sobota, 6 czerwca 2015

Alicja

Pojawiła się niedawno.
Najmniejsza stopa w naszej rodzinie.
Chłopcy dziś mogli ją podziwiać. Julek był zachwycony. Z dużą delikatnością, niezwykłym zaciekawieniem, cudnym zapatrzeniem.
Będzie kochał Alicję. Swoją siostrę cioteczną.


wtorek, 2 czerwca 2015

Przypadkowe spotkanie


Odbierając wczoraj Krzysia ze szkoły wpadłam na p. Anetę – wychowawczynię Julka z przedszkola publicznego, w którym zaczynał w ubiegłym roku swoją przygodę przedszkolną.  Zatrzymała się i zasypała mnie całą stertą pytań o Julka:  jak się odnajduje w nowym przedszkolu, czy gada, jak się miewa, czy jesteśmy zadowoleni ze zmiany.
Obie byłyśmy w ubiegłym roku zgodne, że Julkowi absolutnie potrzebny jest nauczyciel wspomagający. Obie wiedziałyśmy, że z gminą cokolwiek w tej kwestii trudno wywalczyć mimo że za Julkiem podąża co miesiąc subwencja w kwocie prawie 2 tys. zł.
Jaki jest stan dzisiaj? Do przedszkola chodzi czteroletni, gadający zespołowy chłopiec, któremu – mimo doświadczeń z naszym Julkiem – nie przydzielono nauczyciela.
- Brakuje nam pani. – usłyszałam.  – Pani może wywalczyłaby więcej.
Może tak. A może nie. Nie chciałam tego sprawdzać, wiedząc, że mogę ryzykować stratą terapeutyczną dla Julka w razie przedłużających się negocjacji lub odmowy wprost. A tak chłopak wyśmienicie zaopiekowany w Wyliczance nabiera rozpędu i prze przed siebie – raczej nie lotem błyskawicy, bardziej tempem ślimaczym, ale konsekwentnie, uparcie, do przodu. Za tę samą subwencję.
- Brakuje nam Julka i jego uśmiechu. Jaśniej robiło się od niego.
Nic dodać, nic ująć.

poniedziałek, 1 czerwca 2015

Weekend nadmorski

Zanim się poweselowaliśmy hucznie i z przytupem, z tańcami i buntami, do 22.30 (ale szał!), powłóczyliśmy się po Sopocie. W podmuchach wiatru, przebłyskach słońca, przelotnych majowych deszczach.
Jaśnie Jul miewał chwile trudne, rzekłabym że burzliwe. Nie uznawał kompromisu, sprzeciwiał bo chciał. Znów majstrował z trampkami, gdy wodę zobaczył, przy gromkim (zachęcającym?) śmiechu Krzysia (tym razem jednak Julek nie zdążył dobrze zdjąć buta - interwencja rodzicielska była szybsza, wszak podróże kształcą i spotkanie z krakowską fontanną nie poszło w niepamięć). Były dla osłody gofry z bitą śmietaną, przejażdżka na wyłudzaczu dwuzłotówek, bunt długi jak molo. Znieśliśmy wszystko z wkurzeniem na plecach i godnościom osobistom. Czas wspólny, nasz rzadki niecodziennik zaliczyliśmy jednak pogodnie.
I choć wesele z Julkiem to czujność wyżyłowana i męcząca przy jednoczesnym zminimalizowaniu wspólnej małżeńskiej fiesty (system zmianowy w opiece nad Julkiem), nie potrafimy zostawić go w domu, dobrze zaopiekowanego. Zabrać tylko Krzysia, którego opieka sprowadza się już tylko do przelotnego rzutu okiem. Chłopakowi możemy zaufać.
Bo jak tak jechać pół Polski, zajadać się goframi, szykować na ślub i wesele, wdychać morze Bałtyckie, słuchać drących się mew, widzieć z rodziną, tańczyć bez Julka? Taki to mus. Jeden za wszystkich, wszyscy za jednego. I nie ma że zespół coś zepsuł.











piątek, 29 maja 2015

Obserwator - naśladowca (5)

Z serii: obserwator naśladowca.
Krzyś czyta. Julek koniecznie też. "Czyta" po swojemu. Ruch w gadaniu i na drodze. Jedziemy do Gdańska. :)


