![]() |
Do skm-ki wsiadaliśmy za pięć czternasta. Po dwudziestu kilku minutach byliśmy w Sulejówku Miłosna. Po drodze drobne zakupy uzupełniające na tiramisu, który wymyśliłam sobie zrobić na niedzielny deser. W domu zawitaliśmy przed 15:00.
Ładny, zgrabny, miły. Uśmiech pełen wdzięku. Twardy negocjator. Lubi postawić na swoim i wszystkich na baczność. Dynamiczny, z poczuciem humoru i buntem na wynos. A, ma zespół Downa. Ciągle o tym zapominam. Serio. Tylko jego rozwój i ciekawskie spojrzenia przypominają czasem, że ma. Przed państwem - Julek, młodszy brat Krzysia. Obaj to moi synowi. Dumna z nich ja!
![]() |
Sterta drewna do ułożenia w drewutni.
W układaniu pomaga Julek. Jedno drewienko niesie prawie minutę. Dystans do pokonania jakieś trzydzieści metrów. Wraca pół minuty. Zabiera jedno drewienko. Niesie minutę. Wraca. Zabiera. Niesie. Po czwartej rundzie mówi, że gorąco. Boli plecy. Boli palec. Boli wszystko. Pokazuję na zegarku, że będziemy pracować dwadzieścia minut. Ja w swoim tempie, Julek w swoim. Dwadzieścia minut później wyrasta ładna ścianka ułożonego drewna. Zdecydowana większość została przyniesiona i ułożona przeze mnie.
Następnego dnia pomaga Krzysiek. Zostało trzy czwarte sterty. Plan działania jest prosty. Krzysiek znosi drewno, ja je układam. Po pół godzinie temat zostaje zamknięty. Drewno ułożone, brezent, na który zostało wysypane, posprzątany i złożony.
Z Julkiem przyjemnie spędza się czas wolny. Rower, kino, spacer na lody - można z nim w ciemno. To fakt.
Na konkretną robotę najlepiej z Krzyśkiem. Jeden warunek. Koniecznie trzeba znać się na zegarze nastolatka. Są dwa tryby. Pierwszy: już idę (czyli za plus-minus 15 minut będę). Drugi tryb: za chwilę (czas realizacji w przedziale od godziny do tygodnia).
Znasz się na synach, wiesz, jak organizować sobie życie. ;)
Pod koniec sierpnia byłam z Julkiem na zleconym przez naszą endokrynolog kontrolnym usg tarczycy i jamy brzusznej. Oba usg Julek miał robione dawno. Dawno temu.
Zasadniczo jest dobrze. Tarczyca obecna, bez stanów zapalnych. Narządy w jamie brzusznej bez niepokojących zmian. Mają się dobrze. Poza woreczkiem żółciowym, w którym złogi jak były, tak są (od urodzenia) i lewą nerką, w której wyrósł sobie kamyk niemałej wielkości 7,3 mm. Do tej pory nie dawał żadnych objawów. Ale jest. Obecny. Niedobrze.
Szczęśliwie kilka dni po usg miałam umówioną teleporadę z naszą panią doktor rodzinną. Zwyczajowo potrzebowałam skierowania na standardowe badania z krwi. W tym roku poprosiłam o uzupełnienie skierowania o badanie na przeciwciała tarczycy (prosiła endokrynolog). Przy okazji skonsultowałam wynik usg. Wysłuchałam, jakie objawy może dawać kamień w nerce i otrzymałam skierowanie do poradni urologicznej.
W szpitalu na Żwirki i Wigury, w którym objęci jesteśmy opieką kardiologiczną, poradni stricte urologicznej nie ma. W Centrum Zdrowia Dziecka umawiając się na pierwszą wizytę, oprócz skierowania trzeba wysłać skan badań, na podstawie którego kierownik poradni ustala kolejkę. Zrezygnowałam. Nasz "zwykły" kamień przegrywa ze skomplikowanymi i złożonymi schorzeniami, z którymi najpewniej z całej Polski zjeżdżają pacjenci. Ostatecznie wydzwoniłam poradnię przy szpitalu w Warszawie na Kopernika. Termin mamy 25 października.
W piątek, 20 września pobranie krwi.
We czwartek, 26 września wizyta u endokrynologa. Prawdopodobnie wizytę przełożę, bo nieoczekiwanie szykuje się Julkowi dwudniowa wycieczka klasowa do Łodzi (25-26.09).
Oba usg wykonałam prywatnie tego samego dnia, jedno po drugim. Znalazłam placówką na Pradze Południe Kindermedica, w której pracują różnoracy specjaliści radiolodzy. Szybkie terminy, profesjonalna obsługa. Koszt obu badań 440 zł. Pokryliśmy ze środków na Julka subkoncie. Dziękujemy.
Chciałam już wcześniej, nie do końca byłam gotowa. Potem kolejna fala upałów. Aż pojawiło się na horyzoncie okienko pogodowe. Wiedziałam, że musi być rano, kiedy nie ma dużo ludzi. Julkiem nie martwiłam się wcale. Był na tak. Plan wycieczki bardzo mu się spodobał. Krzysiek wolał pospać, a Radek nabawił się kontuzji kolana. Z roweru przesiadł się na motor.
Wsiedliśmy więc na rowery sami i o 8:40 w niedzielę ruszyliśmy w kierunku stacji Sulejówek Miłosna (4,5 km). Po 20 minutach wsiadaliśmy do pociągu. Naszą stacją docelową była Warszawa Stadion, skąd zaczynała się nasza pierwsza (i chyba nie ostatnia) warszawska wycieczka rowerowa.