Na weekend majowy zaplanowałam Julkowi wycieczkę rowerową. Celem był Park Ujazdowski, w którym znajduje się zrewitalizowany plac zabaw, nie tylko dla małych dzieci.
Mieliśmy jechać w sobotę, ale nieoczekiwanie wskoczyły nam w plany imieniny dziadka. Ruszyliśmy więc w niedzielę rano, żeby zdążyć przed upałem. W skm-ce przykuli moją uwagę pasażerowie, ewidentnie biegacze, wielu z elementami narodowymi. Był 3 maja. Sięgnęłam po informację i zonk. W Warszawie jest Bieg Konstytucji. Plac Trzech Krzyży, fragmenty Alei Ujazdowskich pozamykane. Bardzo na naszej trasie. Nie damy rady przejechać rowerami. Szybka zmiana planów. Julek mówi: ZOO. I to był dobry pomysł, ale nie miałam ze sobą zapięć do rowerów. Nie chciałam ryzykować pozostawienia rowerów bez zabezpieczenia, nawet jeśli stoją one tuż za budką ochroniarzy. Zanotowałam - zawsze miej ze sobą zapięcia.
Wysiedliśmy przy Stadionie. Pomyślałam: miał być warszawski park, niech będzie park warszawski. Ruszyliśmy do praskiego Parku Skaryszewskiego. Objechaliśmy stadion, lekko w górkę podjechaliśmy przy Moście Poniatowskiego i za chwilę wjeżdżaliśmy na główną aleję parku.
Ruszyliśmy w kierunku Jeziorka Kamionkowskiego. Idealna miejscówka na lody. Bar był już otwarty. Rozstawione leżaki zapraszały do relaksu. Chłonęliśmy spokój, kumkanie żab i lody o smaku kwaśnego urwisa. Dobry czas.
Zaciekawił nas półwysep, który mieliśmy z lewej strony. Postanowiliśmy ruszyć w tym kierunku. Poczuliśmy się jak bohaterowie przygody poszukując właściwej ścieżki (a niektóre wąskie były, wąziutkie), która zaprowadziłaby nas na półdziki przylądek. Fajna w tym parku jest jego przyjazność i naturalność. To niewymuskane, eleganckie Łazienki, ale całkiem konkretny fragment uporządkowanej natury, zapraszający do goszczenia się. Mnóstwo uprawiających jogging, spacerowiczów, młodych ludzi z kocami pod pachą poszukujących miejsca na piknik. Bardzo sympatyczne miejsce.
Dojechaliśmy do skrzyżowania Alei Zielenieckiej i ul. Jana Zamoyskiego. Minęliśmy go, objechaliśmy stację Warszawa Stadion, i pojechaliśmy w kierunku Mostu Świętokrzyskiego, skręciliśmy w lewo i znów jechaliśmy w kierunku Mostu Poniatowskiego, do plaży zwanej Poniatówką. Tutaj zrobiliśmy piknik.
Spędziliśmy na piasku około czterdzieści minut. Nie spieszyło nam się. Brak zapięć nie pozwalał oddalać się od rowerów, więc nie podeszliśmy do samej Wisły. A oboje mieliśmy na to ochotę.
Wróciliśmy ścieżką przy samej rzece do Mostu Świętokrzyskiego, skąd już rzut kamieniem do stacji Warszawa Stadion. Tym razem nie działała winda i rowery musiałam wtachać na peron. W tym mi Julek nie pomoże. Za to już całkiem sprawnie wprowadza swój rower do pociągu.
To była lajtowa, piknikowo-rekreacyjna wycieczka. Idealna na otwarcie sezonu. Znów sięgniemy po więcej.









