środa, 21 maja 2025

Zielona Szkoła

W ubiegłym tygodniu Julek spędził cztery dni na Zielonej Szkole. Cieszył się na ten wyjazd już w kwietniu. Koledzy, bez mamy i taty, pakowanie walizki. Julek lubi wyjeżdżać. Lubi spać w innym miejscu. Doświadczać nowych wrażeń. 

W tym roku klasy 4-8 pojechały do ośrodka pod Giżyckiem. Prognozy pogody nie nastrajały pozytywnie. Zimno, wietrznie, ale przynajmniej miało nie padać. Dzieciom to w ogóle nie przeszkadzało. Humory wszystkim dopisywały. To była trzecia zielona szkoła 5a. Weterani wyjazdów. Dobrze przygotowani przez wychowawczynię na takie eskapady. 

Poniedziałek. Wyjazd o 8:30. Obiad już w ośrodku. Potem zajęcia sportowe, a wieczorem ognisko.





Wtorek. Świeci słońce. Wycieczka statkiem. Zwiedzanie twierdzy Boeyn. Wieczorem osiemnaste urodziny koleżanki z ósmej klasy. Impreza i dyskoteka.





Środa. Pogoda sprzyja. Zjazdy na oponie, gokarty, frytki i cola. Życie jest piękne.






Czwartek. Powrót do domu. Ale to dopiero po obiedzie. Jest jeszcze leśny survival. Wspólne budowanie szałasu. Nasłuchiwanie odgłosów przyrody.






Zabrać dzieci ze szkoły specjalnej, o różnym stopniu sprawności, o ograniczeniach na różnym poziomie na zieloną szkołę to nie lada wyczyn. Cieszy mnie to ogromnie, że Julek może uczestniczyć w takich wydarzeniach. Dzięki nim buduje swoje doświadczenie, uczy się samodzielności i swoich emocji. W znanym i przyjaznym środowisku łatwiej. Bezpieczniej. Pewniej. 

I ta radość z bycia z kumplami. Na tym wyjeździe Julek spał w pokoju z Antkiem i Jankiem. Choć Julek lubi wszystkie dzieci ze swojej klasy, to właśnie ta dwójka chłopców najczęściej pojawia się w opowieściach Julka. Kumple. Tak ważni w życiu każdego nastolatka.

Nie ma znaczenia, że Julek wrócił przeziębiony. Statystycznie rzadko choruje. Cieszę się, że spędził wspaniały czas w swoim środowisku. Wspaniale zaopiekowany przez wychowawczynię panią Edytę Płocha. 

Tegoroczny wyjazd na Zieloną Szkołę mogliśmy sfinansować ze środków, zgromadzonych na Julka subkoncie. Dziękujemy ❤

piątek, 16 maja 2025

Artipelag

Artipelag to centrum sztuki współczesnej wybudowne w 2012 r. przez Bjorna Jacobsona - właściciela firmy Babybjorn produkującej znane na całym świecie nosidełka i w ogóle ekcesoria dla niemowląt. Bogaty gość. Razem z żoną wychowywali się na Archipelagu Sztokholskim, ukochali to miejsce tak jak sztukę i postanowili zostawić coś po sobie. Tak powstał Artipelag. Miejsce wyjątkowo urokliwe. Wśród drzew i skał, nad brzegiem morza wyrósł budynek wtapiający się w otoczającą go naturę. 

Wzdłuż brzegu ciągnie się ścieżka, przy której wyrastają nieoczywiste instalacje artystyczne i rzeźby. Wewnątrz budynku jest miejsce na stałe i czasowe ekspozycje (nie skorzystaliśmy), jest obszerny lunch bar (schroniliśmy się w nim przed deszczem, zamówiliśmy kawę i czekoladę, ja jeszcze skusiłam się na kawałek pysznego brownie) i wspaniała toaleta, żywcem przypominająca jaskinię sztuki. 
















