Przed wyjazdem do babci Krysi, zrobiliśmy z Krzysiem listę atrakcji do zaliczenia. Na jej szczycie, tuż po basenie, znalazła się blaszana rura. Długo nie mogłam zrozumieć o co mojemu starszemu synowi chodzi. Metodą eliminacji, domysłów i skojarzeń ustaliłam, że o zjeżdżalnię na Błoniach (fakt, było to ubiegłoroczne upodobanie Krzysia).
Pojechaliśmy.
Rura stała jak wtedy.
Do jej wielbicieli dołączył w tym roku Julek. Najpierw z ciekawością podglądał, potem wdrapał się i pozwolił na zjazd razem z Krzysiem. I wsiąkł w tę frajdę na dobre. Krzyś za każdym razem czekał na Julka, czasem zdążył zjechać, zanim ten się wdrapał, żeby być zaraz gotowym do zjazdu we dwójkę.
Rura ponad podziałami. Chromosom więcej, chromosom mniej - uciecha ta sama. Wspólna zabawa.
Ładny, zgrabny, miły. Uśmiech pełen wdzięku. Twardy negocjator. Lubi postawić na swoim i wszystkich na baczność. Dynamiczny, z poczuciem humoru i buntem na wynos. A, ma zespół Downa. Ciągle o tym zapominam. Serio. Tylko jego rozwój i ciekawskie spojrzenia przypominają czasem, że ma. Przed państwem - Julek, młodszy brat Krzysia. Obaj to moi synowi. Dumna z nich ja!
czwartek, 17 lipca 2014
środa, 16 lipca 2014
Kuracja
Odstąpię kurację odchudzającą od zaraz.
Jest całkiem przyjemna, nieco upierdliwa, aczkolwiek skuteczna.
Najpierw trzeba wyznaczyć sobie cel.
Ja wzięłam Szyndzielnię, szczyt w północnym paśmie Beskidu Śląskiego, nieco powyżej 1000 m n.p.m.
Potem zapakować plecak. Nieduży, na cztery kanapki, wodę, dwie kurtki przeciwdeszczowe, zapas ubrania małego, dwa pampersy, chusteczki wilgotne.
Zostawić wózek w aucie.
Zabrać ze sobą prawie czteroletniego chłopca o niestandardowych manierach, wymaganiach i sposobach komunikacji. Plus sześciolatka, na szczęście gotowego do chodzenia szlakiem. Babcia była balsamem na tę podróż.
Dojść do kolejki linowej (ok. kilometra), niosąc czterolatka głównie na plecach.
Wjechać na górę kolejką.
Dojść do schroniska (w normalnych warunkach kilkuminutowy spacer) z czterolatkiem na biodrze lub/i plecach.
Zachłysnąć się oddechem gór.
Pobiegać za uwolnionym czterolatkiem.
Podejmować mało skuteczne próby okiełznania całkiem donośnie wyrażanego niezadowolenia. Przez tego czterolatka. Sześciolatek i babcia byli ciągle uśmiechnięci.
Powędrować z czterolatkiem tą samą drogą w dół. W sposób opisany jak wyżej.
Krzyś zdobył odznaką piechura, Julek marudera, ja zgubiłam kilogram.
Jest całkiem przyjemna, nieco upierdliwa, aczkolwiek skuteczna.
Najpierw trzeba wyznaczyć sobie cel.
Ja wzięłam Szyndzielnię, szczyt w północnym paśmie Beskidu Śląskiego, nieco powyżej 1000 m n.p.m.
Potem zapakować plecak. Nieduży, na cztery kanapki, wodę, dwie kurtki przeciwdeszczowe, zapas ubrania małego, dwa pampersy, chusteczki wilgotne.
Zostawić wózek w aucie.
Zabrać ze sobą prawie czteroletniego chłopca o niestandardowych manierach, wymaganiach i sposobach komunikacji. Plus sześciolatka, na szczęście gotowego do chodzenia szlakiem. Babcia była balsamem na tę podróż.
Dojść do kolejki linowej (ok. kilometra), niosąc czterolatka głównie na plecach.
Wjechać na górę kolejką.
Dojść do schroniska (w normalnych warunkach kilkuminutowy spacer) z czterolatkiem na biodrze lub/i plecach.
Zachłysnąć się oddechem gór.
Pobiegać za uwolnionym czterolatkiem.
Podejmować mało skuteczne próby okiełznania całkiem donośnie wyrażanego niezadowolenia. Przez tego czterolatka. Sześciolatek i babcia byli ciągle uśmiechnięci.
Powędrować z czterolatkiem tą samą drogą w dół. W sposób opisany jak wyżej.
Krzyś zdobył odznaką piechura, Julek marudera, ja zgubiłam kilogram.
sobota, 12 lipca 2014
Na swoim miejscu
Co zrobić, gdy próg domu przekroczy Holender u boku pięknej Polki? Witać po polsku, uśmiechać po angielsku, kryć się za kawą, biec po słownik, może lepiej wino?
Odpowiedź. Wpuścić na salony Julka.
Języka nie zabrakło mu w gębie. Przemawiał bez kompleksów swoją chińszczyzną, gestykulując przy tym śmiało i międzynarodowo, ciesząc przybyszami całym sobą. Raz dwa przełamał barierę, stopił wszelkie lody, podbił serca gości, wina nie trzeba było. Oswoił atmosferę, język - nawet kulejący angielski odgrzebał w mojej głowie.
I tak oto ze szpitala trafiliśmy prosto w niecodzienną, miłą atmosferę spotkania z Martyną i Adrianem. A potem jeszcze był grill rodzinny i czas zleciał miło. Z jednego miejsca na drugie. Hop, skok i dom. Jestem na właściwym miejscu.
Odpowiedź. Wpuścić na salony Julka.
Języka nie zabrakło mu w gębie. Przemawiał bez kompleksów swoją chińszczyzną, gestykulując przy tym śmiało i międzynarodowo, ciesząc przybyszami całym sobą. Raz dwa przełamał barierę, stopił wszelkie lody, podbił serca gości, wina nie trzeba było. Oswoił atmosferę, język - nawet kulejący angielski odgrzebał w mojej głowie.
I tak oto ze szpitala trafiliśmy prosto w niecodzienną, miłą atmosferę spotkania z Martyną i Adrianem. A potem jeszcze był grill rodzinny i czas zleciał miło. Z jednego miejsca na drugie. Hop, skok i dom. Jestem na właściwym miejscu.
piątek, 11 lipca 2014
Kajetany po raz drugi cd
Migdał nie odrósł, dren wyjęto, założono drugi, rozpoznano niedosłuch obustronny. Nie wiem, na jakim poziomie, bo z wykresów ABR czytać nie umiem, a lekarza jeszcze nie widziałam.
Julek o wiele miesięcy dojrzalszy. Świadomie mówi <nie> i stanowczo domaga się swoich praw.
Wyrywał się pod maseczką, gdy anestezjolog zapraszała go w objęcia narkotycznego Morfeusza.
Trzymałam ja, trzymała druga lekarka, serce mi wyło. Już po.
Doszedł do formy całkiem-całkiem.
Padł o 18.30.
Pytanie pozostawiam otwarte: prześpi do rana, czy zrobi imprezę w środku nocy?
Jutro powinniśmy być w domu.
Julek o wiele miesięcy dojrzalszy. Świadomie mówi <nie> i stanowczo domaga się swoich praw.
Wyrywał się pod maseczką, gdy anestezjolog zapraszała go w objęcia narkotycznego Morfeusza.
Trzymałam ja, trzymała druga lekarka, serce mi wyło. Już po.
Doszedł do formy całkiem-całkiem.
