Gdy planowałam mobilną część naszych wakacji, nie zastanawiałam się nad Julka nieumiłowaniem łażenia. Trudno. Będzie jak zwykle. Jeszcze na barana można chłopaka wziąć. W ostateczności. Ostatniej ostateczności.
Poszukałam jedynie w miarę blisko noclegu do miejsca naszych peregrynacji. O atrakcje nie martwiłam się. Wiem, że Julek film chętnie obejrzy i w interaktywnych zajęcio-warsztatach weźmie udział, a wszelkie przedstawienia przyjmie z zaciekawieniem. Powoli moi synowie wyrastają z placów zabaw. Owszem wciąż są to miejsca w kręgu ich zainteresowań. Przykuwają uwagę i chętnie tam biegną. Starszy na rzut okiem i szybką penetrację terenu, młodszy dla towarzystwa. Gdy go brak i nuda zagląda na drabinki, złazi i chce do domu. Całkiem poważną alternatywą stały się więc inne rozrywki.
Stąd pomysł na Toruń. Dwudniowy przystanek w drodze na północ.
Wczoraj planetarium i film "Mój kumpel Niko" (o Mikołaju Koperniku), który Krzyś przyjął z rezerwą, Julek gestem jeszcze.
Dziś Żywe Muzeum Piernika, w którym Wiedźma Korzenna i Mistrz Piernikarski uczyli nas robić pierniki, żywo przy tym i bardzo ciekawie opowiadając o składnikach, tajnikach i pieczeniu tychże smakołyków. Potem wędrówka tymi samymi uliczkami co wczoraj, trochę więcej i dłużej, żeby na koniec znaleźć się w Domu Legend Toruńskich i poznać Toruń od ciekawszej strony. I w tym naszym włóczeniu z punktu A do punktu B i bez celu, też powoli, leniwie, rozwlekle Julek zapomniał się. I łaził na własnych i tylko własnych nogach. Mnie wprawiając w osłupienie. Bo wyrażenie "na barana" nie zaistniało, choć jeszcze dwa dni wcześniej nie złaziło z ust syna. Dziecko szło wszędzie chętnie, przy tym kulturalnie nie zapominając przywitać się, pożegnać, przeprosić, gdy trzeba i podziękować. Zapominam czasem, że Julek ma zespół Downa.
Krzyś z atrakcji toruńskich najwyżej ocenił (poza lodami) Dom Legend Toruńskich. I wcale mu się nie dziwię. Dla mnie informacje o tradycji pieczenia pierników mogą być ciekawe, bo lubię pierniki i chętnie dowiedziałam się o nich czegoś więcej. Dla Krzysia liczy się sam efekt. Smakołyk. A nie to, jak powstaje. Za to legendy opowiadane w podziemiach, ze ścianami i podłogą wymalowaną adekwatnie do opowieści, z zaangażowaniem uczestników do ról, działają na wyobraźnię. Krzyś zagrał giermka, stoczył jako flisak pojedynek i budował krzywą wieżę. Julek siedział zafascynowany i chłonął atmosferę miejsca. Nie był gotowy do współuczestniczenia w legendarnym spektaklu. Do flaków i wytrawnego wina trzeba dorosnąć. ;)
Ładny, zgrabny, miły. Uśmiech pełen wdzięku. Twardy negocjator. Lubi postawić na swoim i wszystkich na baczność. Dynamiczny, z poczuciem humoru i buntem na wynos. A, ma zespół Downa. Ciągle o tym zapominam. Serio. Tylko jego rozwój i ciekawskie spojrzenia przypominają czasem, że ma. Przed państwem - Julek, młodszy brat Krzysia. Obaj to moi synowi. Dumna z nich ja!
czwartek, 3 sierpnia 2017
Wakacje początek
Uczciwie przyznać muszę, że nasze wakacje zaczęły się w sobotę. Najpierw przyjechał Krzyś z babcią Krysią. Po trzech tygodniach nieobecności w domu. Twierdzi, że to on przywiózł ze sobą słońce. Za chwilę później przyjechała Kasia z Piotrem i dwoma synami oraz psem. Kika bardzo spodobała się Julkowi. Julek Kice jakby trochę mniej. ;)
Jeden wieczór, jedna noc, jeden spacer. Wystarczyły, żeby zainaugurować urlop.
Julek piechur kiepski. Jęczał, sapał, targował się, żeby brać go na barana, siadał w poprzek drogi. Nie współpracował za dobrze. Szło się z nim jak zwykle. Trudno.