środa, 27 maja 2015

Bez słodyczy

Przymiarki były od dawna. Motywacji sporo. Tylko ta wygoda i łakomstwo.
Ostatecznie po wyrwaniu Julkowi dwóch mleczaków zajętych próchnicą tak, że nie do odratowania i potem jego jazdach ponarkozowych powiedziałam: dość!
I wprowadziłam embargo na słodkie.
Sześć dni nie jemy, jeden dzień strefa bezcłowa. Można słodkim opychać się do woli.
Z codziennego menu zniknęły więc gumy do żucia, wszelkie żelki, lizaczki również te niby-witaminowe, czekoladki, batoniki, biszkopciki, krówki, śmiejożelki i inne paskudztwa. Wycofano z obiegu wody smakowe i soki (te akurat nie tylko zębom szkodzą, ale i jelitom julkowym niedźwiedzią przysługę wyświadczają - przy odpieluchowywaniu byłaby masakryczna katastrrrrofa).
Żeby tak całkiem gorzko nie było - oprócz wody mineralnej, robię dzban herbaty owocowej, którą słodzę. Na deser dzieci zjeść mogą serek albo jogurt czy inny deser serko-homogenizowano-podobny. Przysługuje jeden na głowę.
Do łask wróciły gruszki, pomarańcze, koktajle bananowe (z szczyptą cukru waniliowego) i ostatnio truskawkowe. Sezon nam sprzyja.
Syndrom odstawienia wchodził w różne fazy (Julek namolnie ściągał mnie do kuchni i wymownie wskazywał na szafkę, gdzie zawsze było mało słodkie co nieco; Krzyś natrętnie domagał się czegoś na ząb albo udawał, że to sobota). Konsekwentnie odmawiałam. Stosując technikę "zdartej płyty". Powtarzałam, że to dla zdrowia. Wizja słodkiej soboty dodawała otuchy. Przyznam, ze nam wszystkim.
Zmierzyć musieliśmy się z całkiem bliskim otoczeniem, które nadal wierzy, że próchnica u dzieci to kwestia genetyczna, a w ogóle to po co leczyć mleczaki. Krówka jak amen w pacierzu. Musi być. Technika "zdartej płyty". I cierpliwość. Zdziałały cuda.
Po prawie miesiącu rewolucji słodko-gorzkiej przestałam słyszeć: chcę coś słodkiego. Nowy zwyczaj usankcjonował się. Słodkie zeszło na drugi plan. Rządzi tylko w sobotę.

wtorek, 26 maja 2015

Dzień mamy

Dzień mamy. Taki jak co dzień. Trochę odświętny. Może ciut. Ciut może nie. My, mamy.
Ciekawe, jaki obraz mnie utkwi w głowach i sercach moich synów.
Tej niecierpliwej, rozdrażnionej, wiecznie zmęczonej i w niedoczasie? Poganiającej wszystko i wszędzie. Czy uśmiechniętej przez zaskoczenie (uśmiecham się w ogóle?), wariatki strugającej glupie miny do śmiechu wielkiego, pospolitego i łez. Od wielkiego dzwonu. Czasami.
A może tej od pysznych, najlepszych pod słońcem naleśników, bo innych nie znają.
Albo omleta na maśle, co to potem zapach przykleja się do wszystkiego? I pędzi przez dom i pola i łąki.
Wrzeszczącej? Że jeszcze nie gotowi. Że ciuchy rozrzucone i znów nieposprzątane. Że mleko rozlane.
A może szorującej pazury wypaćkane błotem, plasteliną, kredką i flamastrem? Pod prysznicem, w oparach głupawki i śpiewanki spontanicznej do melodii zapomnianych i różnych.
A może tej od nocnych wędrówek między gorączką, biegunką i kaszlem?
Może też czułej gdzieś pomiędzy? Co to ramionami chciałabym odgrodzić od tego, co boli, zawiedzie, rozczaruje i staranuje.
Niecierpliwej? Bo zapomniała, że wół też cielęciem był.
Weszłam w tę rolę, bo chciałam. Bo jest dla mnie kwintesencją kobiecości. Mojego życia.
Weszłam, nie wiedząc w co się pakuję.
Ale odpowiedzialnie trzymam fason. I jak tylko mogę pion. No czasem rąbnę nosem o podłogę. Wstaję jednak, otrzepuję ręce i idę dalej. Bo nijak zrezygnować z tego. Takiej miłości nie da się zostawić.
PS Gdyby przyznawali nagrody za macierzyństwo w kategorii: niedoskonałość roku, załapuję się bez pudła.

poniedziałek, 18 maja 2015

Łaaałłłłł

W czynnym słowniku Julka pojawiły się trzy "słowa".
Łaaaaałłł! - gdy go coś zafascynuje, spodoba mu się, bystrym wzrokiem wyhaczy coś niecodziennego.
O-oo! - wyraża zaskoczenie i/lub zdziwienie.
Błeee - dotknie/zobaczy/poczuje coś śliskiego/brudnego/subiektywnie wstrętnego.
Zdarzają się też kombinacje tych słów - takie prapoczątki zdań.
Na przykład: O-oo! Błeee. Gdy zdarzy się strzelić Julkowi kupala nie w nocnik, a w gacie (które przy tej okazji od razu ściąga w dół).
Komunikat prosty, czytelny i wiadomo o co chodzi. Chodzi o to, żeby Julek sygnalizował przed a nie po. Na razie po, chyba że bez słowa sam siada na nocnik i robi, co trzeba.
I choć po takim julkowym błeee uaktywnia się we mnie perfekcyjna pani domu, rękawiczki gumowe idą w ruch, mydło pachnące w płynie leje się obficie, to rośnie we mnie głośne łaaaaałłł na te udane próby przedwerbalnej komunikacji spontanicznej. Takie przewrotne osłodzenie okoliczności jej uaktywnienia.;)