Padł o 18.30.
Pytanie pozostawiam otwarte: prześpi do rana, czy zrobi imprezę w środku nocy?
Jutro powinniśmy być w domu.
czwartek, 10 lipca 2014
Kajetany po raz drugi
No to jesteśmy. Zakwaterowani w piętnastce na pierwszym piętrze. Od jutra na nicniejedzeniu i piciu. Mamy być w pierwszej kolejności wzięci na stół.
Jest do zrobienia:
- wyjęcie na wpół wypadłego drenu w prawym uchu (w lewym się dziarsko trzyma), włożenie nowego,
- wycięcie migdała (jeśli odrósł, bo po badaniu nic nie wiadomo, Julek był cały w wybroczynach, tak się sprzeciwiał temu gwałtu kamerą w jego dziurkach w nosie),
- ABR, czyli badanie poziomu słuchu.
Zmęczenie tego roku daje mi się we znaki.
Wyjątkowo nie mam siły na pobyty szpitalne.
Wyciskam uśmiech jak cytrynę.
Kwaśno wokół.
Przytuli mnie ktoś?
Jest do zrobienia:
- wyjęcie na wpół wypadłego drenu w prawym uchu (w lewym się dziarsko trzyma), włożenie nowego,
- wycięcie migdała (jeśli odrósł, bo po badaniu nic nie wiadomo, Julek był cały w wybroczynach, tak się sprzeciwiał temu gwałtu kamerą w jego dziurkach w nosie),
- ABR, czyli badanie poziomu słuchu.
Zmęczenie tego roku daje mi się we znaki.
Wyjątkowo nie mam siły na pobyty szpitalne.
Wyciskam uśmiech jak cytrynę.
Kwaśno wokół.
Przytuli mnie ktoś?
wtorek, 8 lipca 2014
Sześć
Sześć i nie przeskoczę wstecz.
Idzie to moje starsze dziecię do przodu wzrostem, gadulstwem i wiekiem.
No to niech nadal w dal wędruje z tą swoją nieujarzmioną ciekawością świata, otwartością i uśmiechem. Pokonuje przeszkody z wdziękiem, zrozumieniem i pokorą.
Mój Krzyś :)
Idzie to moje starsze dziecię do przodu wzrostem, gadulstwem i wiekiem.
No to niech nadal w dal wędruje z tą swoją nieujarzmioną ciekawością świata, otwartością i uśmiechem. Pokonuje przeszkody z wdziękiem, zrozumieniem i pokorą.
Mój Krzyś :)
piątek, 4 lipca 2014
Dwie planety
Stan na wczoraj. I dziś. Z nadzieją na jutro.
Jestem naćpana Julkiem. Znieczula mnie sobą. Biegam i działam jakbym na jakimś rauszu była. Patrzę w zdziwione/zgorszone/zaskoczone (niepotrzebne skreślić) oczy mijane po drodze i bezczelnie się uśmiecham. Wywieszam na czole jedną z etykiet albo wszystkie razem: „tak, jestem mamą upośledzonego chłopca”, „tak, śmiałam go urodzić” „tak, czuję się wygodnie w moim życiu”, „tak, ważę się nawet być szczęśliwa”. Mimo, że zmiana planety i Julek nie zdaje podstawowego egzaminu. Pytaniu „jak masz na imię?” przygląda się w milczeniu, w niezrozumieniu, z językiem na zewnątrz. Na naszej planecie to naturalne, że takie pojęcia jak "mama", "tata", "but" ciągle są aktualizowane. Bez pewności, że zaistniały na wieczność. Na tej to takie dziwne, niestosowne.
Nie zraża mnie to jednak. I dyndam sobie etykietką jak wyżej. Czerpię z Julka jego ciekawość, żywiołowość, otwartość na wszystko. Uczę się uśmiechać jak on. Bezinteresownie.
