poniedziałek, 6 lipca 2020

Park linowy

Dzisiaj lajtowy dzień.
Centrum Przyrody Tatrzańskiej i spacer do Kuźnic. Dla ambitnych (niemarudzących, energicznych) uczestników turnusu wędrówka do Pustelni Brata Alberta i na Kalatówki. Nasza ekipa była nieambitna. Wlokła się w tyle, co kilka kroków domagając odpoczynku. 
Za to popołudniu nic nie bolało, nic nie było nudne i te same dwa kilometry można było przejść bez marudzenia. Motywacja. Park linowy.
Krzysiek poszedł trasą ekstremalną. Ja umierałam zadzierając głowę do góry. Julek pomknął trasą dla skrzatów. Nie raz i nie dwa, a kilka razy. Na końcu wbił sobie drzazgę. I mam teraz problem. 






niedziela, 5 lipca 2020

Rusinowa Polana

Plan na dziś był taki.
Autobus przywozi nas pod Wierch Poroniec, skąd ruszamy na Rusinową Polanę. Tu odpoczynek lub wędrówka na Gęsią Szyję (kto chce ten idzie). Następnie spotykamy się w Sanktuarium Matki Bożej Jaworzyńskiej na Wiktorówce (kto chce, uczestniczy we mszy świętej) i około cztetnastej schodzimy do autobusu na Zazadnię.
Realizacja planu. Najpierw jednak wstęp. 
Przyjechałam, żeby odpocząć od codzienności. Ucieszyłam się, że ktoś za mnie planuje, organizuje, decyduje gdzie dzisiaj i po co. Synom (szczególnie starszemu) zapowiedziałam, że nic nie planuję na zaś. Żyję z minuty na minutę. Poddaję się biegowi wydarzeń, dostosowuję elastycznie do humorów i zrzędów Julka. Park linowy. Owszem. Nie wiem. Popołudniu, jak będziemy mieli siły. Lody. Czemu nie. Możemy teraz. Nie chcę się wam. Dobrze. Zostajemy.
Wracamy do wycieczki.
Ruszyliśmy z Wierchu Poroniec. Łagodne podejście, w dużej mierze w zacienionym lesie. Idzie się fajnie, równo, bez wysiłku. Julek jęczy. Nadaje tę samą płytę. Hit tego wyjazdu "Mama, boli". Nie mam doładowania na cierpliwość, a jednak dzisiaj z anielską (jak na mnie) cierpliwością wysłuchuję narzekania Julka, który jednak idzie. Próby odwrócenia uwagi, akcja na piosenkę, opowieści o basenie/planach co jutro, dzisiaj, potem, liczenia kroków nic nie dają. Julek jęczy. Jakąś połowę drogi jęczy. Staje na siku. I przestaje. Jakby go ktoś o 180 stopni przekręcił. Idzie, gada, śpiewa, uśmiecha się (!). Idzie. Wędruje. Bosko. Dociera do Rusinowej Polany (1210 m n.p.m.). Krzysiek już jest i czeka. Chce na Gęsią Szyję. Julek ogarnia wzrokiem schody w górę i odmawia dalszej wędrówki. Trudno. Choć żal. Chcę mi się iść dalej. Poczuć Tatry. I już w zasadzie spisuję na straty tę tatrzańską gęś, gdy Julek chce mojego telefonu. Wpadam na pomysł. Taki fortel, trochę przekupstwo. Nieplanowane. Skuteczne jednak. Telefon będzie, nawet you tube, ale na górze, tej, co to się idzie po schodach. Widzisz, Julku? Chwila namysłu. Idę. 
No to idziemy. I poszliśmy. Nie było łatwo. Były chwile zwątpienia, narzekania, że boli, odpoczynki co trzy schodki. Ponad tysiąc schodów w nogach, ale doszliśmy, czy raczej doczłapalismy się. Gęsia Szyja nasza (1489 m n.p.m.). Julek zaliczył kawałek Tatr Wysokich. 
Potem zejście (szybsze, ale trudne dla Julka), dziesięć minut spaceru do sanktuarium. I w dół do autobusu.
Myślicie, że popołudniu Julek padł? Niee, zaliczył mecz piłki nożnej i dyskotekę zorganizowaną przez panią Danusię, właścicielkę ośrodka. Siła jest. Motywacji brak.









sobota, 4 lipca 2020

Murzasichle

Udało się. Jesteśmy. Zaliczamy turnus rehabilitacyjny w ośrodku "Krywań" w Murzasichlu. 
To pierwszy taki turnus, w którym zajęcia terapeutyczne zostały zastąpione życiem. Właścicielka ośrodka przygotowała dla nas plan wycieczek (pisząc "dla nas" mam na myśli grupę dzieciaków z jednego zespołu, które może i serce potrafią skraść swoją serdecznością, czułością i uśmiechem, ale chodzić, łazić, wędrować nie lubią). Łagodne wzniesienia, hale, Krupówki i Gubałówki. Gdzie można, tam wjedziemy kolejką. A gdzie się nie da, przebieramy nogami. Julek ocenia pogodę, dostosowuje ubranie, kasuje bilet w kolejce, jęczy i nie chce iść, choć idzie jednak. Sterta wymówek też jakby bogatsza. Potrzeba matką wynalazków. Boli go więc palec, noga, kolano, plecy, brzuch. Mama, nie śpiewaj. Nie da rady. Nie chcę. A jednak wędruje w górę. Przełamuje własne ograniczenia. Wzmacnia mięśnie. Oddycha górskim powietrzem. I gdy już osiągnie wyznaczony cel, docenia własny wysiłek. Omiata wzrokiem okolicę i potrafi przyznać (z zachwytem w oczach): - Ale ładnie!
Wczoraj Małe Ciche i Zgorzelisko (12 km). Dziś Gubałówka - Butorowy Wierch - Gubałówka (kolejką góra-dół).
Dziękujemy wszystkim, którzy przyczynili się do naszego wyjazdu. Finansujemy go ze środków zgromadzonych na Julka subkoncie w Fundacji Dzieciom "Zdążyć z Pomocą". :)






wtorek, 9 czerwca 2020

Powrót do szkoły

Zaczęliśmy trzeci tydzień powrotu do nowej rzeczywistości. Połowicznego powrotu. 

Julek wrócił do szkoły na zajęcia opiekuńczo-wychowawcze, ja do pracy stacjonarnej, Krzysiek kontynuuje lekcje on-line, wychowawczyni Julka nadal przysyła karty zadań, których już nie jestem w stanie z taką systematycznością realizować. Obecni w domu o 16:30, wypompowani dniem i wczesnym wstawaniem, ze stertą rzeczy, których nie było jak zrobić w ciągu dnia, nie mamy ochoty na lekcje. Na szczęście część z nich realizuje pani Emilia wychowawczyni świetlicy. 

Pierwszy tydzień nie był łatwy. Bałam się Julka reakcji na dzień dobry. Szkoła obwarowana nowymi wytycznymi i procedurami wdrażającymi reżim sanitarny. W klasach – ze względu na małą powierzchnię – może przebywać dwójka uczniów. Z klasy Julka poza nim do szkoły wraca jeszcze tylko jeden kolega. Ze wszystkich klas 1-3 w szkole obecna zaledwie szóstka dzieci. 

Poniedziałek, 25 maja. Pobudka o szóstej. Julek pełen ekscytacji. Cieszy się na powrót do szkoły. Wie, że nie będzie pani Edyty, tylko pani Emilia, a z kolegów mały Dominik. Na wejściu pielęgniarka w skafandrze i przyłbicy z bezdotykowym termometrem. Trochę straszno. Dla rodzica wydzielona malutka strefa, której nie może przekraczać. Zakwalifikowanego Julka (brak temperatury) przejmuje pani w maseczce. Wychodzę ze szkoły. Gula rośnie mi w gardle. 

Wtorek, 26 maja. Pobudka o szóstej. Julek nadal podekscytowany. Cieszy się, że jedzie do szkoły. Już wie, jak wygląda szkoła w nowej rzeczywistości. Nie przeszkadza mu to za bardzo. W sumie zajęcia z nauczycielem jeden na jeden. Uwaga skupiona na nim. Normalnie księciunio. Na wejściu pielęgniarka już bez skafandra, tylko w przyłbicy. Pomiar temperatury. Kwalifikacja. Idzie dalej. 

Dni zaczynają pomykać swoim torem. Krzysiek tęskni za naszą obecnością w domu, ale ogarnia sam wszystko. Ja wdrażam się w codzienne jeżdżenie, jakby tych dwóch miesięcy izolacji domowej nie było. Chyba potrzebowałam tej zmiany. Szkoła Julka robi wszystko, żeby obecne w niej dzieci jak najmniej odczuwały dyskomfort spowodowany nowymi okolicznościami. Ruszają zajęcia z hipoterapii realizowane w ramach miejskiego projektu. Raz w tygodniu są zajęcia z SI. Julek uczy się jeździć na rowerze. Zjada brokuły, placki z cukinii i wegeburgery, które robię i pakuję do drugiego pudełka, bo w szkole nie ma teraz obiadów. Ot, taki dodatkowy popołudniowy, codzienny obowiązek dla mnie. Julek po raz kolejny udowadnia, że może, że potrafi, że uda się. 

Do końca roku szkolnego pozostały dwa i pół tygodnia.   


sobota, 23 maja 2020

Technika

Technika. Przedmiot mgliście kojarzy mi się z pismem technicznym, sałatką jarzynową, karmnikiem, cerowaniem, przyszywaniem guzików, transformatorem. Takie praktyczne zajęcia w podstawówce.
W szkole Krzyśka też jest technika. Też uczyli się pisma technicznego. Co więcej robili, przyznam, że nie zaprzątałam sobie tym głowy. Koronarzeczywistość przeniosła naukę do domu. Zetknęłam się z techniką raz jeszcze.
Uwspółcześniona wersja programu zakłada nauczenie dzieciaków między innymi zdrowego odżywiania. Krzysiek miał więc na przykład opracować dzienny jadłospis z wyliczeniem kalorii. Drugie i trzecie zadanie było z gatunku "szykujemy sałatkę" tyle że Krzysiek miał przygotować coś zdrowego do jedzenia. Potem wysyłał do nauczycielki przepis, opis tego, co przygotował i fotorelację swoich przygotowań.
Cóż mogę rzec. Musiała rozszaleć się pandemia, żeby starszy syn znalazł się w kuchni - nie w celach konsumpcji tego, co już gotowe, ale żeby samemu coś przyrządzić. :)
Wybrałam przepisy łatwe i szybkie do przygotowania. W zasadzie to tylko takie dominują w mojej kuchni. Nie mam czasu na wymyślne dania.
Za pierwszym razem Krzysiek zrobił ciasteczka owsiane z bakaliami wg przepisu Joanny Bator (pisarki, którą lubię czytać). Za drugim - nasze ulubione wegeburgery wg przepisu Marty Dymek (kwestiasmaku). Szło mu nieźle. Sam odmierzał składniki, sam mieszał, sam z siebie nie podjąłby tematu. Zrobił, zaliczył, zapomniał. Moja naiwna nadzieja, że załapie bakcyla kucharzenia prysła jak bańka mydlana. Prędzej w Julku znajdę pomocnika w kuchni. Ostatnio znów z ochotą kroił ziemniaki do zupy. :)





środa, 13 maja 2020

Łąka

Od dwóch dni tworzymy łąkę.
Codziennie pani przesyła kolejną porcję prac, które mamy do wykonania na naszym zielonym polu.
Wczoraj malowaliśmy niebo i łąkę. "Sadziliśmy" trawę.
Dzisiaj z gąbki wycięłam kwiatki i Julek odbijał na łące maki, stokrotki i powiedzmy, że mniszki (takie żółte coś). Przygotowałam też motylki, które miał ozdobić. Trzy motylki. Trzy małe, słodkie motylki.
Wziął pierwszego, machnął szeroki uśmiech. Wziął drugiego na odczepnego dorysował krzywą uśmiechu. Przy trzecim zawahał się, spojrzał na mnie kpiąco i zdecydował:
- Motyl zły.
I stworzył potwora.
Chwilami mamy siebie serdecznie dość.
Od 25 maja w klasach 1-3 szkół podstawowych mają ruszyć zajęcia opiekuńczo-wychowawcze. Czekam na informację ze szkoły.


poniedziałek, 11 maja 2020

W domu

Siedzimy w domu.
Krzysiek po świętach zaczął naukę on-line. Połowa nauczycieli łączy się przez internet z uczniami i prowadzi lekcje w czasie rzeczywistym. Starszy syn w zasadzie sam już ogarnia lekcje. Czasem tylko potrzebuje wsparcia. Od dzisiaj rusza z treningami piłki nożnej. Spora zmiana grafiku, który klub dostosował do wytycznych ministra zdrowia. Na boisku będzie ich szóstka plus trener. Luksusowy trening.
Julek zaczyna dzień z twardym postanowieniem wyrażonym werbalnie tuż po łyknięciu euthyroxu: "bez uczyć". Do mnie należy skruszyć, przekonać, złamać szyfr, namówić, uatrakcyjnić, przekupić, wynegocjować. Pozbawić "uczyć" wyrazu "bez".
Ja do końca kwietnia pracowalam zdalnie. Pracodawca nie ustosunkował się do wniosku szefa o przedłużenie zdalności do połowy maja. Miałam więc w ubiegłym tygodniu powrócić do pracy stacjonarnej. Dobre sobie. Szkoły nadal zamknięte. Przeszłam więc na dodatkowy zasiłek opiekuńczy. Nowelizacja tarczy antykryzysowej umożliwiła pracującym rodzicom dzieci niepełnosprawnych, legitymujących się orzeczeniem o niepełnosprawnosci, korzystanie z tego zasiłku. Przestałam więc pracować. Zajmuję się domem, obsługą dzieci, nauką Julka. Nie zyskałam czasu dla siebie. I wcale nie przestałam pić melisy, ale maj zwolnił. Na moich oczach zieleni się, rozkwita, pachnie. Traktuję ten wyjątkowy czas jak podarunek losu. Kiedy ja ostatnio siedziałam tak na legalu w domu z dziećmi w najpiękniejszym miesiącu? Na macierzyńskim? Jeszcze w ubiegłym tygodniu denerwowalam się, że nie pracuję, że nie ma mnie w pracy, że zasiłek a nie pensja, ale czy ja to wymyśliłam? Czy mam na to wpływ?
Zanurzam się więc w codzienności. Piekę drożdżówki, sadzę kwiaty, przemalowuję tarasowe krzesła, zajmuję się dziećmi. I dobrze mi z tym. Świat obok, a ja w swoim mikrokosmosie. Daleka przed nami droga do normalności.