czwartek, 12 czerwca 2014

Przez tubę

Pani Agata poszukuje różnych metod dotarcia do głowy Julka i wyciągnięcia z niej słów, bo te niewątpliwie gdzieś w zakamarkach zagnieździły się i siedzą, koczują, lenią się. Julek nie artykułuje ich. Choć już wielokrotnie przyłapany został na gorącym wyrazie. Całkiem konkretnym. Jednorazowym. Zużyty - wyrzucony - zapomniany.
No. I jakiś czas temu wykorzystała rulon po ręczniku papierowym. Przemówiła jedną stroną, Julek odpowiedział drugą. Takie echo.
Potem ja kilkakrotnie bawiłam się z nim w ten sposób, tyle że zwijałam ręce wokół ust, jak przy wołaniu kogoś poza zasięgiem wzroku. Działało. Wydobyłam z Julka wiele razy ma-ma, ba-ba, ta-ta.
Wczoraj z panią Agatą padł rekord.
Julek przez tubę powtórzył: ma-ma, ta-ta, ba-ba, dzia-dzia, cio-cia.
Bezwstydnie zaczynam łapać się na myśli, że ja to sobie jeszcze pogadam z Julkiem.

wtorek, 10 czerwca 2014

Zlotowa sesja zdjęciowa

Jedną z fascynujących przygód na Zlocie była profesjonalna sesja fotograficzna przygotowana przez Stowarzyszenie Zakątek 21 we współpracy z Foto Studio Paparazzi. Były zdjęcia indywidualne i grupowe. Grupowe po to, żeby opracować i wydać zakątkowy kalendarz na 2015 r.
Dlatego jeszcze przed Zlotem dzieci według wieku a nie wzrostu ;) podzielono na miesiące. Julek trafił do lutego z Antkiem, Alą i Małgosią. Luty to między innymi Walentynki, więc z mamami naszych modeli i modelek postanowiłyśmy uraczyć ten miesiąc gorącymi rytmami. Miałyśmy w głowach scenariusz, miałyśmy ze sobą rekwizyty (głównie serca różnej maści), jakieś róże sprawnie udające żywe, miałyśmy jakiś obraz tego, w czym dane nam będzie uczestniczyć. Jakiś – warto podkreślić. Bo jakiś ma się nijak do tego, co było rzeczywistym. :)
Dzieci nasze nawet przez pierwsze kilka minut siedziały dostojnie i spokojnie, bez rozbiegania. Problemem było uchwycić je wszystkie w tym samym czasie z uśmiechem, bez zadziwienia, z karpikiem na twarzy, bez zamkniętych oczu.
Oczywiście bez pajacyków, koników bujanych udawanych oraz śpiewów się nie obeszło (rodzice) i pozowania według własnych pomysłów (dzieci). Pani Magda z anielską cierpliwością znosiła wszystkie odchylenia od standardu. Jest nadzieja, że z wielu ujęć wyklei jedno – to najlepsze i ostateczne (hura, bo istnieje fotoszop).
Na indywidualnych Julek już tak bohatersko nie siedział. Szwędacz mu się włączył, więc trzeba było kreatywnie zabawiać chłopaka.
Bardzo emocjonująca sesja. I fantastyczna przygoda.
Na kalendarz już nie mogę się doczekać.

Uwaga! Poszukujemy (Stowarzyszenie Zakątek 21) sponsora, który pokryje koszty wydruku kalendarzy. Niech pozytywna strona zespołu idzie w świat. Czy ktoś z Czytelników zna kogoś, kto mógły nam pomóc?

Wczoraj napisałam, że dzieci zespołowe są piękne. W tej ich nieporadności życiowej przy jednoczesnym sprycie, autentyczności, nieoprawdopodobnej woli życia, bezbronności, charakterności, uśmiechu jak plaster miodu. Na mnie to działa elektryzująco. Dziś obejrzyjcie dosłowne znaczenie wyrazu <piękno>. Zapraszam do galerii.

Korzystając z obecności profesjonalistów wzięliśmy również my udział w sesji co by mieć pamiątkę. Oto efekty:





poniedziałek, 9 czerwca 2014

Pozlotowo

Zatrzymałam się na czwartku. Na systematyczność zwyczajnie zabrakło czasu. Wiecie, zaczęły się wieczory "dozwolone od lat 18". ;) Bo Zlot to rytm dnia i nocy: część widną zajmują dzieci, część nocną dorosłych rozmowy. Takie tam różne, śmieszne, poważne/niepoważne, wesołe, wcale niekoniecznie o zespole.
Lubię w tych zlotach ludzi. Nieodświętnych, zwyczajnych, różnych.
Rodzinnie odpoczęliśmy i byliśmy razem. Posmakowaliśmy wakacji. Ten czas był nam bardzo potrzebny.
Zespołowo - to taki Zlot mnie na przykład uskrzydla. Mam okazję pobyć z dziećmi z różnych roczników. Choć widzę, że z wiekiem zespół Downa nie mija, przynosi za to kolejne ograniczenia, to nadal lubię te dzieci. Lubię coraz bardziej. Z całym tym upierdliwym dobrodziejstwem inwentarza. One są piękne. Po prostu.

 A tutaj macie taki misz-masz fotkowy, namiastkę naszego Zlotu.














czwartek, 5 czerwca 2014

Zlot dzień drugi

Dziś mieszaliśmy w stołówce ciasta na mufiny: czekoladowe, klasyczne, ananasowe, bananowe, o smakach innych nie pamiętam. A wspólne pieczenie zbliża. Smacznie. Bardzo.
Kucharzów było wielu, kucharzyków też, więc pyszne ciacha murowane.
Moje chłopaki w pełnej aktywności, do zdarcia kolan, nosów i gardeł.
Jest nam dobrze.
Odpoczywamy. Aktywnie, czyli w biegu za Julkiem. Chyba że zacznie babki robić w piasku. Albo drzemie. Albo je. Albo przytula się do kogoś.
Uwaga techniczna: nie zdążyłam zapytać o zgodę na publikację wszystkich, więc zdjęć nie będzie wiele. Najwyżej z czasem dorzucę.
Uwaga zwrócona na organizatorów: wspólne pieczenie mufin to był doskonały pomysł!







wtorek, 3 czerwca 2014

Kierunek Zaździerz

Jedziemy.
Do ostatniej chwili żyłam w niepewności, czy aby na pewno, bo katar pałętał się jakoś. Ale skoro ospie się nie daliśmy, to gluty nas pokonają?
Spakowani prawie w całości, chałupa ogarnięta, urlop na trzy dni wypisany.
O raaany, jak mi się chce tego oderwania od rutyny. Od pisania pracy, i pracy w pracy, i poranków o świcie, i jazdy tam i z powrotem, i niedoczasu z dziećmi. Czeka na nas miłe i przyjazne miejsce, znajomi i znajomi od jutra, dzieciaki, czas na luuuzie.
Jutro rano po śniadaniu jedziemy na VI Zakątkowy Zlot do Zaździerza pod Płockiem. To już nasz trzeci. Wciąga ta impreza. Bardzo.

niedziela, 1 czerwca 2014

Podsłuchane

Radek też miewa wkurzenia zespołem Julka. Są jednak przelotne i krótkotrwałe. Takie letnie burze. "Błyskawica, grzmot. A na niebie kolorowa tęcza. Błyskawica - grzmot."
Tak normalnie to jest zafascynowany Julkiem. Wpatrzony w to swoje młodsze dziecię bezpruderyjnie i całkiem na serio. Ostatnio nawet w rozmowie z być-może-przyszłym tatą przekonywał, że fajnie mieć takiego synka julkonkopodobnego. Zapadła cisza. Trochę nawet niezręczna.
Zagalopował się mój mąż. Prrrr...
"Jedźmy, nikt nie woła".

Refleksje

Od pierwszego spotkania z Julkiem wiedziałam, że będzie inny. Powoli odkrywam, co to w ogóle oznacza. Bywa różnie. Miewam chandry. Zaliczam downowe doły. Duszne i uleczalne. Nigdy jednak nie łudziłam się, że Julek nadgoni swoich niezespołowych rówieśników.
Pomógł mi w tym zdrowy rozsądek i niewiele starszy Krzyś, bo dobrze w pamięci miałam kolejne etapy rozwoju dziecka. Julek od początku nie był kompatybilny z tymi szczeblami rozwojowymi. Idzie do przodu całkowicie po swojemu.  Nie wiem, dokąd dobrnie. Matura, studia to nie jego bajka. Można być szczęśliwym i bez tego. Mnie w zupełności wystarczy, że będzie gadał. Po naszemu.
Wierzę też, że znajdzie się taki rodzaj pracy, którą będzie mógł wykonywać. Z tym swoim umiarkowanym, czy nawet znacznym upośledzeniem. Marzę, że nie będzie poważnie chorował.
A dzisiaj wystarczy mi, że po powrocie z placu zabaw, na który Krzyś wybrał się z Radkiem w czasie, gdy Julek popołudniowo drzemał, mój starszy syn relacjonuje, jak było: - Fajnie. Był też chłopiec z naszego przedszkola. Pytał mnie: a gdzie jest Julek?
Podobno kryło się w tym pytaniu rozczarowanie.