Zrobiłam rundkę po centrum Warszawy. Zaliczyłam parking z łaskawością strażników miejskich zdobytych uśmiechem Julka, pobranie krwi u Mamusi Muminka (no taka właśnie była ta pielęgniarka), załatwiłam zaświadczenie kardiologa od ręki, wpadłam z Julkiem do mojej pracy, na koniec odwiedziłam z nim endo lekarza, nie sklep. Wymachiwałam tym wyuczonym od Julka uśmiechem. Przecierał szlak bezbłędnie.
Że jestem wybiórcza, hedonistyczna i subiektywna? Wyłuskuję tylko to, co smaczne?
No przecież piszę, że cały rajd po papierologię i badania niezbędne do zabiegu w Kajetanach mogłam zrobić ze smętnym wyrazem twarzy. Zdecydowałam inaczej. Więc trampki, uśmiech, odgruzowany wózek (na wsi w ogóle go nie używamy) i w drogę. Fajny dzień nam wyszedł, a przy okazji wszystko załatwiłam. W trakcie skusiliśmy się na lody. Ja malinowe i truskawkowe, Julek krówkowe.
Za rok świetlny na naszej planecie sam zdecyduje o smaku. Na dziś wystarczy mi, że poklepie się po brzuchu. Pyszne były! Na obu planetach ten gest znaczy to samo.
Jestem naćpana Julkiem. Znieczula mnie sobą. Biegam i działam jakbym na jakimś rauszu była. Patrzę w zdziwione/zgorszone/zaskoczone (niepotrzebne skreślić) oczy mijane po drodze i bezczelnie się uśmiecham. Wywieszam na czole jedną z etykiet albo wszystkie razem: „tak, jestem mamą upośledzonego chłopca”, „tak, śmiałam go urodzić” „tak, czuję się wygodnie w moim życiu”, „tak, ważę się nawet być szczęśliwa”. Mimo, że zmiana planety i Julek nie zdaje podstawowego egzaminu. Pytaniu „jak masz na imię?” przygląda się w milczeniu, w niezrozumieniu, z językiem na zewnątrz. Na naszej planecie to naturalne, że takie pojęcia jak "mama", "tata", "but" ciągle są aktualizowane. Bez pewności, że zaistniały na wieczność. Na tej to takie dziwne, niestosowne.
Nie zraża mnie to jednak. I dyndam sobie etykietką jak wyżej. Czerpię z Julka jego ciekawość, żywiołowość, otwartość na wszystko. Uczę się uśmiechać jak on. Bezinteresownie.
Zrobiłam rundkę po centrum Warszawy. Zaliczyłam parking z łaskawością strażników miejskich zdobytych uśmiechem Julka, pobranie krwi u Mamusi Muminka (no taka właśnie była ta pielęgniarka), załatwiłam zaświadczenie kardiologa od ręki, wpadłam z Julkiem do mojej pracy, na koniec odwiedziłam z nim endo lekarza, nie sklep. Wymachiwałam tym wyuczonym od Julka uśmiechem. Przecierał szlak bezbłędnie.
Że jestem wybiórcza, hedonistyczna i subiektywna? Wyłuskuję tylko to, co smaczne?
No przecież piszę, że cały rajd po papierologię i badania niezbędne do zabiegu w Kajetanach mogłam zrobić ze smętnym wyrazem twarzy. Zdecydowałam inaczej. Więc trampki, uśmiech, odgruzowany wózek (na wsi w ogóle go nie używamy) i w drogę. Fajny dzień nam wyszedł, a przy okazji wszystko załatwiłam. W trakcie skusiliśmy się na lody. Ja malinowe i truskawkowe, Julek krówkowe.
Za rok świetlny na naszej planecie sam zdecyduje o smaku. Na dziś wystarczy mi, że poklepie się po brzuchu. Pyszne były! Na obu planetach ten gest znaczy to samo.
Subskrybuj:
Posty (Atom)