Jajecznie zrobiło się z rana.
Chłopaki usiedli do pisanek. Każdy zdobił własną techniką, rozmachem i natchnieniem. Julka natchnienie objęło dwie pisanki. Od początku do końca wymalowane przez niego. Samodzielnie, po całości jaja. Krzyś machnął trzy, Radek wyskrobał cztery, ja na pewno jedną, specjalną, urodzinową.
Tak się nam Wielka Sobota gościnnie w urodziny Radka wpasowała. Przygarnęliśmy ją na tort, to i świeczki z Radkiem zdmuchnęła.
A teraz już świątecznie.
Życzę spokojnych, rodzinnych świąt.
Niech to Życie w nas rozbuja się, czyniąc nas silnymi, mocnymi i zdolnymi do wysiłku, do zmagania z codziennością, z własnymi słabościami.
Niech ustąpi niechciejstwo, marudzenie, szaruga.
Niech rozprzestrzeni się w nas Wiosna. A sił nabiorą nadwątlone nadzieja, wiara i miłość.
Ładny, zgrabny, miły. Uśmiech pełen wdzięku. Twardy negocjator. Lubi postawić na swoim i wszystkich na baczność. Dynamiczny, z poczuciem humoru i buntem na wynos. A, ma zespół Downa. Ciągle o tym zapominam. Serio. Tylko jego rozwój i ciekawskie spojrzenia przypominają czasem, że ma. Przed państwem - Julek, młodszy brat Krzysia. Obaj to moi synowi. Dumna z nich ja!
sobota, 26 marca 2016
piątek, 25 marca 2016
Fryzjer
Fryzjer nasty raz ten sam.
To samo krzesło, ta sama miła, cierpliwa p. Ania. ten sam sprzęt.
Julek o kilka miesięcy starszy. O kilka fochów dojrzalszy.
Dotrwał do połowy strzyżenia. I zaciął się.
Moje zabawiania, teatrzyki, telefony, śpiewania, wygłupy, spinki-krokodyle i stawania na rzęsach nie dawały rady na Julka: NIE! Postanowił zakończyć ten schemat.
Miałam dwa wyjścia.
Pozwolić Julkowi zejść z krzesła w połowie roboty - jedna strona w przydługich strąkach, druga elegancko przystrzyżona. Lub spacyfikować histerię Julka, wziąć go w silny rodzicielski uścisk i pozwolić p. Ani dokończyć dzieło.
Wybrałam drugie rozwiązanie i do teraz kac moralny mnie trzyma.
Nie wiem, czy gwałt zadawany na własnym dziecku wart jest estetycznej fryzury. Nie wiem, czy histeryczny protest bez obiektywnej przyczyny powinien zostać pozytywnie rozpatrzony.
Gdy złaził z fotela, miał wybroczyny na policzkach od płaczu.
Zwyczajnie, jak zawsze p. Ani strzygła nożyczkami Julka włosy.
To samo krzesło, ta sama miła, cierpliwa p. Ania. ten sam sprzęt.
Julek o kilka miesięcy starszy. O kilka fochów dojrzalszy.
Dotrwał do połowy strzyżenia. I zaciął się.
Moje zabawiania, teatrzyki, telefony, śpiewania, wygłupy, spinki-krokodyle i stawania na rzęsach nie dawały rady na Julka: NIE! Postanowił zakończyć ten schemat.
Miałam dwa wyjścia.
Pozwolić Julkowi zejść z krzesła w połowie roboty - jedna strona w przydługich strąkach, druga elegancko przystrzyżona. Lub spacyfikować histerię Julka, wziąć go w silny rodzicielski uścisk i pozwolić p. Ani dokończyć dzieło.
Wybrałam drugie rozwiązanie i do teraz kac moralny mnie trzyma.
Nie wiem, czy gwałt zadawany na własnym dziecku wart jest estetycznej fryzury. Nie wiem, czy histeryczny protest bez obiektywnej przyczyny powinien zostać pozytywnie rozpatrzony.
Gdy złaził z fotela, miał wybroczyny na policzkach od płaczu.
Zwyczajnie, jak zawsze p. Ani strzygła nożyczkami Julka włosy.
poniedziałek, 21 marca 2016
Zestaw ćwiczeń ten sam
Wróciliśmy po słodkim lenistwie do pracy.
A że ostatnio z energią do działania nie jest mi po drodze, ograniczam się do powtórek. Słuchanie przede wszystkim. Książeczka z płytą (ciągle część 1.) codziennie rano wędruje do przedszkola, popołudniu odbieram ją razem z Julkiem po to, żeby w domu odsłuchać po raz trzeci. I ostatni danego dnia. Julek poddaje się rytuałowi bez większego już marudzenia. Nonszalancko paluchem wskazuje sylaby, znudzony wyprzedza lektora. Gada: ba-nan, ba-ran, bu-da, flagowe bo-bas, fa-so-la, (do)-mi-no itp. Jedne wyrazy bezbłędnie, inne kompletnie niezrozumiale (co mnie niezmiennie rozbawia, bo przekonanie Julka o właściwej artykulacji jest niewątpliwe). Kto zgadnie, co znaczy popota?
I ćwiczymy czasowniki. Zestaw ten sam.
Julek sam już odpowiada, że bobas/chłopiec/pani/pan/dziewczynka (w zależności co za wykonawca czynności jest na obrazku): je, myje, pije, czyta, stoi, siedzi, idzie, (ma)luje, (ry)suje. Wszystkie pozostałe pięknie za mną powtarza. Pięknie w sensie, że chętnie, bo nie że zrozumiale.
I rozgryzłam już Julka (rzecz mało odkrywcza).
To, co mu znane, obmacane, wyćwiczone, powtórzone, robi bez szemrania.
Nowe rzeczy najczęściej odrzuca. Omija. Nie chce wysiłku. W tym punktach spalam się szybko. I wracam do obszarów poznanych. Nabieram sił, żeby nowe zamienić w poznane. Zaczynam lubić pracę z Julkiem.
A że ostatnio z energią do działania nie jest mi po drodze, ograniczam się do powtórek. Słuchanie przede wszystkim. Książeczka z płytą (ciągle część 1.) codziennie rano wędruje do przedszkola, popołudniu odbieram ją razem z Julkiem po to, żeby w domu odsłuchać po raz trzeci. I ostatni danego dnia. Julek poddaje się rytuałowi bez większego już marudzenia. Nonszalancko paluchem wskazuje sylaby, znudzony wyprzedza lektora. Gada: ba-nan, ba-ran, bu-da, flagowe bo-bas, fa-so-la, (do)-mi-no itp. Jedne wyrazy bezbłędnie, inne kompletnie niezrozumiale (co mnie niezmiennie rozbawia, bo przekonanie Julka o właściwej artykulacji jest niewątpliwe). Kto zgadnie, co znaczy popota?
I ćwiczymy czasowniki. Zestaw ten sam.
Julek sam już odpowiada, że bobas/chłopiec/pani/pan/dziewczynka (w zależności co za wykonawca czynności jest na obrazku): je, myje, pije, czyta, stoi, siedzi, idzie, (ma)luje, (ry)suje. Wszystkie pozostałe pięknie za mną powtarza. Pięknie w sensie, że chętnie, bo nie że zrozumiale.
I rozgryzłam już Julka (rzecz mało odkrywcza).
To, co mu znane, obmacane, wyćwiczone, powtórzone, robi bez szemrania.
Nowe rzeczy najczęściej odrzuca. Omija. Nie chce wysiłku. W tym punktach spalam się szybko. I wracam do obszarów poznanych. Nabieram sił, żeby nowe zamienić w poznane. Zaczynam lubić pracę z Julkiem.
Światowy Dzień Osób z Zespołem Downa 2016
Święto Julka i jego zespołu.
Światowy Dzień Osób z Zespołem Downa.
To ja tradycyjnie zaserwuję wam z tej okazji portret Julka w 21 odsłonach. Ta rokroczna analiza mojego dziecka staje się nieźle udokumentowanym poświadczeniem postępów, rozwoju i zmian zachodzących w Julku. Niezmienne tylko pozostają mój nieobiektywny zachwyt synem i niewątpliwa miłość do niego.
Julek to łobuz.
Łobuz uroczy, zawadiacki i czarujący.
Gdy spsoci coś, nawet nieznośnie, nie da się na niego długo gniewać. Zgodne co do tego są: panie w przedszkolu, babcie i Aura. Aura to zaprzyjaźniony labrador.
Zawodowy naśladowca. Gestów, nieskomplikowanych układów choreograficznych i słów.
Uwaga! Julek zaczyna gadać.
Najczęściej mówi: mama, tata, Ksys.
Gdy jeszcze dorzuca: Julek vel Julas, znaczy, że ma swój ważny kawałek świata w zasięgu wzroku.
Asekurant. Nieznany teren ostrożnie bada i poznaje.
Boi się pająków i ciemności.
Uwielbia kakao, rodzynki i obsługiwać youtube'a (wszystkie piosenki są jego).
Bywa uparty, ale i skory do kompromisów. Można się z Julkiem dogadać. Konieczna jednak specjalizacja z cierpliwości. Drugiego stopnia. Harvardzka.
Potrafi w skupieniu i wytrwale uczyć się przy biurku. I przy tym samym biurku wykręcać się doskonale.
Ma kapitalne poczucie humoru. Julka gotowość do śmiechu i podatność na wygłupy nie raz odwracały bieg zapłakanych wydarzeń.
Płacz. Płacz - prawdziwy i udawany - to świetnie (czyt. świadomie) używane przez Julka narzędzie do negocjacji z Krzysiem, stawiania na swoim i odmawiania współpracy.
Współpraca z Julkiem. Bywa solidna, obiecująca i efektywna. Czasem jej nie ma. Czasem zamienia się w często.
Julek to już świadomy użytkownik nocnika, W ubiegłym roku zdobył tytuł Faceta Bez Wpadek.
Nadal lubi pieszczoty. Mocne, codzienne, uzależniające.
Zaczyna śpiewać. Choć jeszcze nie trzyma melodii.
Umie już skakać.
Pięknie się uśmiecha. Bezinteresownie, bezpretensjonalnie i szczerze.
Julek jest moim wyzwaniem, wytchnieniem i wszystkim.
Światowy Dzień Osób z Zespołem Downa.
To ja tradycyjnie zaserwuję wam z tej okazji portret Julka w 21 odsłonach. Ta rokroczna analiza mojego dziecka staje się nieźle udokumentowanym poświadczeniem postępów, rozwoju i zmian zachodzących w Julku. Niezmienne tylko pozostają mój nieobiektywny zachwyt synem i niewątpliwa miłość do niego.
Julek to łobuz.
Łobuz uroczy, zawadiacki i czarujący.
Gdy spsoci coś, nawet nieznośnie, nie da się na niego długo gniewać. Zgodne co do tego są: panie w przedszkolu, babcie i Aura. Aura to zaprzyjaźniony labrador.
Zawodowy naśladowca. Gestów, nieskomplikowanych układów choreograficznych i słów.
Uwaga! Julek zaczyna gadać.
Najczęściej mówi: mama, tata, Ksys.
Gdy jeszcze dorzuca: Julek vel Julas, znaczy, że ma swój ważny kawałek świata w zasięgu wzroku.
Asekurant. Nieznany teren ostrożnie bada i poznaje.
Boi się pająków i ciemności.
Uwielbia kakao, rodzynki i obsługiwać youtube'a (wszystkie piosenki są jego).
Bywa uparty, ale i skory do kompromisów. Można się z Julkiem dogadać. Konieczna jednak specjalizacja z cierpliwości. Drugiego stopnia. Harvardzka.
Potrafi w skupieniu i wytrwale uczyć się przy biurku. I przy tym samym biurku wykręcać się doskonale.
Ma kapitalne poczucie humoru. Julka gotowość do śmiechu i podatność na wygłupy nie raz odwracały bieg zapłakanych wydarzeń.
Płacz. Płacz - prawdziwy i udawany - to świetnie (czyt. świadomie) używane przez Julka narzędzie do negocjacji z Krzysiem, stawiania na swoim i odmawiania współpracy.
Współpraca z Julkiem. Bywa solidna, obiecująca i efektywna. Czasem jej nie ma. Czasem zamienia się w często.
Julek to już świadomy użytkownik nocnika, W ubiegłym roku zdobył tytuł Faceta Bez Wpadek.
Nadal lubi pieszczoty. Mocne, codzienne, uzależniające.
Zaczyna śpiewać. Choć jeszcze nie trzyma melodii.
Umie już skakać.
Pięknie się uśmiecha. Bezinteresownie, bezpretensjonalnie i szczerze.
Julek jest moim wyzwaniem, wytchnieniem i wszystkim.
niedziela, 20 marca 2016
Leniwa niedziela
Zalegliśmy dziś na kanapie. Zaraz po poświęceniu palemek i zjedzeniu placka z marchewką, którego wczoraj późnym popołudniem wspólnie z chłopakami ukręciłam i upiekłam.
Zawodowo zalegliśmy, ogłaszając czas wolny od obowiązków. Niechciejstwo szponiaste nas zagarnęło.
Radek serfował w necie, Julek dostał tableta, Krzyś przyniósł "Olbrzyma", którego czytałam na głos. Potem była zmiana. Krzyś czytał "Karolcię" po cichu, ja drzemałam obok Radka, który nadal latał po necie, Julek grał na tablecie. I znów była zmiana: chłopaki oglądali "Księżniczkę Zosię", ja nic nie robiłam, Radek nic nie robił obok.
Całkiem świadomie, z premedytacją i słodką rozkoszą, bez poczucia winy poszłam sobie dziś na wagary i żadnego materiału z Julkiem nie przerobiłam. Jedynie tuzin pieszczot, gilgotków i tulasów. Tak gdzieś pomiędzy grą na tablecie a bajką w telewizorni.
W żadnym konkursie na perfekcyjną mamę nie biorę udziału.
Zawodowo zalegliśmy, ogłaszając czas wolny od obowiązków. Niechciejstwo szponiaste nas zagarnęło.
Radek serfował w necie, Julek dostał tableta, Krzyś przyniósł "Olbrzyma", którego czytałam na głos. Potem była zmiana. Krzyś czytał "Karolcię" po cichu, ja drzemałam obok Radka, który nadal latał po necie, Julek grał na tablecie. I znów była zmiana: chłopaki oglądali "Księżniczkę Zosię", ja nic nie robiłam, Radek nic nie robił obok.
Całkiem świadomie, z premedytacją i słodką rozkoszą, bez poczucia winy poszłam sobie dziś na wagary i żadnego materiału z Julkiem nie przerobiłam. Jedynie tuzin pieszczot, gilgotków i tulasów. Tak gdzieś pomiędzy grą na tablecie a bajką w telewizorni.
W żadnym konkursie na perfekcyjną mamę nie biorę udziału.
wtorek, 15 marca 2016
Książkowy ludek
Wczoraj przyjęłam do wiadomości że:
wygrałem-konkurs-na-najlepszeczytanie-doprzedstawienia i będęwystępował-napasowniuna-czytelnika-dlapierwszychklas i naśrodęmamumiećtekst-napamięć, któryjużznamwzasadzie, więc
luuuuz mamuś. Faktycznie Krzyś tekst umiał.
Dziś dowiedziałam się, że ten ludek książkowy, w
którego rolę wciela się Krzyś, to ma trochę wyglądać jak ludek książkowy.
Zgrzytnęłam zębami. Wyobraźnia wzięła urlop.
Kreatywność zaniemogła. Za to wielka nieochota na angażowanie się w kolejne-nowe-coś utknęła jak ość. Tak. Nie chcę. Nie chce mi się. Zostawcie mnie. W. Spokoju.
Dziecko spojrzało wymownie.
Wytachałam więc pudło z różnymi ciuchami do
przebieranek. I znalazłam kapelusz (Kasiu SZ-K, widzisz, poznajesz?!). Pióro zrobiłam z
sosny (jak ludek to koniecznie spokrewniony z leśnym). Wyjęłam przyciasną coś
już marynarkę. A co tam. Spodnie, bluzka niegalowe. Książka w łapę, tym razem
jako rekwizyt. I książkowy ludek, proszę bardzo, jest. Reklamacji nie uwzględniam.
;)
poniedziałek, 14 marca 2016
Kukuryku
Nowa gra.
Kukuryyyku.
Prosta jak drut.
Julka drut nie obchodzi. Julka interesuje efekt.
Odwróciłam kartonik, ujrzałam koguta i zapiałam (to jedna z zasad gry). Śmiechem uraczył mnie syn. I tak już pozostało. Zafiksował się na koguta. Pojął, że aby go znaleźć, trzeba odwrócić wszystkie kartoniki. Ale jak już znalazł, był jego. przywłaszczony, do odwracania ciągłego. Żeby piać. Pieją kury, pieją, nie mają koguta. Oj mają, oj mają! Taaak sobie nucę.
Między jednym kogutem a drugim zdążyłam wydębić od Julka nazwy zwierząt. A jest ich tu trochę: krowa, świnia, koń, mucha, żaba, kaczka. kura, pies. Musiał odpowiedzieć na pytanie: kto to jest? Liczyliśmy też do trzech. Znaczy ja liczyłam. Julek naśladował. Bo zabawa jest wtedy, gdy odwrócone są trzy te same zwierzaki. Kto pierwszy wyda odgłos tego trzeciego, zdobywa żeton. Za koguta dwa. I to koguta już jednego.
Gdy dzisiaj do zabawy wkroczył Krzyś, Julek nadal szukał i przywłaszczał koguta. Za to piałam z Krzysiem na zmianę. Wyglądało to tak. Krzyś odwraca kartonik (żaba), ja odwracam kartonik (pies), Julek odwraca kartonik (kogut) - pieje Krzyś, pieję ja, Julek w śmiech. Następna kolejka: Krzyś odwraca kartonik (mucha), ja odwracam kartonik (żaba), Julek odwraca kartonik (kogut) - pieje Krzyś, pieję ja, Julek w śmiech. Następna kolejka: Krzyś (kura), ja (koń), Julek (kogut) - pieje Krzyś, pieję ja, Julek w śmiech. I następna, następna (ko, ko, kukuryyyku), następna (kum, kum, kukuryyyyku), do samego końca.
A nie, wróć! do chwili, gdy dyrygent Jul przerywa kolejność:
- Ksys nie. Ja! - palcem wskazuje na siebie dla podkreślenia wagi stwierdzenia.
Śmieje się Krzyś, śmieję się ja, Julek wkracza do gry.
Kukuryyyku.
Prosta jak drut.
Julka drut nie obchodzi. Julka interesuje efekt.
Odwróciłam kartonik, ujrzałam koguta i zapiałam (to jedna z zasad gry). Śmiechem uraczył mnie syn. I tak już pozostało. Zafiksował się na koguta. Pojął, że aby go znaleźć, trzeba odwrócić wszystkie kartoniki. Ale jak już znalazł, był jego. przywłaszczony, do odwracania ciągłego. Żeby piać. Pieją kury, pieją, nie mają koguta. Oj mają, oj mają! Taaak sobie nucę.
Między jednym kogutem a drugim zdążyłam wydębić od Julka nazwy zwierząt. A jest ich tu trochę: krowa, świnia, koń, mucha, żaba, kaczka. kura, pies. Musiał odpowiedzieć na pytanie: kto to jest? Liczyliśmy też do trzech. Znaczy ja liczyłam. Julek naśladował. Bo zabawa jest wtedy, gdy odwrócone są trzy te same zwierzaki. Kto pierwszy wyda odgłos tego trzeciego, zdobywa żeton. Za koguta dwa. I to koguta już jednego.
Gdy dzisiaj do zabawy wkroczył Krzyś, Julek nadal szukał i przywłaszczał koguta. Za to piałam z Krzysiem na zmianę. Wyglądało to tak. Krzyś odwraca kartonik (żaba), ja odwracam kartonik (pies), Julek odwraca kartonik (kogut) - pieje Krzyś, pieję ja, Julek w śmiech. Następna kolejka: Krzyś odwraca kartonik (mucha), ja odwracam kartonik (żaba), Julek odwraca kartonik (kogut) - pieje Krzyś, pieję ja, Julek w śmiech. Następna kolejka: Krzyś (kura), ja (koń), Julek (kogut) - pieje Krzyś, pieję ja, Julek w śmiech. I następna, następna (ko, ko, kukuryyyku), następna (kum, kum, kukuryyyyku), do samego końca.
A nie, wróć! do chwili, gdy dyrygent Jul przerywa kolejność:
- Ksys nie. Ja! - palcem wskazuje na siebie dla podkreślenia wagi stwierdzenia.
Śmieje się Krzyś, śmieję się ja, Julek wkracza do gry.
Subskrybuj:
Posty (Atom)