poniedziałek, 10 września 2012

Przymiarka

I poszedł jak burza. Julkonek. Chwycił ramię chodzika-pchacza, podniósł się, a że hamulce były zwolnione, to zabawka ruszyła. A Julek bez zastanowienia za nią. Przebierał swoimi nogami chyżo, dotrzymując kroku i rytmu „maszynie”. Szedł, normalnie szedł. Noga za nogą. Dwunożny Julek. A ile przy tym uciechy miał, a my z nim!
To pierwsza Julka tak poważna przymiarka do samodzielnego chodzenia. Może ten rok jednak podepcze? :)

piątek, 7 września 2012

Przegląd tygodnia


poniedziałek
Krzyś po przerwie wakacyjnej wraca do przedszkola. Radek do pracy. Rytm dnia na właściwe tory.

wtorek
Lewy jajcun ciągle nieobecny. Dzwonię umówić Julkowi zabieg. Sekretariat profesora osiągalny od ręki, profesor mniej. Spotkanie, zabieg, zabieg, ciągle na sali operacyjnej, proszę dzwonić jutro przed ósmą.
Krzyś zadowolony z przedszkola.

środa
Budzę się w dole. Dole downowym. Komunikacja Julka zabrnęła w ślepy zaułek. Julcio łazi, łazi i tylko łazi, a jego lotność umysłu jak stoi, tak stała. Porozumiewa się głównie za pomocą yyyyyyyyyyy, palcem wskazuje, gdy on ma na to ochotę, rzuca jedzeniem, no chyba że sam wyłowi z siatki bułkę. Wtedy wcina ją bez opamiętania. Bezsprzecznie słodki, ale ja chcę, żeby wiedział i był słodki.
Sekretariat profesora – zajęte. Rano, w południe, wieczorem.
Na poprawę humoru kupuję chłopakom kurtki na zimę.

czwartek
Ciągle zajęte. Wybieram każdy numer, który znajduję na stronie szpitala na Litewskiej. Dzwonię do pielęgniarek, lekarzy, administracji, dyrekcji, sprzątaczek. Wszędzie zajęte. Systemowy bojkot pacjenta?
Za to do mnie dodzwania się psycholog z OWI:
- Gdzie Julek? Miał być na zajęciach.
- Jakich zajęciach? Przecież rezygnowaliśmy w czerwcu. Nie ma kto go wozić.
- W środy grupa „mama i ja”, we czwartki indywidualne ze mną i rehabilitacja.
Nie mogę odpuścić. Szybka decyzja - zmniejszam wymiar etatu. Mam do tego prawo. W popłochu myślę, że jakoś damy sobie radę. Bylejakość wymykająca się spod kontroli. I znów ten strach. Przed jutrem z Julkiem. Krótka wewnętrzna w biurze dyskusja. Szefowa z koleżeństwem ustalają mi grafik, tak żebym nie traciła na tym finansowo i mogła Julka wozić na zajęcia. Chce mi się ryczeć. Tak po babsku. Ze wzruszenia. I radości. Pomimo dół trwa.

piątek
Ciągle zajęte. Przestaję dzwonić na numery zaczynające się od (22)522... . Wyszukuję na stronach szpitala zaczynające się inaczej. Pierwsza próba. JEST! Jest wreszcie ciągły sygnał. Za chwilę włącza się faks. Osz kurde belek! Drugi numer to samo. Pod trzecim ktoś wreszcie odbiera! Archiwum i kancelaria szpitala. Ale wreszcie wiem. Wiem, że w szpitalu awaria telefoniczna. Przynajmniej nie strajk jakiś. Tylko co czują ci, którym kontakt ze szpitalem jest potrzebny od zaraz?
Dobra zakątkowa dusza dodaje otuchy.
Wieczorem Julek i Krzyś razem pod prysznicem. Śmieją się. Ja z nimi. Fajnie mi. Pomału wychodzę z dołka.

czwartek, 30 sierpnia 2012

W zabawie

Wczoraj przyszłam do pracy z Krzysiem. Kolega ze swoim prawie trzylatkiem. Taki zrobiliśmy sobie za zgodą szefowej mały dzień dziecka w firmie. Chłopcy obznajmiali się ze sobą i sprzętem biurowym, Krzyś brylował przy niszczarce, Michał przy komputerze, rysowali, drukowali i wspólnie ganiali po korytarzyku. I nagle w tym ferworze zabawy Krzyś zawołał: - Ale gdyby Julek tu był, to by dopiero było!
Pierwszy raz to zrobił. Pomyślał o Julku i przywołał go. Swojego kompana do zabawy. :)

poniedziałek, 27 sierpnia 2012

Nie gadam, łażę

22 miesiące z Julkonkiem.
Od ostatniego miesiąca postępów w mowie nie dostrzegłam. Dedoki i mamowanie opanowane perfekcyjnie. To mu wystarcza. Mnie mniej. Ale co tam. Tu ten trzeci rządzi. Chromosom. Za to osiągi we wszelakich wspinaczakach osiągnęły niebezpieczne wyżyny. Julek włazi coraz śmielej i coraz wyżej, znajduje ekstremalne miejsca na wstawanie samodzielne, a potem chwieje się i leci w dół. Ja migiem błyskawicy mijam salon, żeby zdążyć złapać albo zapobiec. Nie ma granic jego wyobraźnia. No i zaczyna krokiem posuwistym przemierzać metry wzdłuż ściany i szafek w kuchni i nawet wokół stołu. Tu trzyma się jedną ręką blatu, drugą krzesła. Od krzesła do krzesła wzdłuż blatu. Nieźle to sobie wymyślił. Julkonek. :)
Jego rozwój to nie jest rytmiczna, systematyczna wędrówka pod górę, to jakieś wyboje. Łapie pion, kuma czaczę, a po chwili jakieś potknięcie i dziura w świadomości. Płynności żadnej. Żabie skoki. Nierówne i w różnych kierunkach. Do przodu, do przodu i w tył. Do przodu, do przodu i w tył. Więcej jednak do przodu. Więc mam się z czego cieszyć. :)

