Kilka dni zajęło nam wejście w rytm nadmorskiego wakacjowania. Rytm bez większych zgrzytów, otarć i żalów. Krzyś znalazł kumpli do gry w nogę, Julek swoje wiaderko, które z zieloną jaszczurką vel kameleonem spełniają doskonałą rolę towarzyszy plażowania. Wspólnie łazimy po śniadaniu nad morze, po obiedzie na gokardy i lody, a popołudniami staje się rozłam. Krzyś z kolegami gania po ośrodku, gra w piłkę i znika nam z pola wiedzenia. Towarzystwo rówieśników górą. A my z Julkiem wędrujemy na plażę i gofry. Taplamy się w morzu, razem budujemy zamek dla jaszczura, gramy w piłkę. Julek to doskonały towarzysz codzienności.
Każdy z synów ma swój świat. Coraz bardziej od siebie odległy. Dzisiaj mnie to nie martwi. Nad wszystkim czuwa silna więź braterska.
Ładny, zgrabny, miły. Uśmiech pełen wdzięku. Twardy negocjator. Lubi postawić na swoim i wszystkich na baczność. Dynamiczny, z poczuciem humoru i buntem na wynos. A, ma zespół Downa. Ciągle o tym zapominam. Serio. Tylko jego rozwój i ciekawskie spojrzenia przypominają czasem, że ma. Przed państwem - Julek, młodszy brat Krzysia. Obaj to moi synowi. Dumna z nich ja!
środa, 9 sierpnia 2017
niedziela, 6 sierpnia 2017
Wakacje Malbork
W drodze nad morze zatrzymaliśmy się w Malborku.
Planując ten przystanek wybrałam trasę rodzinną, przeznaczoną dla dzieci. Niecałe dwie godziny z przewodnikiem w formie opowieści o zamku, zakonie krzyżackim i dawnych czasach w przystępny, ciekawy sposób. Dzieci w trakcie wędrówki po zamku odgadywały zagadki, za każdą otrzymywały w nagrodę literkę, z której na samym końcu utworzyły po łacińsku hasło. To hasło było im potrzebne na spotkanie z Wielkim Mistrzem, który pasował każdego odkrywcę na rycerza. Potem był tor przeszkód i pisanie gęsim piórem. Słowem niezła zabawa w samym środku zamczyska z cegły, pamiętającego średniowieczne czasy.
Wycieczka bardziej pod Krzysia. Dla Julka opowieści pani przewodnik były za trudne i raczej niezrozumiałe. Ale dzielnie podążał z grupą dzieci, czasem mając dość, czasem miewając swoje fiksacje (no bo kto zawiesza na dziedzińcu ze starą studnią konstrukcje udające artystyczne, z białego tworzywa, przypominające ogromniaste kokony, dzieciom sieci Spidermana - był więc spiaderman i spiderman wymawiany przez Julka w swoim jedynym rodzaju, który rozumiem ja i najbliższe otoczenie i za nic nie chciał ruszać dalej). Na koniec dał się pasować na rycerza, siedząc jednak na moich, zamiast klęcząc na swoich kolanach. Wielki Mistrz okazał jednak wielkie zrozumienie dla szczególnego kandydata na rycerza i wspierał chłopaka do samego końca.
Zamek robi wrażenie. Opowieści jeszcze większe. Niestety od pewnego momentu trzeba było podążać bardziej za Julkiem, jak za panią przewodnik. Myślę jednak, że każdy z nas wyniósł coś z tej wycieczki.
Planując ten przystanek wybrałam trasę rodzinną, przeznaczoną dla dzieci. Niecałe dwie godziny z przewodnikiem w formie opowieści o zamku, zakonie krzyżackim i dawnych czasach w przystępny, ciekawy sposób. Dzieci w trakcie wędrówki po zamku odgadywały zagadki, za każdą otrzymywały w nagrodę literkę, z której na samym końcu utworzyły po łacińsku hasło. To hasło było im potrzebne na spotkanie z Wielkim Mistrzem, który pasował każdego odkrywcę na rycerza. Potem był tor przeszkód i pisanie gęsim piórem. Słowem niezła zabawa w samym środku zamczyska z cegły, pamiętającego średniowieczne czasy.