Ale spacer po okolicy zaliczyliśmy. Przy okazji odnajdując zabłąkanemu szczeniakowi wielkości jałówki drogę do swoich. Kosztowało nas to mały wsteczny i jeszcze więcej wysiłku w wywalczaniu wędrówki na własnych nogach (Julek). :)
I niedziela minęła prędziutko. Goście pojechali dalej. A ja nie musiałam w poniedziałek wstawać skoro świt. Chwilo trwaj! :D
Czarno na białym, że łazić synowi młodsemu się nie chciało.
Jeden wieczór, jedna noc, jeden spacer. Wystarczyły, żeby zainaugurować urlop.
Julek piechur kiepski. Jęczał, sapał, targował się, żeby brać go na barana, siadał w poprzek drogi. Nie współpracował za dobrze. Szło się z nim jak zwykle. Trudno.
Ale spacer po okolicy zaliczyliśmy. Przy okazji odnajdując zabłąkanemu szczeniakowi wielkości jałówki drogę do swoich. Kosztowało nas to mały wsteczny i jeszcze więcej wysiłku w wywalczaniu wędrówki na własnych nogach (Julek). :)
I niedziela minęła prędziutko. Goście pojechali dalej. A ja nie musiałam w poniedziałek wstawać skoro świt. Chwilo trwaj! :D
Czarno na białym, że łazić synowi młodsemu się nie chciało.
![]() |
| Fot. Kasia Szulc-Kłembukowska |
piątek, 21 lipca 2017
Przelotem
Podczas, gdy my bujamy się wieczorną porą po okolicznych placach zabaw ...
... Krzyś uprawia na cały etat plażing na zmianę ze zjazdami i skokami do wody. Na deser zaś rozgrywa mecze na osiedlowym boisku. O tonach lodów nie wspomnę. I cóż się dziwić mój szczypiorku pobędę chętnie tu do wtorku. ;) Nie ma jak bielskie wakacje z babcią i dziadkiem. :)
... Krzyś uprawia na cały etat plażing na zmianę ze zjazdami i skokami do wody. Na deser zaś rozgrywa mecze na osiedlowym boisku. O tonach lodów nie wspomnę. I cóż się dziwić mój szczypiorku pobędę chętnie tu do wtorku. ;) Nie ma jak bielskie wakacje z babcią i dziadkiem. :)
czwartek, 13 lipca 2017
Poker
Komunikacja z Julkiem przypomina trochę grę w pokera.
Rozgrywam partyjkę dialogu.
Ja zdanie, Julek krótka odpowiedź. Ja zdanie, Julek odpowiedź. Sprawdzam. Jest strit - Julek zrozumiał przekaz.
Kolejne rozdanie.
Rzucam pytanie, Julek potakuje, kolejne pytanie, potaknięcie Julka. Sprawdzam. Blef. Julek nie zrozumiał.
Rozdanie.
Julek, zagramy mecz. Tak. Julek zagra z Krzysiem. Tak. Z kim Julek zagra mecz? (sprawdzam). Mama-tata-Ksys (blef). Dobieram nowy schemat. Sprawdzam. Kto zagra mecz? Julek, Ksys - wjeżdża karetą synek.
Wczorajsza partyjka.
Julek pojedziesz jutro do lekarza. Tak (tu: hasło dotoch plus gest badania stetoskopem). Nie, pojedziesz do innego lekarza (wstrzymuję się dzielnie z wyjęciem asa z rękawa i wyraz otorynolaryngolog nie pojawia się w tej rozgrywce). Będzie badał ci uszy (tu: udaję, że zaglądam w Julka jedno ucho i drugie). Będzie oglądał gardło (tu: udaję, że zaglądam w Julka gardło). Dotoch, ucho, juch (podbija Julek). No właśnie, doktor sprawdzi uszy, zbada jedno i drugie, i koniec. (K)oniec. (sprawdza Julek).
Kilka godzin później.
Julek, jedziesz jutro do lekarza? Tak. Co będzie badał lekarz? (sprawdzam). Ucho, ucho, palcem wskazanie na gardło. Proszę państwa, jest poker. Poker królewski!
Takie gadania cieszą najbardziej.
Rozgrywam partyjkę dialogu.
Ja zdanie, Julek krótka odpowiedź. Ja zdanie, Julek odpowiedź. Sprawdzam. Jest strit - Julek zrozumiał przekaz.
Kolejne rozdanie.
Rzucam pytanie, Julek potakuje, kolejne pytanie, potaknięcie Julka. Sprawdzam. Blef. Julek nie zrozumiał.
Rozdanie.
Julek, zagramy mecz. Tak. Julek zagra z Krzysiem. Tak. Z kim Julek zagra mecz? (sprawdzam). Mama-tata-Ksys (blef). Dobieram nowy schemat. Sprawdzam. Kto zagra mecz? Julek, Ksys - wjeżdża karetą synek.
Wczorajsza partyjka.
Julek pojedziesz jutro do lekarza. Tak (tu: hasło dotoch plus gest badania stetoskopem). Nie, pojedziesz do innego lekarza (wstrzymuję się dzielnie z wyjęciem asa z rękawa i wyraz otorynolaryngolog nie pojawia się w tej rozgrywce). Będzie badał ci uszy (tu: udaję, że zaglądam w Julka jedno ucho i drugie). Będzie oglądał gardło (tu: udaję, że zaglądam w Julka gardło). Dotoch, ucho, juch (podbija Julek). No właśnie, doktor sprawdzi uszy, zbada jedno i drugie, i koniec. (K)oniec. (sprawdza Julek).
Kilka godzin później.
Julek, jedziesz jutro do lekarza? Tak. Co będzie badał lekarz? (sprawdzam). Ucho, ucho, palcem wskazanie na gardło. Proszę państwa, jest poker. Poker królewski!
Takie gadania cieszą najbardziej.
wtorek, 11 lipca 2017
Wakacje
Nasze wakacje płyną przetestowanym, dobrze działającym planem. Największa sprawa to zorganizować czas Krzysiowi. Julek zaopiekowany w przedszkolu, ja z Radkiem w pracy. Krzyś absolutnie mógłby sam zostawać w domu, szczególnie że za płotem mieszkają dziadkowie, ale nie uśmiecha mi się wizja nieopanowanego grania na telefonie, ps czwórce na przemian z oglądaniem filmików na you tubie. Na boisko ciut za daleko, żeby sam mógł pojechać z nadzieją na towarzystwo gotowe rozegrać mecz.
Dlatego pierwszy etap wakacji Krzyś spędził z kumplami w szkole na zorganizowanym przez gminę Lecie w Mieście (grał w piłkę ile wlezie, odwiedził Sejm i Wedla, chodził z grupą na lody i codziennie mokrusieńkiego, zziajanego, ale szczęśliwego odbierałam z hali sportowej).
Julek w tym czasie w przedszkolu. Mama i tata w pracy.
Drugi etap wakacji ledwo się zaczął. Wyczekany mocno przez obie strony. Krzyś jest u babci Krysi i dziadka Ludwika. Spędzą razem resztę lipca. Ja mam spokój w sobie, Krzyś zapewnione wszystko. To wspólne bielskie razem zostało zainaugorowane wizytą u fryzjera. Dostał od nas zielone światło już wiosną, zapuszczał więc włosy, żeby móc zrobić w lipcu z głową co chce. Ekstrawagancji i wakacyjnego luzu nigdy dość, a Krzyś chciał się poczuć jak piłkarz reprezentacji Polski. ;)
Trzeci etap wakacji ma zarys. Kontury wyznacza konkretny termin mojego urlopu, któremu wszyscy musimy się podporządkować. Gdzieś ten czas wspólny spędzimy. ;) Plany nabierają rumieńców.
Czwarty etap - Krzyś w domu, Julek do przedszkola. Ja do pracy. Na jeden tydzień.
Bo potem przed nami ostatni - piąty etap. Tygodniowy turnus w Polanice. W towarzystwie rodziców i dzieci, które dobrze znam w większości z Zaździerza i naszych zakątkowych zlotów. Zabieram Krzysia. Będzie miał towarzystwo również niezespołowe.
Dni wakacyjne już ciurkiem sobie płyną...
Dlatego pierwszy etap wakacji Krzyś spędził z kumplami w szkole na zorganizowanym przez gminę Lecie w Mieście (grał w piłkę ile wlezie, odwiedził Sejm i Wedla, chodził z grupą na lody i codziennie mokrusieńkiego, zziajanego, ale szczęśliwego odbierałam z hali sportowej).
Julek w tym czasie w przedszkolu. Mama i tata w pracy.
Drugi etap wakacji ledwo się zaczął. Wyczekany mocno przez obie strony. Krzyś jest u babci Krysi i dziadka Ludwika. Spędzą razem resztę lipca. Ja mam spokój w sobie, Krzyś zapewnione wszystko. To wspólne bielskie razem zostało zainaugorowane wizytą u fryzjera. Dostał od nas zielone światło już wiosną, zapuszczał więc włosy, żeby móc zrobić w lipcu z głową co chce. Ekstrawagancji i wakacyjnego luzu nigdy dość, a Krzyś chciał się poczuć jak piłkarz reprezentacji Polski. ;)
Trzeci etap wakacji ma zarys. Kontury wyznacza konkretny termin mojego urlopu, któremu wszyscy musimy się podporządkować. Gdzieś ten czas wspólny spędzimy. ;) Plany nabierają rumieńców.
Czwarty etap - Krzyś w domu, Julek do przedszkola. Ja do pracy. Na jeden tydzień.
Bo potem przed nami ostatni - piąty etap. Tygodniowy turnus w Polanice. W towarzystwie rodziców i dzieci, które dobrze znam w większości z Zaździerza i naszych zakątkowych zlotów. Zabieram Krzysia. Będzie miał towarzystwo również niezespołowe.
Dni wakacyjne już ciurkiem sobie płyną...
![]() |
| Wakacyjny Krzyś prosto od fryzjera. |
sobota, 8 lipca 2017
Dziewięć
Rośnie, zmienia się. Coraz mniej w nim małego chłopca, a coraz więcej zapowiedź nastolatka.
Towarzyski, komunikatywny, ciągle jeszcze potrzebuje przytulasów, wspólnego, razem bycia. Rówieśnicy na równi z rodzicami. Za chwilę proporcje ulegną zmianie.
Lubi się śmiać. Lubi lody miętowe z kawałkami czekolady, droczyć z Julkiem, grać z nim w piłkę.
Piłka nożna od kilku miesięcy zajmuje coraz więcej przestrzeni życiowej. Dla rozegrania meczu z kolegami rzuci wszystko.
Zostawia wszędzie swoje rzeczy i zbiera je, jak mu przypomnę. I jeszcze raz przypomnę. I jeszcze. O cierpliwości! Roztargniony w porządkowaniu spraw domowych, skupiony w szkole, na boisku i w rozgrywaniu Clash Royal na przemian z Minecraftem.
Krzyś.
Dzisiaj skończył dziewięć lat.
Wszystkiego spełnionego, synku!
Fot. Kasia Szulc-Kłembukowska
Towarzyski, komunikatywny, ciągle jeszcze potrzebuje przytulasów, wspólnego, razem bycia. Rówieśnicy na równi z rodzicami. Za chwilę proporcje ulegną zmianie.
Lubi się śmiać. Lubi lody miętowe z kawałkami czekolady, droczyć z Julkiem, grać z nim w piłkę.
Piłka nożna od kilku miesięcy zajmuje coraz więcej przestrzeni życiowej. Dla rozegrania meczu z kolegami rzuci wszystko.
Zostawia wszędzie swoje rzeczy i zbiera je, jak mu przypomnę. I jeszcze raz przypomnę. I jeszcze. O cierpliwości! Roztargniony w porządkowaniu spraw domowych, skupiony w szkole, na boisku i w rozgrywaniu Clash Royal na przemian z Minecraftem.
Krzyś.
Dzisiaj skończył dziewięć lat.
Wszystkiego spełnionego, synku!
Fot. Kasia Szulc-Kłembukowska
piątek, 7 lipca 2017
Niemowlak
Małe stópki. Małe paluszki u rąk. Oczy niebieściutkie. Lekko skośne. Kilka kilogramów mruczącego, chrumkającego małego człowieka, który wygląda na dwumiesięcznego oseska. Niemowlak. Zwyczajny niemowlak.
Alek ma na imię. Urodził się w grudniu ze zrośniętym przełykiem i zespołem Downa. Pierwsze tygodnie walczył. Mały wielki bohater. Jego domem była intensywna terapia. Potem kolejne trzy miesięce na oddziale pediarycznym, karmiony sondą, żeby dopiero wiosną, tuż przed świętami wielkanocnymi zawitać po raz pierwszy w swoim domu. Nie na długo. Bo jakaś infekcja, jakieś niedomaganie. I znów szpital. Początek paskudny. Paskudny-paskudny.
W siedmiomiesięcznym życiu Alka nikt poza mamą, babcią i tatą nie brał go na ręce. Odwiedzającym dom towarzyszyła ciekawość, uprzedzenia, lęk, wstręt. Rozumiem ciekawość, jakakolwiek by nie była (dziecko ma zrośnięty przełyk, no mówię pani, do tego zezpół Downa, co?, no dałn jej się urodził, ciekawe to po kim, pewno ona winna, albo piła, pani, w ciąży, no bo to nie on przecież, taki porządny chłop, z porządnej rodziny) i lęk (nigdy nie widziałem, nie znam, a jak to zaraża albo człowiek się zapatrzy i jeszcze sam będzie miał, potem w rodzinie). Na uprzedzenia i wstręt reaguję alergicznie. Boli mnie wszystko. Cierpię po prostu.
Nosiłam Alka. Gadałam do niego. Łaskotałam te jego mięciutkie policzki. Uśmiechałam się. Wciągałam najpięknjejszy zapach, niemowlęcy zapach. A on leżał sobie bezpiecznie w moich ramionach, w zadowoleniu miłym, uśmiechał się bezzębnie, szeroko, na chwilę. Łasy na czułość. Czasem chrząkał, charczał, wydawał dźwięki jak parowóz. Miał przecież przełyk operowany, do tego wiotkość krtani. Wiotkość mięśni w ogóle. Taki zespół, taka karma. Przytulałam to ciałko nieduże z ochotą na więcej. I co? Żyję. Mam się dobrze. Naładowałam się Alkiem na cały szereg dni kolejnych. Pozostałam w niedosycie.
Uwierz.
To nie boli. Nie kłuje. Nie straszne jest. Nie roznosi zarazków jak mucha. Otwórz oczy. Dostrzeż dziecko. Nie dałna. Nie przypadek kliniczny. Odmieńca jakiegoś. To mały chłopiec. Zwyczajny niemowlak.
Alek ma na imię. Urodził się w grudniu ze zrośniętym przełykiem i zespołem Downa. Pierwsze tygodnie walczył. Mały wielki bohater. Jego domem była intensywna terapia. Potem kolejne trzy miesięce na oddziale pediarycznym, karmiony sondą, żeby dopiero wiosną, tuż przed świętami wielkanocnymi zawitać po raz pierwszy w swoim domu. Nie na długo. Bo jakaś infekcja, jakieś niedomaganie. I znów szpital. Początek paskudny. Paskudny-paskudny.
W siedmiomiesięcznym życiu Alka nikt poza mamą, babcią i tatą nie brał go na ręce. Odwiedzającym dom towarzyszyła ciekawość, uprzedzenia, lęk, wstręt. Rozumiem ciekawość, jakakolwiek by nie była (dziecko ma zrośnięty przełyk, no mówię pani, do tego zezpół Downa, co?, no dałn jej się urodził, ciekawe to po kim, pewno ona winna, albo piła, pani, w ciąży, no bo to nie on przecież, taki porządny chłop, z porządnej rodziny) i lęk (nigdy nie widziałem, nie znam, a jak to zaraża albo człowiek się zapatrzy i jeszcze sam będzie miał, potem w rodzinie). Na uprzedzenia i wstręt reaguję alergicznie. Boli mnie wszystko. Cierpię po prostu.
Nosiłam Alka. Gadałam do niego. Łaskotałam te jego mięciutkie policzki. Uśmiechałam się. Wciągałam najpięknjejszy zapach, niemowlęcy zapach. A on leżał sobie bezpiecznie w moich ramionach, w zadowoleniu miłym, uśmiechał się bezzębnie, szeroko, na chwilę. Łasy na czułość. Czasem chrząkał, charczał, wydawał dźwięki jak parowóz. Miał przecież przełyk operowany, do tego wiotkość krtani. Wiotkość mięśni w ogóle. Taki zespół, taka karma. Przytulałam to ciałko nieduże z ochotą na więcej. I co? Żyję. Mam się dobrze. Naładowałam się Alkiem na cały szereg dni kolejnych. Pozostałam w niedosycie.
Uwierz.
To nie boli. Nie kłuje. Nie straszne jest. Nie roznosi zarazków jak mucha. Otwórz oczy. Dostrzeż dziecko. Nie dałna. Nie przypadek kliniczny. Odmieńca jakiegoś. To mały chłopiec. Zwyczajny niemowlak.
Subskrybuj:
Posty (Atom)







