czwartek, 14 grudnia 2017

Przed świętami

Autobusy i przedświąteczne imprezy jeżdzą stadami.
I od tej zasady nie ma odstępstw.
Tradycją jest, że w Julka przedszkolu przygotowywane są co roku jasełka. Po nich poczęstunek (rodzice szykują pyszności) i warsztaty, na których wspólnie tworzymy różne świąteczne ozdoby. To również okazja, żeby pogadać z wychowawczyniami, rodzicami, integrować się i cieszyć pociechami. Zawsze w sobotę. Data znana jest od września. Godzina również. W tym roku 16:00.
Odkąd Krzyś zapałał miłością dozgonną i odwzajemnioną do piłki nożnej, w grudniowy grafik wpisał się na stałe Mikołajkowy Turniej Piłki Nożnej. W szkole. Obok. Na szczęście.
Bach! W tym samym dniu co jasełka. Ale że w godzinach 10:00-15:00 wiedziałam, że ogarnę całość, a Radek zdąży do Julka przedszkola (zasada nr dwa, od której nie ma odstępstw, przed świętami najwięcej jest roboty).
I tak poukładany grafik wprawdzie opanował całą sobotę, ale bez zadyszki, na spokojnie, luzik.
Do wtorku żyłam w błogim przeświadczeniu, że się uda.
W środę nagła, wymuszona zewnętrznymi i niezależnymi okolicznościami, zmiana godzin julkowego przedstawienia. Przesunięcie w czasie. Start o 13:00. W samym środeczku rozgrywek. Jęknęłam.
W sobotę rano zapakowałam cztery bułki, dwa jabłka, trzy wody, jeden sok (na przekupienie jęków), przebranie Julka (w tym roku syn mój był psem), dobre nastawienie (uda się, uda się, przeżyję). Pojechaliśmy. Do pakietu "nie ma że sobota i mało ludzi" dorzucono kiermasz świąteczny w szkole. Znaleźć miejsce do zaparkowania - nie ma takiej opcji! Wyrzuciliśmy Krzysia pod halą, rundka po okolicy, stanęliśny kilka ładnych minut spacerem od szkoły. Nie żeby mi to przeszkadzało, ale o zdanie pytajcie Julka. Były więc wyścigi, o jak się cieszę, że nie pada deszcz, podawanie sobie wyimagonowanej piłki i strzały w wyobrażoną bramkę. Dokulaliśmy się do hali. Krzyś zaliczał rozgrzewkę. Po roku trenowania w klubie znam już wielu rodziców. Zaopiekowała się nami Kasia, skutecznie pozbawiając mnie poczucia osamotnienia. Julek dzielnie wytrwał 45 minut. Pięknie kibicował. A potem zlazł z ławek. I się zaczęło. No.
Pot, sapanie, irytacja, wnerw, fantastyczny nastrój przedświąteczny. Ruszyliśmy w szkołę. Oglądaliśmy przedmioty wystawione na stoiskach (kiepski pomysł -  Julek uwielbia eksplorować świat palcami, świat ceramicznych, szklanych i kruchych cudeńków nie lubi być tak eskplorowany). Uciekłam pod scenę. Julek lubi przestawienia. Tłumek rodziców, babć, wujków i cioć występujących dzieci zmusił mnie do wzięcia Julka na ręce, żeby mógł cokolwiek widzieć (dwadzieścia jeden i pół kilograma). Kolędy. Wśród nich "Przybieżeli do Betlejem". Julek w siódmym niebie. Macha rękami, robi pokłony (ruszające się dwadzieścia jeden i pół kilo waży więcej), wykonuje cały skomplikowany układ choreograficzny, który za chwilę do tej właśnie kolędy zaprezentuje na swoich jasełkach."Przybieżeli" się kończy, Julek woła "raaz". To tak nie działa, dziecko. Ktoś coś mówi przez mikrofon. Julek wrzeszczy "raaz"! Robi się gorąco. Wierzgające, krzyczące dwadzieścia jeden i pół kilo waży jeszcze więcej. Koniec. Odwrót. Kierunek hala. Tiaaaa. Protest song nie tylko Rodowicz potrafi wykonać. Wszystkie oczy zwrócone na nas. Julkowe "nie" rozlało się. Przeszło w tsunami. Opanowałam sokiem, babeczką i obietnicą, że potem do domu. Potem znaczy po jasełkach w przedszkolu i turnieju Krzysia, na który wrócimy z jasełek. Uf.
Do przedszkola zdążył Radek. Gdy Julek dostrzegł tatę - na szczęście w samej końcówce - było pozamiatane. Zwiał ze sceny, przebił się przez kordon rodziców, wpadł w ramiona opoki. To był trudny dzień nie tylko dla mnie. Julek zmęczony turniejem, wyrwany sobotniemu rytuałowi, miał dość wszystkiego. Pani Agata uratowała sprawę. Zarządziła pełną mobilizację i syn mój wystąpił. Wprawdzie nie odezwał się słowem, za to bezgłośnie wymawiał kwestie, które miał do powiedzenia z resztą zwierzyny wigilijnej. I był bezkonkurencyjny przy machaniu rękami do kolędy "Przybieżeli do Betlejem".
Chwila oddechu (w biegu połykałam kawałek makowca) i pognaliśmy z powrotem na turniej już w trójkę. Podsumowanie ligi, wręczanie nagród, uścisk dłoni prezesa. Nieoczekiwanie wywołano Radka, któremu oficjalnie podziękowano za nieobowiązkową obecność na każdym meczu ligowym, wożenie chłopaków, czynną pomoc. Taka sytuacja.
W domu byliśmy razem z pierwszą gwiazdką na niebie.
Bez ściemy. Padliśmy wieczorem jak kłody.









2 komentarze:

  1. skąd ja znam to szaleństwo logistyczne...pozdrowienia

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie dać się zwariować. Przetrwać. ;) Buziole

      Usuń