Wycieczka bardziej pod Krzysia. Dla Julka opowieści pani przewodnik były za trudne i raczej niezrozumiałe. Ale dzielnie podążał z grupą dzieci, czasem mając dość, czasem miewając swoje fiksacje (no bo kto zawiesza na dziedzińcu ze starą studnią konstrukcje udające artystyczne, z białego tworzywa, przypominające ogromniaste kokony, dzieciom sieci Spidermana - był więc spiaderman i spiderman wymawiany przez Julka w swoim jedynym rodzaju, który rozumiem ja i najbliższe otoczenie i za nic nie chciał ruszać dalej). Na koniec dał się pasować na rycerza, siedząc jednak na moich, zamiast klęcząc na swoich kolanach. Wielki Mistrz okazał jednak wielkie zrozumienie dla szczególnego kandydata na rycerza i wspierał chłopaka do samego końca.
Zamek robi wrażenie. Opowieści jeszcze większe. Niestety od pewnego momentu trzeba było podążać bardziej za Julkiem, jak za panią przewodnik. Myślę jednak, że każdy z nas wyniósł coś z tej wycieczki.
czwartek, 3 sierpnia 2017
Wakacje Toruń
Gdy planowałam mobilną część naszych wakacji, nie zastanawiałam się nad Julka nieumiłowaniem łażenia. Trudno. Będzie jak zwykle. Jeszcze na barana można chłopaka wziąć. W ostateczności. Ostatniej ostateczności.
Poszukałam jedynie w miarę blisko noclegu do miejsca naszych peregrynacji. O atrakcje nie martwiłam się. Wiem, że Julek film chętnie obejrzy i w interaktywnych zajęcio-warsztatach weźmie udział, a wszelkie przedstawienia przyjmie z zaciekawieniem. Powoli moi synowie wyrastają z placów zabaw. Owszem wciąż są to miejsca w kręgu ich zainteresowań. Przykuwają uwagę i chętnie tam biegną. Starszy na rzut okiem i szybką penetrację terenu, młodszy dla towarzystwa. Gdy go brak i nuda zagląda na drabinki, złazi i chce do domu. Całkiem poważną alternatywą stały się więc inne rozrywki.
Stąd pomysł na Toruń. Dwudniowy przystanek w drodze na północ.
Wczoraj planetarium i film "Mój kumpel Niko" (o Mikołaju Koperniku), który Krzyś przyjął z rezerwą, Julek gestem jeszcze.
Dziś Żywe Muzeum Piernika, w którym Wiedźma Korzenna i Mistrz Piernikarski uczyli nas robić pierniki, żywo przy tym i bardzo ciekawie opowiadając o składnikach, tajnikach i pieczeniu tychże smakołyków. Potem wędrówka tymi samymi uliczkami co wczoraj, trochę więcej i dłużej, żeby na koniec znaleźć się w Domu Legend Toruńskich i poznać Toruń od ciekawszej strony. I w tym naszym włóczeniu z punktu A do punktu B i bez celu, też powoli, leniwie, rozwlekle Julek zapomniał się. I łaził na własnych i tylko własnych nogach. Mnie wprawiając w osłupienie. Bo wyrażenie "na barana" nie zaistniało, choć jeszcze dwa dni wcześniej nie złaziło z ust syna. Dziecko szło wszędzie chętnie, przy tym kulturalnie nie zapominając przywitać się, pożegnać, przeprosić, gdy trzeba i podziękować. Zapominam czasem, że Julek ma zespół Downa.
Krzyś z atrakcji toruńskich najwyżej ocenił (poza lodami) Dom Legend Toruńskich. I wcale mu się nie dziwię. Dla mnie informacje o tradycji pieczenia pierników mogą być ciekawe, bo lubię pierniki i chętnie dowiedziałam się o nich czegoś więcej. Dla Krzysia liczy się sam efekt. Smakołyk. A nie to, jak powstaje. Za to legendy opowiadane w podziemiach, ze ścianami i podłogą wymalowaną adekwatnie do opowieści, z zaangażowaniem uczestników do ról, działają na wyobraźnię. Krzyś zagrał giermka, stoczył jako flisak pojedynek i budował krzywą wieżę. Julek siedział zafascynowany i chłonął atmosferę miejsca. Nie był gotowy do współuczestniczenia w legendarnym spektaklu. Do flaków i wytrawnego wina trzeba dorosnąć. ;)
Poszukałam jedynie w miarę blisko noclegu do miejsca naszych peregrynacji. O atrakcje nie martwiłam się. Wiem, że Julek film chętnie obejrzy i w interaktywnych zajęcio-warsztatach weźmie udział, a wszelkie przedstawienia przyjmie z zaciekawieniem. Powoli moi synowie wyrastają z placów zabaw. Owszem wciąż są to miejsca w kręgu ich zainteresowań. Przykuwają uwagę i chętnie tam biegną. Starszy na rzut okiem i szybką penetrację terenu, młodszy dla towarzystwa. Gdy go brak i nuda zagląda na drabinki, złazi i chce do domu. Całkiem poważną alternatywą stały się więc inne rozrywki.
Stąd pomysł na Toruń. Dwudniowy przystanek w drodze na północ.
Wczoraj planetarium i film "Mój kumpel Niko" (o Mikołaju Koperniku), który Krzyś przyjął z rezerwą, Julek gestem jeszcze.
Dziś Żywe Muzeum Piernika, w którym Wiedźma Korzenna i Mistrz Piernikarski uczyli nas robić pierniki, żywo przy tym i bardzo ciekawie opowiadając o składnikach, tajnikach i pieczeniu tychże smakołyków. Potem wędrówka tymi samymi uliczkami co wczoraj, trochę więcej i dłużej, żeby na koniec znaleźć się w Domu Legend Toruńskich i poznać Toruń od ciekawszej strony. I w tym naszym włóczeniu z punktu A do punktu B i bez celu, też powoli, leniwie, rozwlekle Julek zapomniał się. I łaził na własnych i tylko własnych nogach. Mnie wprawiając w osłupienie. Bo wyrażenie "na barana" nie zaistniało, choć jeszcze dwa dni wcześniej nie złaziło z ust syna. Dziecko szło wszędzie chętnie, przy tym kulturalnie nie zapominając przywitać się, pożegnać, przeprosić, gdy trzeba i podziękować. Zapominam czasem, że Julek ma zespół Downa.
Krzyś z atrakcji toruńskich najwyżej ocenił (poza lodami) Dom Legend Toruńskich. I wcale mu się nie dziwię. Dla mnie informacje o tradycji pieczenia pierników mogą być ciekawe, bo lubię pierniki i chętnie dowiedziałam się o nich czegoś więcej. Dla Krzysia liczy się sam efekt. Smakołyk. A nie to, jak powstaje. Za to legendy opowiadane w podziemiach, ze ścianami i podłogą wymalowaną adekwatnie do opowieści, z zaangażowaniem uczestników do ról, działają na wyobraźnię. Krzyś zagrał giermka, stoczył jako flisak pojedynek i budował krzywą wieżę. Julek siedział zafascynowany i chłonął atmosferę miejsca. Nie był gotowy do współuczestniczenia w legendarnym spektaklu. Do flaków i wytrawnego wina trzeba dorosnąć. ;)
Wakacje początek
Uczciwie przyznać muszę, że nasze wakacje zaczęły się w sobotę. Najpierw przyjechał Krzyś z babcią Krysią. Po trzech tygodniach nieobecności w domu. Twierdzi, że to on przywiózł ze sobą słońce. Za chwilę później przyjechała Kasia z Piotrem i dwoma synami oraz psem. Kika bardzo spodobała się Julkowi. Julek Kice jakby trochę mniej. ;)
Jeden wieczór, jedna noc, jeden spacer. Wystarczyły, żeby zainaugurować urlop.
Julek piechur kiepski. Jęczał, sapał, targował się, żeby brać go na barana, siadał w poprzek drogi. Nie współpracował za dobrze. Szło się z nim jak zwykle. Trudno.
Ale spacer po okolicy zaliczyliśmy. Przy okazji odnajdując zabłąkanemu szczeniakowi wielkości jałówki drogę do swoich. Kosztowało nas to mały wsteczny i jeszcze więcej wysiłku w wywalczaniu wędrówki na własnych nogach (Julek). :)
I niedziela minęła prędziutko. Goście pojechali dalej. A ja nie musiałam w poniedziałek wstawać skoro świt. Chwilo trwaj! :D
Czarno na białym, że łazić synowi młodsemu się nie chciało.
Jeden wieczór, jedna noc, jeden spacer. Wystarczyły, żeby zainaugurować urlop.
Julek piechur kiepski. Jęczał, sapał, targował się, żeby brać go na barana, siadał w poprzek drogi. Nie współpracował za dobrze. Szło się z nim jak zwykle. Trudno.
Ale spacer po okolicy zaliczyliśmy. Przy okazji odnajdując zabłąkanemu szczeniakowi wielkości jałówki drogę do swoich. Kosztowało nas to mały wsteczny i jeszcze więcej wysiłku w wywalczaniu wędrówki na własnych nogach (Julek). :)
I niedziela minęła prędziutko. Goście pojechali dalej. A ja nie musiałam w poniedziałek wstawać skoro świt. Chwilo trwaj! :D
Czarno na białym, że łazić synowi młodsemu się nie chciało.
![]() |
| Fot. Kasia Szulc-Kłembukowska |
Subskrybuj:
Posty (Atom)