Z Tyresö do Artipelagu mieliśmy 40 minut jazdy samochodem. Pojechaliśmy tam w piątek - ostatnią dobę pobytu w Szwecji. Bardzo intryguje mnie ta poszarpana linia brzegowa i zatoka usiana tysiącami wysp - mniejszych, większych i malutkich jak łupinka orzecha. Jasne, że z brzegu nie dojrzeliśmy fenomenu Archipelagu Sztokholmskiego. To wycieczka na inną porę roku, najlepiej statkiem. Na marginesie do Artipelagu też można przypłynąć statkiem ze Sztokholmu, ale sezon zaczynał się od 3 maja. Ale to że Artipelag tak mocno wrośnięty jest w naturalną przestrzeń, którą tworzy brzeg morza, słony jego zapach, wiatr, wilgoć wody, sosny, skały, daje namiastkę klimatu całego archipelagu. Byliśmy oczarowani tym miejscem. 

czwartek, 15 maja 2025

Södermalm

Södermalm to dzielnica w południowej części centrum Sztokholmu. Znana m.in. z "Millenium" Stiega Larssona. To tutaj hakerka Lisabeth Salander kupiła apartament i tutaj Mikael Blomkvist mieszkał i pracował. Kiedyś fascynowałam się tą trylogią. Mgliste wspomnienia zostały. Chciałam tu dotrzeć. Do Södermalm przespacerowaliśmy się z Gamla stan, mijając urokliwe nabrzeże. Przysiedliśmy na huśtawce. Z lewej strony rozpościerał się widok zachodniej części dzielnicy.




W Södermalm przeszliśmy się jedną z głównych ulic, szukając jakiejś kawiarni. Bardzo chciało nam się kawy. Wdepnęliśmy przez przypadek do cafe, w którym siedzieli sami Szwedzi, ewidentnie stali bywalcy tego miejsca. Zapach kawy mieszał się z zapachem wina. Rozmowy ucichły, w naszą stronę powędrowały taksujące spojrzenia. Nie pasowaliśmy tutaj. Szybko wycofaliśmy się. Przecznicę dalej była kolejna kawiarnia, też pełna Szwedów, starszych Szwedów. Tutaj wypiliśmy kawę (ja z Radkiem), i czekoladę (Krzysiek z Julkiem). Naładowani energią ruszyliśmy urokliwymi uliczkami w kierunku Mariaberget.



Mariaberget to wzgórze, z którego rozpościera się atrakcyjny widok miasta. Zacna panorama. Warto tutaj wejść.



I choć wiedziałam, że zaledwie musnęliśmy Södermalm, musieliśmy wracać. Byliśmy umówieni z mamą i wujkiem. Eksplorację tego miejsca odkładam na półkę "kiedyś/innym razem".  Z Mariaberget powędrowaliśmy w kierunku stacji metra Slussen. Ulice tutaj wiją się góra-dół. Lubię tak.



niedziela, 11 maja 2025

Sztokholm

Sztokholm jest rozległy, malowniczo położony. Mówią o nim Wenecja Północy. Rzeczywiście dużo mostów, woda, jedna wyspa płynnie przechodzi w kolejną wyspę. Z atrakcji turystycznych zaliczyliśmy Gamla stan (starówkę), uroczystą zmianę warty przy Zamku Królewskim (urodziny króla Karola XVI Gustawa, który dłużej panuje niż ja żyję), Ogród Króla, w którym aleja drzewek wiśni jeszcze nie rozkwitła (podarunek dla króla od cesarza Japonii, wiśnie posadzono pod koniec lat 90.), kilka stacji metra, które przypominają galerię sztuki i kawałek Södermalm. 

Chodziliśmy po stolicy Szwecji w środę i we czwartek. Pierwszego dnia pojechaliśmy tam z wujkiem i moją mamą. Pokręciliśmy się po Gamla stan i rodzeństwo postanowiło wrócić. Nie te siły. Nie ta para w nogach. Stwierdziło. Zostaliśmy sami.



 








Ruszyliśmy przed siebie, bez większego planu. Plan jednak po chwili natknął się na nas. Krzysiek stwierdził, że jest głodny. Julek podchwycił melodię. Dwóch nastolatków matczyne kanapki w plecaku nie zadowolą. Zastrzegłam - tylko nie McDonald. Krzyś z generacji internetowych moli, znalazł miejsce, sprawdził drogę i pokierował nami (muszę przyznać, że dobrą ma orientację w terenie). To była ta część wycieczki, w której opuściliśmy typowo turystyczne centrum. Znaleźliśmy się w wielkomiejskiej przestrzeni ze sklepami, biurami, sporym ruchem ulicznym. Taka Warszawa po szwedzku.

Doszliśmy do K25 - strefy gastronomicznej na Kungsgatan. Wewnątrz były bary z greckim, azjatyckim, tureckim jedzeniem. Fast food w szwedzkim klimacie. Chłopaki zamówili burgery i bagietki z kurczakiem w Mama. Zacne porcje w przyzwoitej cenie. Po posiłku powędrowaliśmy w kierunku Södermalm.

We czwartek - obeznani już z komunikacją - po przedpołudniu w Tyresö z wujkiem i mamą - pojechaliśmy autem do Gullmarsplan, gdzie zostawiliśmy auto na parkingu park&ride i wsiedliśmy do metra. Podziwialiśmy główną stację przesiadkową T-centrallen, która przypominała kopalnię i stację, na której wysiedliśmy - Ogród Króla. 



Park Króla tętni życiem. Pełny był nie tylko turystów, ale i Szwedów. Podziwialiśmy aleję japońskich wiśni. To nie był ich czas kwitnienia. U nas w Polsce wiosna w pełni, w Sztokholmie ledwo rozwinięte liście. Wietrznie, zimno, słońce oszczędnie dzieli się swym ciepłem.




Stąd powędrowaliśmy w kierunku Gamla stan. W miejsce, które widzieliśmy dzień wcześniej. Teren nie był już tak obcy. To ten moment, gdy nieznany teren zaczyna być z lekka oswojony.



W Sztokholmie korzystaliśmy z transportu miejskiego. Działa podobnie jak w Warszawie. Są bilety czasowe, grupowe, dobowe, trzydniowe itd. Trzeba mieć aplikację, żeby kupić bilet. Można ustawić w niej angielski. Obsługa aplikacji jest bardzo prosta. Gdy miałam bilet grupowy musiałam go „kasować” przy wejściu do autobusu (przy kierowcy jest urządzenie, do którego przykładałam kod QR). W metrze podchodziłam do budki z pracownikiem metra, w której jest takie urządzenie. Po „skasowaniu” biletu, otwierało się wejście, przez które wszyscy po kolei wchodziliśmy. Z pojedynczym biletem przechodziłabym tak jak u nas przez bramkę, przykładając bilet do skanera na bramce. Bilety dużo droższe niż w Warszawie. Opcja grupowy na 75 minut kosztował 26 SE (10 zł) ulgowy za osobę i 43 SE (16 zł) normalny - łącznie za naszą czwórkę płaciłam 52 zł. Dobowy kosztował 180 SE (70 zł) normalny i 110 SE (42 zł) ulgowy (w Warszawie odpowiednik kosztuje 26 zł normalny i 13 zł ulgowy). 

Parkowanie w Sztokholmie w każdej części miasta jest płatne. Ba, na osiedlu u wujka jest płatne. W Tyresö są wyznaczone miejsca, na których można zaparkować za darmo, ale tylko przez 3 godziny na dobę. Do parkowania też potrzebne są aplikacje. Najpopularniejsza nie współpracowała z moim telefonem. Krzysiek załadował na swoim. Za trzy godziny parkowania płaciliśmy ok. 12 zł.