piątek, 24 sierpnia 2012

Truskawki moje

Kilka lat temu Radek kupił pnącą truskawkę. Nie pięła się wcale, owoców niewiele dawała. W tym roku porozsadzał krzewy i truskawka się rozszalała. Kwitnie przez całe lato i tym samym owocuje nieustannie. To kilka niedużych truskawek co parę dni, ale niewyobrażalnie słodkich. Ostatnio doszły jeszcze maliny, więc popołudniami ustalił się nam rytuał.
Zwykle po pracy i obiedzie idę do ogródka, gdzie zbieram słodki plon. Zawsze zbierze się mała miseczka. Wracam do domu albo na taras albo na ganek, siadamy razem i zaczyna się uczta. Jedna truskawka dla Krzysia, jedna dla Julka. Jedna dla Krzysia, jedna dla Julka. Chłopaki pilnują. :)) Krzyś liczy, a Julek wzrokiem sokolim pilnie tropi wędrówkę owoca. Jak za długo musi czekać, upomni się o swoje! Co piąty owoc trafia do mamy i taty. A we mnie wszystko spowalnia, pozostaje słodycz wspólnego rozkoszowania się deserem prosto z krzaczka.
Lubię te owocowe chwile.

Niemiłosiernie umorusani dzielą się słodyczą. Moje szczęścia!

środa, 22 sierpnia 2012

Popołudniowy kryzys

Krótkie podsumowanie końcówki wakacji. Krzyś nie chodzi do przedszkola, bo jego miało dyżur w lipcu. Julek nie chodzi wcale. Ciągle raczkuje. Wstawać też mu się nie chce. Za to z zapałem włazi na kanapę i czasem z niej spada. Ja chodzę już do pracy. Radek jeszcze ten tydzień urlopuje z chłopakami. Pomaga nieustannie babcia.
W tym galimatiasie Julek nie chce dwa razy drzemać. Bo Krzyś przykuwa uwagę, bo czasu szkoda na spanie. Jedna drzemka za mało, dwie za dużo. Kompromisu brak. Za to nerwy Julka sięgają zenitu tak akuratnie w okolicy mojego powrotu z pracy.
Popołudniu Julianos-kawaleros ma kryzys. Nic mu nie w smak. Delikatne smyrnięcie-zaczepka Krzysia doprowadza go do spazmów. Działania nie po jego myśli doprowadzają do spazmów. Zamknięte drzwi na taras doprowadzają … nie doprowadzają do piaskownicy – spazmy! Sprawdzone środki zastępcze (śpiew-wygłupy, zabawka nieoczywista, podrzut z obrotem itd. itp.) nie działają. Zmęczony Julek jest baaardzo rozdrażniony. Godzina 17.00 to jednak za wcześnie, żeby kłaść go do spania w piżamie i z butlą na dobranoc, a za późno na drugą drzemkę. Obłaskawiamy więc Julka. Gdy coś go zaskoczy i wyrwie z trybów jęczenia, jest dobrze. I nawet radośnie. Do wieczorynki jest jak młody bóg. :) 

Wczoraj Julkowe jęki przerwała kąpiel u dziadków za płotem.
 Dzisiaj rajd cyrkowy na arenie przydomowej.

A jutro?

sobota, 18 sierpnia 2012

Wakacje cz. 3

Wczoraj po kolacji było tak. Zaździerz. Ośrodek „12 Dębów”. Na schodach prowadzących do jeziora pomarańczowo. Prawie każdy w zakątkowej koszulce. Zespołowo tłoczymy się do pamiątkowej fotki. Koniec zlotu. Koniec czterech niezwykłych dni.
Zaczęło się tak. We wtorek wylądowaliśmy w jakiejś zadrzewionej, uroczej dziurze bez zasięgu telefonicznego i internetowego, gdzie mimo jeziora nie było komarów (może pojedyncze zbłąkane).
Na małej przestrzeni tłoczą się niesamowici ludzie, których mogłam nie spotkać, gdyby mój syn urodził się zdrowy. Zdrowo i z dystansem pokpiwam sobie z zespołu, w piaskownicy natykam na babki z piasku i te gadkujące. Integracja kwitnie. Moje dzieci biegają z innymi, zespołowe mieszają się z niezespołowymi, mój młodszy włazi wszędzie gdzie tylko może, a jak nie może, to protestuje, starszy kumpluje się z każdym, kto chce i potrafi się bawić, ślubny znajduje kompana do wspólnych rozmów i żartów, ja przechodzę ze znajomości wirtualnych do rzeczywistych, dni mijają ciurkiem, nie przynosząc nudy za to nowe i nowe atrakcje, znajomości, odkrycia.
Dopada mnie ambiwalencja. ;) Nie znoszę dodatkowego chromosomu, który zabrał Julkowi samodzielne życie, ale jednocześnie przyznać muszę, że przy jego udziale wiele ... pozytywnego wydarza się w naszym rodzinnym życiu. I tej optymistycznej wersji chcę się trzymać.