Megadeth, którego fanem od wielu lat jest Radek. Dave Mustain grał ze swoją kapelą na mystic festival. Julek został w domu z moją kuzynką, a my wyruszyliśmy na koncertową randkę. I choć nie jestem wielbicielką mocnych brzmień, to bawiłam się świetnie. Muzyka na żywo rządzi się swoimi prawami. Emocje wirują, ludzie jak w transie sieją pozytywną aurę. Jest klimat. I jeszcze te mewy, przelatujące z krzykiem nad nami. 



W piątek przywitał nas deszcz. Zanim jednak zjedliśmy śniadanie i nieśpiesznie ogarnęliśmy poranek, opady zelżały, a gdy dojeżdżaliśmy do centrum miasta w ogóle ustały. 



Planowaliśmy odwiedzić Muzeum Drugiej Wojny, jednak dłuuuga kolejka przed wejściem i krótka rozmowa z pracownikiem ochrony szybko ostudziła nasz zapał. Plany uległy zmianie. Ruszyliśmy przed siebie. Dotarliśmy do zwodzonego mostu. Chwilę czekaliśmy aż będzie można przejść na drugą stronę.




Po drugiej stronie uśmiechnęło się do mnie ogromne koło widokowe. W poprzednim wcieleniu na bank byłam ptakiem, bo uwielbiam przestrzeń i widok z góry. A że dwa lata temu nie byłam na integracyjnej wycieczce z klasą Julka i nie miałam okazji skorzystać z tej atrakcji turystycznej, postanowiłam zjeść tę watę cukrową od razu, natychmiast. Julek był bardzo na tak, a Radek postanowił nam machać z dołu. Park rozrywki to nie jego bajka.










Potem były frytki w miejscu, które Radek zapamiętał sprzed dwóch lat, spacer ul. Długą i zachwyt po raz kolejny, niezmienny i niegasnący miastem z czerwonej cegły. 









Popołudniu spotkania rodzinne i tak minął nam piątek.

Sobota dla odmiany przywitała nas słońcem. I to był ten dzień, w którym bez zbędnej zwłoki chcesz pojechać nad morze. Tak też zrobiliśmy. Najpierw autobusem do przystanku kolejki podmiejskiej w Gdańsku Zaspie, a stąd kolejką do Gdyni Orłowo. Ze stacji spacer nad brzeg morza i dalej już mocząc nogi w słonej wodzie i brodząc po mokrym piasku szliśmy sobie równym tempem do Sopotu. Po drodze zaliczyliśmy piknik na rozłożonych bluzach. Chwila zasłużonego odpoczynku. Julek podładował baterie. Mogliyśmy iść dalej. Nie marudzi nasz piechur. Nie żeby to była jakaś dla niego atrakcja i wielka przyjemność. Ale idzie z nami i nawet śmieje się i przekomarza, czasem focha strzela. Dojrzalszy już jest. Potrafi wziąć na klatę aktywność, która większą frajdę sprawia rodzicom niż jemu.







W Sopocie dzikie tłumy ludzi. Ale i tak wędrówka Monciakiem do stacji kolejki była dla nas przyjemnością. 

Popołudniu grill i gdańska rodzina w komplecie. Ach jakie to było miłe spotkanie. Dlatego lubię Gdańsk. Dobrze mi się kojarzy. Z ciepłą drożdżówką, dobrym słowem i ruchem. Tam jest zawsze aktywnie. Bez nudy. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz