niedziela, 3 lutego 2013

Zorro berek

Gdy nuda zagląda nam w oczy, a w głowie nie ma pomysłów na jej brak, to łapię się ostatniej deski ratunku i wołam… BEREK! I się zaczyna. Krzyś mnie goni. Julek ochoczo podąża za nami. Biegamy w kółko. Potem chwytam Julka, ładuję na plecy i trening mam z głowy. Krzyś berkuje, potem ja, znowu Krzyś, Julek z radochy aż piszczy. Jest uciecha, jest zabawa!
Dziś dla odmiany był berek zorrowaty. Krzyś wyciągnął przebranie z balu (które przykrył dwutygodniowy kurz, tak dawno był bal) i wszedł w rolę na cały prawie dzień. Zorro berek. Zorro dachowiec. Zorro kosz. Zorro don Krzyś.
A Julek gnał za Krzysiem.
Ja za Julkiem.
Ochota na sen za mną.
I przeminęło sprintem. :)





piątek, 1 lutego 2013

W OWI

Julek w OWI na Pilickiej czuje się jak ryba w wodzie. :)
Z panem Pawłem (szatniarzem) zaprzyjaźniony (lubi władować mu się na ręce i chętnie wymienia numerek na ubranie), do dzieci podchodzi z zaciekawieniem (do tych płaczących niepewnie), maskotki w poczekalni musztruje, do znanych sobie terapeutów mknie z prędkością światła (za mną nie oglądając się wcale).
W piątki ma zajęcia indywidualne. Z panią Anią (pedagogiem) i panem Michałem (rehabilitantem). Ja w tym czasie mam czas dla siebie. Dla siebie (!). Zwykle czytam. Albo gadam przez telefon. Albo obserwuję ludzi.
Dziś w rejestracji stanęli młodzi rodzice z maleństwem na rękach. W towarzystwie zagubienia i strachu.To była ich pierwsza wizyta. W oczach dziewczyny ujrzałam siebie sprzed dwóch lat. Tak samo z niedowierzaniem i paniką ogarnęła wzrokiem ludzi siedzących w poczekalni. – Co ja tutaj robię? To nie moja bajka! – niemo krzyczała(m).
Ta obcość nowego nieprzygotowanego poraża.
Potem staje się codziennością. Oswojoną, zwykłą codziennością. Można się w niej z wzajemnością odnaleźć. :)

wtorek, 29 stycznia 2013

Bańki

Julek zapłakał, bo nie wyszło mu tak, jak chciał. Czyli włożyć za duży klocek do za małej dziury. Rozżalił się bardzo. Na cały świat. Moje pocieszanie na nic. Moja demonstracja klocek do dziury na nic. Miał już w nosie klocek. Był wieczór i na kolację niewiele zjadł. Julek wszedł na tryb NIE. I wtedy Krzyś rozdmuchał bańki, wołając: - Julek, popatrz, bańki! I Julek zostawił żal. Ze śmiechem zajął się łapaniem baniek.
To było coś! Krzyś znalazł sposób na żałość Julka. Sam, nieproszony, pomysłowy. Zaimponował mi mój starszy syn. :)

niedziela, 27 stycznia 2013

Bajka na dobranoc

Dziś bajka na dobranoc (taka z dzieciństwa mojego).
Dawno temu całkiem przystojny król chciał siać złoto. Zamiast wyrosły mu łany zielska.
Król rozzłościł się paskudnie! Zielsko wyrwał z korzeniami, kijami wygrzmocił, potem do wody wrzucił i jeszcze kamieniami przytopił. Ale któregoś dnia przechadzał się nad stawem (pewno w towarzystwie pięknej damy dworu) i ujrzał wystające łodygi tego zielska. Zagotował się z wściekłości. Wyciągnął łodygi z wody, zostawił na słońcu, żeby uschły. Na wiór. Ale znów któregoś dnia (pewno na przejażdżce konnej z piękną damą dworu) ujrzał to dziwne zielsko i złość wróciła. Straszna złość! Zaczął więc wysuszone łodygi włócznią obijać. Obijał i obijał. I jeszcze raz. I jeszcze. Żeby zniszczyć. Raz a dobrze. Nie udało się. Na koniec więc chciał  spalić to, co z zielska zostało – jakieś włókna białe. I wtedy pojawił się staruszek, który podarował ziarno, z którego miało wyrosnąć złoto. Staruszek wziął to włókno, wyczesał je i utkał z niego materiał. Piękny, lniany materiał.
A na koniec staruszek rzekł do króla: - To że królu len wyrwałeś, wymłóciłeś, moczyłeś go w wodzie, a potem wysuszyłeś i na końcu międliłeś, to dobrze. Bo tak włókno powstało. A z niego len. Ale żeś to wszystko królu w złości robił, to źle. Źle. Bo na nic ci ona i jak kamień ciąży.
Gdy urodził się Julek, wszystkie czynności, które przy nim wykonywałam – karmienie, przewijanie, tulenie, ubieranie, umawianie specjalistów, oliwką nacieranie, kąpanie, wstawanie w nocy, robiłam na wdechu, z plątaniną negatywnych emocji i taką sobie miłością. Gdy przyszła akceptacja - pieszo i bez fanfarów jak lato Brzechwy - wykonywałam te same czynności. W innym jakościowo towarzystwie: z miłością bezwarunkową, zaróżowionymi emocjami i lekkim oddechem.
To niewiarygodna ulga. Być pogodzonym. :)  

sobota, 26 stycznia 2013

Juluś Puchatek

I przyszła ta chwila, gdy trzeba się przed Julkiem chować z jedzeniem. Choćby był po obfitym posiłku, gdy widzi, że ktokolwiek przekąsza cokolwiek, jest przy jedzącym. I buczy. Sępi kawałek.
Stałam się Matką od Biszkoptów. Gdy wracam z pracy, Julek zaraz przy mnie staje, wyciąga ręce i choć gagatek nie gada, zrozumiale kieruje wyprawą do kuchni. Wie, w której szafce. Domaga się deseru. Mlaszcze, cmoka, chce biszkopta. Dam, radość pełna. Nie dam, płacz wielki, protest, bunt. Zagaduję, ręką mnie odpycha. Daję coś w zamian, rzuca obrażony. Muszę na wyżyny swojej pomysłowości się wspiąć, żeby głowę Julka oderwać od świdrującej ochoty na małe co nieco.
W tygodniu trudno jest zgrać nasze posiłki. Zjadamy więc obiad na kolację Julka, żeby w tym samym czasie pożywić się wspólnie. To najlepsza metoda na naszego buczącego nie-głoda.
Pilnujemy diety Julka. Pięć posiłków, mniej więcej o tej samej porze. Słodycze w minimalnych ilościach. Czekolada wycofana. Na cukierki embargo. Żeby nie było ciężko, nie ma lekko nasz chłopak.
Bo jak to mawia mój Radek: - To żaden sukces nakarmić Julka.

środa, 23 stycznia 2013

Karnawał

Dla rozstresowania (się) i zmęczenia materiału (onych, czyli dzieci) zarządziłam dziś imprezę. A co, karnawał w rozkwicie! Włączyliśmy na ful naszą zdartą płytę i tańce odchodziły, że hej! Krakowiaczek jeden zainicjował nasze disco, przejechaliśmy się pociągiem, tym z daleka, który na nikogo nie czeka, powywracaliśmy przy kółku graniastym i bęc! Fajnie było. Potem pić się chciało, a spać przez to wcale nie więcej.
Jak obiad ugotuję dzień wcześniej na dziś (i jutro) i mam większość domowych spraw ogarniętych, to całe popołudnie jest dla chłopaków. Jak dzisiaj. Lubię takie dziś.

To julkowa wersja rączek pod boczki :)

Tu pociąg jedzie :)

Krzyś wymięka

Julek rapuje ;)

wtorek, 22 stycznia 2013

Przedszkolny dylemat

Uruchomiłam dziś julkową papierologię przedszkolną. Żeby rozpocząć jakiekolwiek starania o przedszkole potrzebne jest nam orzeczenie o potrzebie kształcenia specjalnego. To wydaje poradnia psychologiczno-pedagogiczna (PPP) właściwa dla miejsca zamieszkania. Wykonałam więc telefon i umówiłam Julka na trzy spotkania: z psychologiem, lekarzem i pedagogiem specjalnym. W drugiej połowie lutego.
Pani psycholog, z którą rozmawiałam, zapytała mnie, do jakiego przedszkola chcę posłać Julka. Rzekłam, że w związku z brakiem w naszej gminie integracyjnego, chciałabym go posłać do ogólnego. Pod warunkiem, że Julek będzie miał nauczyciela wspomagającego. Pani skrzywiła się lekko i zasugerowała przedszkole specjalne w Warszawie. Nie widząc Julka, nie mając opinii psychologa z OWI, od razu wysłała nas do specjalnego. Dla odmiany skrzywiłam się ja.
O rany! Nie noszę różowych okularów. I nie potrzebuję na papierze stwierdzenia, w jakim stopniu jest upośledzony Julek. Widzę przecież, jak odbiega od swoich rówieśników. I wiem, że nie nadgoni niektórych zaległości. Nigdy. Wiem, że edukacja Julka będzie wymagała specjalnej placówki, ale my jesteśmy na etapie przedszkola!
I nie chcę wysyłać Julka do zwykłego przedszkola dlatego, że pragnę na siłę udowodnić, że się do niego nadaje. Chcę to zrobić z czysto pragmatycznych powodów. Przedszkole jest blisko domu, chodzi do niego Krzyś i wychowawcy nas znają. Julek wielu rzeczy uczy się przez naśladownictwo. To świetny trening samodzielności. Dzieci w tym wieku nie odrzucą Julka.
Integracyjnych w Warszawie jest wiele, ale mogę brać pod uwagę te, które są na drodze do mojej pracy albo tuż obok niej (mam takie dwa, cieszą się dobrą opinią). Integracyjne jest bardziej dostosowane do dzieciaków takich jak Julek. Mniej ryzyka, że nie odnajdzie się w grupie. Tyle że wiąże się to z wożeniem Julka codziennie 30 km w jedną i drugą stronę. Woziłam tak Krzysia do żłobka przez pół roku i wiem, jak to jest. To ostateczna konieczność.
Nie boję się zawalczyć o Julka. Boję się, że mój wybór będzie niewłaściwy.
Dlatego czekam na czwartkowe spotkanie z panią Dorotą z OWI jak na zbawienie. Zbawienie moich rozterek. To rozsądna osoba. Prowadzi Julka od oseska. Może prosto i z mostu wybije mi z głowy pomysł z przedszkolem ogólnym. I sprawa stanie się jasna. Cholera.
Halo, przepraszam, czy ktoś mówił, że będzie łatwo?