Pogoda. Raz zaczęła się ulewa, gdy dotarliśmy do Polany, raz wiało niemiłosiernie, innym razem było zwyczajnie zimno, a w tym roku szalał upał. Znalezienie cienia na pięknej, rozległej Rusinowej Polanie nie należy do łatwych zadań.
Wybraliśmy się w cztery rodziny w środku tygodnia. Zawsze zaczynamy od Wierchu Poroniec. Droga jest łatwa i tylko na początku wyraźnie pod górę, potem to przyjemny spacer lekko wzwyż. Julek nie był tego dnia pozytywnie nastawiony. Szedł bez przyjemności. Zasadniczo był na nie. Nauczyłam się już, że w tym jego nastoletnim „nie” muszę go zostawić. Nie zabawiać na siłę, nie rozchmurzać, po prostu być obok. Nastolatek z fochem to trudny przeciwnik. Jest trochę jak sztorm - mocne uderzenie, dużo szumu, mogą być szkody, ale przechodzi z czasem.
Dlatego szliśmy w milczeniu. Towarzyszyła nam Ada - moja dorosła już kumpela z zespołem Downa. Po prawdzie dla mnie to też nie był łatwy dzień. Upał, z którym źle sobie radzę - to jedno, ale Orla Perć, którą tego dnia od brzasku wzięli na cel Krzysiek z Maćkiem - to drugie. Myślałam o ich wymagającej wycieczce. Wiadomość o śmierci turystki na tym szlaku dwa dni wcześniej wcale nie pomagała. I choć byłam spokojna o przygotowanie chłopaków, gdzieś z tyłu głowy czaił się niepokój. Dzięki systematycznym sygnałom od Krzyśka z trasy, nie rozrósł się do niebotycznych rozmiarów i nie odebrał mi przyjemności, które serwował nam ten dzień.
Wreszcie doszliśmy do Rusinowej Polany. W bacówce nie było serków-sznurówek, które Julek bardzo lubi. Doceniam, że przyjął na klatę ich brak i zadowolił się oscypkami, które sam wybrał. Był czas na relaks.
| Próba z kijkami |
Gdy Julek odpoczął, posilił się, wypił elektrolity z butelki pepsi-coli, odtajał. "Nie" zniknęło. Pojawił się uśmiech.
A potem jeszcze dał się namówić na zachwyt panoramą Tatr Słowackich i małą sesję z rodzicami.
Byliśmy gotowi na wędrówkę do Zazadni.
Na pewno gotowi? :D
Tego dnia w santktuarium na Wiktorówkach nie było dużo ludzi. Chwila odpoczynku i ruszyliśmy w dół.
Wspólne wędrowanie w gronie, z którym od lat jeździmy w góry, ma tę ogromną zaletę, że w krytycznych momentach (zwątpienia, zmęczenia, olaboga! niedamrady!, irytacji) samoistnie, naturalnie i bez spiny zamieniamy się dziećmi. I wtedy dzieją się cuda i dziwy. Rodzic łapie oddech (bo jęki obcego dziecka już tak nie wkurzają), dziecko mobilizuje się, bo z nie-mamą czy nie-tatą to nawet fajnie się idzie. Z lekka zatarta maszyna turystyki zespołowej znów nabiera tempa. Tempa baaardzo zróżnicowanego. Ale to nic. Przecież idziemy dalej. Do celu.
I druga zaleta - dbamy o siebie. I gdy część z nas człapie, bo akurat taka jest tej chwili potrzeba, a druga część kończy już wędrówkę i łapie taksówkę, to robi to tak, żeby ta pierwsza też się załapała. Taksówki są dwie. Jedna wiezie tych, co skończyli trasę, a druga cierpliwie czeka na tych, co jeszcze człapią. (Złap popołudniu na Zazadniej busa zjeżdżającego z Morskiego Oka, który ma tyle wolnego miejsca, żeby zgarnąć większą grupę.)
Gdy docieraliśmy do pensjonatu, dostałam wiadomość od Krzysia, że są na przełęczy Krzyżne. Odetchnęłam. Skończyli Orlą Perć. Wprawdzie czekało ich żmudne schodzenie do hali gąsienicowej, a potem jeszcze do Brzezin, ale wiedziałam, że są już bezpieczni. Bez przewyższeń, ekspozycji i przepaści.
![]() |
| Zdj. Krzysiek. Pożyczony kask od Igi na Kozim Wierchu |

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz